Czerwień na murach Berlina

Co będzie po ewentualnym zwycięstwie PDS w wyborach komunalnych w Berlinie?

Widocznie jest w tym jakaś prawidłowość, że w krajach posttotalitarnych przedstawiciele starego porządku dochodzą po pewnym czasie do władzy. Nie wiadomo, jakby było w Niemczech po drugiej wojnie światowej, gdyby nie okupacja aliantów. Z ankiet socjologicznych wynika, że jeszcze w latach 50. dość powszechnie w Niemczech mniemano, iż ustrój przedwojenny był dobry, tylko jego realizacja zła.

Polacy w roku 1993, cztery lata po zwycięstwie nad komunizmem, wybrali do parlamentu komunistów. Temu, że niebawem znów obejmą oni władzę, mało kto już się dziwi. Podobną drogę przebyły też inne kraje byłego bloku sowieckiego. Najdłużej, ze zrozumiałych względów trzymały się pod tym względem Niemcy. Wydawało się nawet, że PDS (odpowiednik naszej SLD) jest reliktem przeszłości i marginesową partyjką byłej NRD. Ale wystarczyła plajta największego berlińskiego banku Bankgheselschaft, posądzenie polityków o korupcję, odsunięcie od władzy przedstawiciela CDU Eberharda Diepgena, który rządził Berlinem kilkanaście lat, aby przekonać się, że tak nie jest. Trwająca od kilku lat koalicja socjalistów, zielonych i chrześcijańskiej demokracji, rozpadła się dzięki poparciu PDS, która jest popularna nie tylko w Berlinie Wschodnim. W ten sposób partia postkomunistów stała się poważnym kandydatem do współrządzenia. Gregor Gysi, leader PDS został, już oficjalnym kandydatem swojej partii na burmistrza Berlina (wybory w trybie nadzwyczajnym zapowiedziane są na wrzesień br.).

Myślę, że do tego jednak nie dojdzie, ale sma fakt, że rozważa się taką możliwość stanowi dla Niemców, przede wszystkim zachodnich, szok. Dwanaście lat po obaleniu berlińskiego muru zbudowanego z rozkazu partii, pod którym rozstrzelano przez 40 lat prawie kilkuset uciekinierów, miałby burmistrzem Berlina zostać człowiek, który do tej partii należał i przejął jej plityczne dziedzictwo? Niemcy najbardziej obawiają się, że gdyby PDS współrządziła Berlinem (otwarcie mówi się o możliwości koalicji SPD z PDS), zniechęciliby się do miasta zagraniczni inwestorzy. A Berlin, który ma 70 mld DM długów, ich potrzebuje.

Berlin sam jest sobie winien. Od 11 lat reklamuje się jako „największa metropolia” Europy. Organizowane są wycieczki na największy plac budowy w Europie, Berlin cierpi na gigantomanię. Bawi się i tańczy w nocnych lokalach, wydaje pieniądze w restauracjach, których jest 8 razy więcej niż w Londyne, teatrów i dyskotek dwa razy tyle co w Paryżu, ale dochody z tych rozrywek są mniejsze niż najskromniejsze potrzeby tak wystawnie rozwijającego się miasta.

Oczywiście, im dalej od jego ponurych czasów, tym lepiej, ale jeszcze bardziej odnoszą się te słowa do niedawnej przeszłości, która przez polityków (nie mówiąc o wyborcach) nie została jeszcze zapomniana. W programie wyborczym PDS mówi się o potrzebie upaństwowienia niektórych instytucji. Gdy w dyskusji telewizyjnej wypomniano to Gregorowi Gysi, który bronił się, mówiąc, że chodzi o uspołecznienie, a nie upaństwowienie. wywołał salwę ironicznego śmiechu. Jego zastępca powiedział niedawno, że mur berliński był budowany w celach pokojowych. Gysi na to znalazł odpowiedź. Ten człowiek cierpi — powiedział — bo się przejęzyczył, w istocie zawsze był przeciwnikiem muru.

I to wystarczy? PDS nigdy nie przeprosiła w imieniu swojej poprzedniczki za mur berliński i śmierć tych, którzy pod nim padli. Optmiści spodziewają się, że symboliczny gest przeprosin nastąpi 13 sierpnia, w 40. rocznicę budowy muru. Ten spóźniony żal za grzechy będzie zarazem zaliczką spodziewanego we wrześniu sukcesu.

Miasto prowadzi złą gospodarkę. Ale winien jest nie tylko Diepgen, który rządził Berlinem Zachodnim. Te same błędy popełniała koalicja CDU z socjalistami i zielonymi, która teraz odsunęła Diepgena od władzy. Miasto cierpi na przerost biurokracji i bezrobocie. Władzom od dawna zarzuca się indolencję. Rudi Häussler, inwestor ze Stuttgartu, daremnie kołatał do władz stolicy, chcąc wybudować w niej centrum szkolenia komputerowego. New York Europy — tak mówiono niedawno o przyszłości miasta — zaprzepaścił już wiele szans. Metropolią finansów jest Frankfurt nad Menem, na wymianie handlowej z Europą Wschodnią zarabia głównie port w Hamburgu, a o nowoczesne technologie i rozwój nauki zabiega badzo skutecznie Stuttgart. Wiele znaczących firm, jak Siemens, DaimlerChrysler, które jeszcze kilka lat temu obiecywały stolicy przyśpieszony rozwój, wyprowadziły stąd swoje centrale, zostawiając jedynie dyrekcje drugorzędnych oddziałów.

Na mieszkańca Berlina przypada średnio 1347 marek dochodu miesięcznie, ponad dwa razy mniej niż w Hamburgu i Monachium. Na tysiąc mieszkańców stolicy przypada natomiast 81 osób otrzymujących pomoc socjalną, o 13 więcej niż w Hamburgu i o 44 wicej niż w Monachium. Pod względem zaspokojenia egzystencjalnych potrzeb mieszkańców, Berlin plasuje się na 65 miejscu.

W takiej sytuacji populizm Gregora Gysi robi swoje. Nietrudno jest udowodnić, że Berlin jest źle rządzony. Partia Gregora Gysi, PDS, na pewno nie zrobi tego lepiej, ale czuje się bardzo wzmocniona. Gregor Gysi natychmiast po tym, jak został kandydatem swojej partii na burmistrza Berlina, złożył do Trybunału Konstytucyjnego skargę przeciwko niezatwierdzonym przez Bundstag zmianom w ustawie o NATO. Chodzi o udział Niemców w nalotach NATO na Jugosławię, czego konsytucja niemiecka zabrania.

Zapowiada się frontalna kampania wyborcza (wybory w 2002 r.). Po raz pierwszy bowiem od 11 lat komunści i socjaliści walczyć będą przeciwko prawicy. Każdy z osobna, ale z nadzieją (przynajmniej ze strony PDS) na stworzenie przyszłego sojuszu.

Chadecja zmuszona jest do mobilizacji. Przeciwko koalicji czerwonych z czerwonymi wypowiedział się już nawet Helmut Kohl. Gdy byłem w latach 50. na studiach — mówił w dzienniku telewizyjnym — komunistów nazywano czerwonymi faszystami. To powiedzenie podoba mi się. Szkoda tylko, że Helmut Kohl nie jest już w Niemczech autorytetem moralnym.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama