Cyberkaznodzieje

Obecność duszpasterzy w internecie jest cennym zjawiskiem. Jest jednak cienka granica między byciem cyberkaznodzieją a katocelebrytą

Różaniec z ks. Teodorem, a może z o. Adamem? Katecheza - jedna z setek dostępnych na youtube - ks. Piotra Pawlukiewicza? Nie ma problemu. A może krótki film na rozbudzenie „zassany” z profilu „Langusta na palmie” o. Adama Szustaka? Nie ta wrażliwość? OK. Idziemy dalej.

Ks. Dominik Chmielewski - rozkochany w Maryi, przez wielu zwalczany za swoją bezkompromisowość? A może któryś z jezuitów: Grzegorz Kramer albo Dariusz Piórkowski? Ich internetowe wpisy jednym otwierają oczy na żywe słowo Boże, zmuszają do myślenia, innych doprowadzają do szewskiej pasji nadużywaniem słowa „ja” w przekazie. Jeśli nie oni, to może ks. Andrzej Draguła, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski zadający niewygodne pytania? O. Wojciech Jędrzejewski w swoim „Ewangeliarzu” w półtorej minuty - z wielką lekkością i prostotą - „przekładający z polskiego na nasze” najtrudniejsze zdania Biblii? O. Pelanowski - lubiany, popularny, ale też pogubiony (wykluczono go niedawno z macierzystego zgromadzenia)? Albo tłumaczący „o co właściwie nam chodzi” w wierze ks. Wojciech Węgrzyniak, ks. Rafał Jarosiewicz, ks. Artur Stopka itd.? Można wymieniać dalej.

We własnym języku

Co łączy wszystkie zaprezentowane postacie księży? Są żarliwi. Kochają Pana Boga! Dla Niego wycinają w „dżungli” pojęć, fałszywych obietnic ścieżki Dobrej Nowiny. Bez większego problemu można ich znaleźć w internecie. Nagrywają krótkie filmy, umieszczają pliki audio, prowadzą blogi i vlogi, regularnie zamieszczają wpisy na portalach społecznościowych. Oglądają ich, słuchają setki tysięcy ludzi (profil o. Szustaka na fb Langusta na palmie ma 746 tys. subskrypcji). Ewangelizują, pomagają rozumieć Pismo Święte, komentują rzeczywistość. Bywa, że zajmują się tematami, których inni nie potrafią lub nie chcą ruszać. „Jadą po bandzie”, sięgając po tematy tabu. Nie przejmują się wrzeszczącymi na ulicach i piszącymi na murach kościołów bluzgi młodymi ludźmi, wychodząc z założenia, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Próbują dotrzeć do tych, co - cytując ks. Josepha Ratzingera - „są na progu, to znaczy nie wiedzą, czy do Kościoła wejść, czy z niego wyjść; znajdują się pomiędzy wiarą a niewiarą” i przemówić w „ich własnym języku” (por. Dz 2,6). Dużo ryzykują - nie jest im obcy hejt, obelgi, nawet groźby. Obrywają z każdej strony. Ale jest też i druga strona medalu: niekiedy zanadto delektują się popularnością, „miodem” wpisów fanów jeżdżących za swoimi „przewodnikami duchowymi” od parafii do parafii. Czasem gubią się też ich słuchacze, czytelnicy, którzy - nie mając dogłębnej wiedzy teologicznej - nie potrafią znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na swoje dylematy.

Miód pomieszany z dziegciem. I nawet jeśli tego drugiego jest tyle, co kot napłakał, jest problem.

Katocelebryci?

Aktywność internetowych kaznodziejów stała się na tyle istotna, że refleksja na ich temat pojawiła się w wydanym przez Konferencję Episkopatu Polski opracowaniu: „Duszpasterstwo w czasie pandemii. Zeszyt specjalny do programu duszpasterskiego Kościoła katolickiego w Polsce na rok 2020/2021”. Choć dokument powstał blisko pół roku temu, zawarte w nim tezy wypłynęły niedawno. Jego autorzy podkreślają, że w nowej sytuacji, dzięki internetowi, udało się w przestrzeni wirtualnej w znacznej mierze zachować ciągłość formacji i duszpasterstwa, cementując poczucie jedności. Ale też dostrzeżono jej słabe strony. Ks. dr hab. Przemysław Artemiuk sporo uwagi poświęcił „kaznodziejskim manowcom”, zarzucając aktywnie obecnym w wirtualnym świecie księżom celebrytyzm. „W sieci nie tylko głoszą rekolekcje, nauczają, ale także uczą gotowania i promują gry. Często ich medialne projekty bywają szumnie określane mianem ewangelizacji, niejednokrotnie jednak nie mają z nią wiele wspólnego. W przekazie przede wszystkim eksponują siebie” - stwierdził. „Kwestie merytoryczne nie zawsze są dla nich istotne. Liczy się przede wszystkim twarz nauczającego. Ona jest gwarantem kaznodziejskiego sukcesu. O wartości przekazu decyduje status głoszącego. Im więcej jego kanał ma subskrybentów, a strona fb lajków, tym jest on bardziej wartościowy”. Zwrócił też uwagę na „emocjonalne uzależnienie słuchacza od własnego przekazu, co u wielu wiernych «zdecydowanie przekracza ramy fascynacji» czy niebezpieczny ekskluzywizm. Wyraża się on w przekonaniu, że tylko oni głoszą prawdziwą naukę, a zbawienia można w pełni doświadczyć, podążając za ich radami”. Na cenzurowanym znalazły się też radykalizm w wezwaniach do pokuty (?), stosowanie strachu jako „swoistej metody pedagogicznej”, deprecjonowanie psychoterapii.

Bardzo mocne słowa. Szkoda, że kierowane ad cumulum do wszystkich, bez konkretów, a priori przypisujące złe intencje postawionym pod ścianą, bez możliwości obrony kapłanom. Chyba nie jest do końca uczciwe, szczególnie zważywszy na fakt, że autor tychże osądów, jak sam przyznał... nie ma konta na facebooku i twitterze. A zatem:

Jest problem czy go nie ma?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Nie ulega wątpliwości, że ludzie - przede wszystkim młodzi, ale nie tylko - szukają dziś treści, które pomogą im „rozkminić” świat, Kościół, Pana Boga. Nie rozumiejąc hermetycznego języka teologii, zachowując nieufność wobec duchowego żargonu, marzą o prostym przekazie, o wierze i nadziei, które dotrą do nich w „ich własnym języku”. I to dostają. Często internetowe platformy, konferencje, kazania, vlogi stają się pierwszym krokiem do nawrócenia, dobrej spowiedzi. Bezcenne!

W Kościele, choć o konieczności zagospodarowania sieci mówi się od dawna, ciągle jest sporo nieufności do wirtualnego świata. A szkoda. Jasne, że nigdy nie zastąpi on realnego spotkania z Bogiem, Eucharystii „live”, bólu kolan przy konfesjonale. Ale może doń podprowadzić. Chwała więc tym, którzy podejmują się zadania.

Czy łatwo porzucić komfort patrzenia na świat z wysokości ambony i zanurzyć się w zgiełk internetowej agory? Wejść ze swoim nazwiskiem, twarzą w rozhuśtany świat emocji? Niełatwo. I trzeba mieć dużo cywilnej odwagi, by to zrobić. Ale taka jest potrzeba chwili.

„Nie można, jeśli nie podejmie się ryzyka bycia nazwanym głupcem, idiotą, heretykiem i antychrystem. Jeśli nie pozwoli się opluć ignorantom, poniżyć setce, żeby trafić do serca dziesięciu” - napisała Monika Białkowska na łamach „Więzi”. „Jeśli nie odbierze się kilku wiadomości z życzeniem śmierci i pogróżkami. Jeśli się nie zobaczy garstki ocalonych i nie odbierze wiadomości: «ocala pani moją nadzieję, dzięki temu jeszcze jestem w Kościele». Tak wygląda rzeczywistość «kaznodziejów celebrytów» i nie da się jej zrozumieć, patrząc z zewnątrz. Z zewnątrz tego świata po prostu nie widać”. To prawda.

Jak zatem nie pogubić się, nie dać się pociągnąć w otchłań absurdu?

Przede wszystkim zachować mądrość. Konfrontować zasłyszane treści z nauczaniem Kościoła, sięgać do źródeł chrześcijańskiej duchowości. Ne zapominać, że kluczem do prawdy jest zawsze pokora. Nie dać się ponieść emocjom i tłumaczeniom „na skróty”. Pamiętać, że nie jesteśmy „Szustakowi”, „Rydzykowi” - ostateczną instancją i najwyższym autorytetem nie może się stać ks. Dominik Chmielewski czy ks. Teodor Sawielewicz, ale Jezus Chrystus. I tylko On! Poważnym ostrzeżeniem zawsze powinny być próby kwestionowania jedności Kościoła czy wypowiadanie mu posłuszeństwa. Nauczanie ze „szklanego ekranu” ma rozbudzać nie ciekawość, pogoń za sensacją, ale tęsknotę za Panem Bogiem, Eucharystią, ma prowadzić do nawrócenia. Nie może wzmacniać fałszywego ekskluzywizmu i budować murów.

Echo Katolickie 7/2021

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama