„Przestałem się modlić. Nie dlatego, że przestałem wierzyć. Po prostu było mi wstyd. Coraz rzadziej chodziłem do spowiedzi. Na Mszy św. byłem ciałem, ale myślami gdzie indziej” – opowiada Marek. Kiedyś pił. Dziś mówi, że codziennie uczy się wolności.
„Wiesz, jak wygląda alkoholik? – pyta Marek, uśmiechając się z przekąsem. – Jeszcze kilka lat temu odpowiedziałbym: człowiek śpiący na ławce, zaniedbany, z butelką w dłoni. A potem spojrzałem w lustro i zrozumiałem, że uzależnienie nie ma jednej twarzy”.
Dziś ma ponad 50 lat. Jest mężem, ojcem dwójki dorosłych dzieci. Przez 26 lat prowadził własną firmę budowlaną. W parafii znali go niemal wszyscy. Nigdy nie miał konfliktu z prawem, nie stracił prawa jazdy, nie trafiał na izbę wytrzeźwień.
„Piłem jak większość. Tak mi się wydawało. Na weselu, imieninach, po ciężkim tygodniu pracy. Potem doszedł stres. Wieczorne piwo przestało wystarczać. Pojawiło się drugie, później kieliszek whisky «dla odprężenia». Wmawiałem sobie, że panuję nad sytuacją” – opowiada.
Z czasem zauważył, że każda okazja zaczyna kręcić się wokół alkoholu. Grill? Musi być piwo. Spotkanie z kolegami? Oczywiście w pubie. Sylwester bez procentów? Nie do pomyślenia.
„Człowiek znajduje tysiące usprawiedliwień. «Należy mi się», «wszyscy piją», «przecież nikogo nie krzywdzę». To kłamstwa, które powtarzasz sobie tak długo, aż zaczynasz w nie wierzyć”.
Powolna utrata
Żona próbowała rozmawiać. Mówiła: „Marek, jesteś inny. Nie ma cię z nami”. Odpowiadał, że przesadza. Irytowało go to. Dzieci również zaczęły zauważać zmianę. Syn przestał prosić ojca o pomoc przy lekcjach. Wiedział, że wieczorem tata będzie zmęczony albo rozdrażniony. Córka coraz rzadziej zapraszała znajomych do domu.
„Bolało mnie to, ale zamiast coś zmienić, otwierałem kolejne piwo. Alkohol działał jak znieczulenie. Na chwilę przestawałem czuć wyrzuty sumienia” – przyznaje.
Nie pił codziennie do nieprzytomności. Bywały tygodnie, kiedy ograniczał alkohol. Właśnie dlatego był przekonany, że problem go nie dotyczy.
„Myślałem: skoro potrafię nie pić trzy dni, to znaczy, że jestem wolny. Nie rozumiałem, że o mojej niewoli świadczyło to, iż przez te trzy dni tylko czekałem, kiedy znowu się napiję” – wyznaje.
Najbardziej bolało go coś jeszcze.
„Przestałem się modlić. Nie dlatego, że przestałem wierzyć. Po prostu było mi wstyd. Coraz rzadziej chodziłem do spowiedzi. Na Mszy św. byłem ciałem, ale myślami gdzie indziej. Alkohol powoli zabierał mi nie tylko rodzinę, ale też Boga” – opowiada.
Jedno pytanie
Przełom nie nastąpił po spektakularnym wydarzeniu. Nie było wypadku ani policyjnej kontroli. Stało się to w zwykły listopadowy wieczór. Marek wrócił do domu po spotkaniu z kontrahentami. Nie zataczał się. Wydawało mu się nawet, że wypił niewiele. Kiedy wszedł do mieszkania, syn spojrzał na niego i zapytał: „ Tato, jutro też będziesz pachniał piwem?”. Nie odpowiedział. Udawał, że szuka czegoś w szafce.
„To było jedno zdanie, a ja pierwszy raz pomyślałem, że Kuba zapamięta mnie właśnie tak. Nie jako tatę, który uczył go jeździć na rowerze, tylko człowieka, od którego zawsze czuć było alkohol” – wspomina.
Tamtej nocy nie spał. „Boże, jeśli możesz mi jeszcze pomóc, zrób to, bo ja sam już nie mam siły” - modlił się, po raz pierwszy naprawdę przyznając, że potrzebuje ratunku.
Nie wystarczy chcieć
Następnego dnia obudził się z mocnym postanowieniem: koniec z alkoholem. Wytrzymał trzy tygodnie. Mówiąc wszystkim, że nie pije, był z siebie dumny. Wydawało mu się, że najgorsze ma za sobą. Na rodzinnych imieninach usłyszał jednak to, co słyszy wielu próbujących zerwać z nałogiem: „Jednego się napijesz”, „Nie przesadzaj”, „Z tobą już napić się nie można?”. Śmiałem się razem z nimi. W końcu pomyślałem: jedno piwo przecież nic nie zmieni. Zmieniło. Następnego dnia kupiłem kolejne. Już po tygodniu piłem tak jak wcześniej. Zrozumiałem, że problem jest znacznie większy, niż chciałem przyznać - opowiada.
Długo nosił w sobie wstyd. Wydawało mu się, że zawiódł rodzinę, siebie, a nawet Boga.
„Człowiek uzależniony bardzo często obiecuje – sobie, żonie, dzieciom. Powtarza: «to ostatni raz». Problem polega na tym, że zaczyna wierzyć w swoje obietnice. Dopiero później odkrywa, że sama silna wola nie wystarcza” – podkreśla.
To żona znalazła numer telefonu do poradni leczenia uzależnień.
„Powiedziała tylko: «Nie zmuszę cię. Ale jeśli naprawdę chcesz ratować nasze małżeństwo, zadzwoń». Kartkę z numerem nosiłem w portfelu chyba dwa tygodnie. W końcu zadzwoniłem” – wspomina.
Bał się pierwszego spotkania.
„Myślałem, że zobaczę ludzi z marginesu. Tymczasem siedzieli tam nauczyciel, kierowca autobusu, przedsiębiorca, emeryt, młody chłopak i kobieta, która pracowała w banku. Wtedy dotarło do mnie, że uzależnienie nie wybiera” – mówi.
Bóg nie działa zamiast człowieka
Terapia była trudna.
„Musiałem nauczyć się mówić prawdę. Nie tylko innym, ale przede wszystkim sobie. Przez lata byłem mistrzem usprawiedliwień” – przyznaje.
W tym samym czasie wrócił do praktyk religijnych.
„Najpierw długo siedziałem w ostatniej ławce kościoła. Czułem się niegodny. Miałem wrażenie, że wszyscy wiedzą, jaki jestem, że nie mam prawa przychodzić do Boga, że najpierw muszę się naprawić, a dopiero potem mogę stanąć przed Nim” – mówi.
Dopiero później zrozumiał, że było dokładnie odwrotnie.
„Bóg nie czekał, aż będę idealny, ale aż będę szczery” – tłumaczy. Po kilku tygodniach zdecydował się uklęknąć przy kratkach konfesjonału.
„To była pierwsza naprawdę szczera spowiedź od wielu lat. Nie taka z przyzwyczajenia. Powiedziałem księdzu wszystko. Pamiętam, że po raz pierwszy od dawna wyszedłem z kościoła lżejszy” – opowiada.
Czy wtedy wydarzył się cud?
„Jeśli ktoś oczekuje, że po modlitwie nagle zniknie pragnienie alkoholu, może się rozczarować – odpowiada. – Pan Bóg nie zabrał mojego uzależnienia jednym gestem. Dał mi siłę i ludzi - terapeutę, grupę wsparcia, spowiednika, żonę, która mimo wszystkiego zgodziła się jeszcze raz mi zaufać” – mówi, dodając, że to właśnie wtedy zrozumiał, że łaska bardzo często działa właśnie przez drugiego człowieka.
Najtrudniej odbudować zaufanie
Największym wyzwaniem okazało się jednak coś zupełnie innego. Nie przestać pić, ale nauczyć się żyć na nowo.
„Alkohol zabiera czas. Nie zdawałem sobie sprawy, ile mnie ominęło. Ile rozmów z dziećmi, rodzinnych spacerów, zwykłych wieczorów” – wyznaje.
Żona nie uwierzyła od razu.
„I miała do tego prawo. Przez lata słyszała obietnice. Nie mogłem oczekiwać, że po miesiącu abstynencji wszystko wróci do normy” – przyznaje Marek. Dzieci też potrzebowały czasu.
„Syn w ogóle nie chciał ze mną rozmawiać. Dzisiaj wiem, że odbudowanie zaufania trwa znacznie dłużej niż jego utrata” – mówi.
Po kilku latach wydarzyło się coś, czego nigdy nie zapomni. Córka poprosiła go, aby poprowadził ją do ołtarza.
„Kiedy szliśmy przez kościół, pomyślałem, że kilka lat wcześniej mogło mnie tam nie być. Nie dlatego, że bym umarł. Mogłem po prostu stracić rodzinę”.
Dziś Marek nie liczy kolejnych miesięcy abstynencji.
„Liczę dobre dni. Rozmowy z żoną. Wspólną kawę. Niedzielną Eucharystię. Czas z wnuczką. Kiedyś wydawało mi się, że alkohol daje radość. Teraz wiem, że odbierał mi wszystko, co naprawdę było ważne” – podkreśla.
Od serca
Historia Marka jest jedną z wielu. Nie brakuje ludzi, którzy pewnego dnia powiedzieli: „dość”. Jedni zrobili to po dramatycznym wypadku, drudzy po utracie rodziny, jeszcze inni dlatego, że nie chcieli, aby dzieci zapamiętały ich z butelką w ręku. Każda z tych historii jest inna, ale wszystkie prowadzą do tego samego wniosku – prawdziwa wolność nie zaczyna się od odstawienia alkoholu, ale w sercu człowieka.
To właśnie o taką wolność upominał się bł. kard. Stefan Wyszyński. Doskonale wiedział, że alkohol rujnuje nie tylko zdrowie. Niszczy zaufanie. Rozbija małżeństwa. Odbiera dzieciom poczucie bezpieczeństwa. Dlatego w Jasnogórskich Ślubach Narodu, których 70. rocznica przypadła w tym roku, obok walki o wierność, pracowitość i odpowiedzialność znalazła się walka z pijaństwem: „Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu i rozwiązłości”. Prymas zdawał sobie sprawę z tego, że naród nie odrodzi się wyłącznie dzięki zmianom politycznym czy gospodarczym. Wiedział, że przyszłość Polski zależy przede wszystkim od sumień jej obywateli. Człowiek zniewolony przez własne słabości nie jest naprawdę wolny. Dlatego walka z pijaństwem nie była dla niego jedynie kwestią zdrowia czy obyczajów. Była troską o rodzinę, o wychowanie dzieci, o odpowiedzialność za drugiego człowieka i o duchową kondycję narodu. 70 lat później te słowa nie straciły nic ze swojej aktualności.
Problem, którego nie widać
Dziś alkohol coraz częściej przybiera elegancką formę. Lampka wina po pracy. Piwo „dla relaksu”. Toast podczas rodzinnej uroczystości. Najgroźniejsze jest to, że coraz trudniej zauważyć moment, w którym zwyczaj staje się potrzebą, a potrzeba – uzależnieniem. Dlatego Kościół od lat zachęca, by sierpień przeżyć w trzeźwości. Nie po to, by kogokolwiek potępiać ani odbierać ludziom radość świętowania. Miesiąc abstynencji nie jest akcją przeciwko ludziom pijącym alkohol, ale zaproszeniem do solidarności. Jedni podejmują ten wysiłek jako wynagrodzenie za grzechy pijaństwa. Drudzy ofiarują go w intencji bliskich zmagających się z uzależnieniem. Inni chcą sprawdzić, czy potrafią z czegoś zrezygnować i odzyskać większą wewnętrzną wolność.
W świecie, który nieustannie przekonuje, że wszystko nam się należy i wszystko mamy mieć natychmiast, dobrowolna rezygnacja z czegoś staje się cenną lekcją panowania nad sobą. Właśnie dlatego Kościół mówi o abstynencji jako o darze – składanym Bogu, ofiarowanym drugiemu człowiekowi. Darze, który może stać się początkiem czyjegoś nawrócenia. Niejedna osoba przyznaje, że decyzja o miesięcznej abstynencji stała się początkiem trwałej zmiany życia.
***
Marek nie pije. Nie mówi o sobie: „jestem zwycięzcą”, ale: „każdego dnia uczę się wolności”. Co roku, gdy rozpoczyna się sierpień, podejmuje abstynencję na nowo. Nie dlatego, że musi. „Robię to w intencji tych, którzy jeszcze nie wierzą, że mogą przestać. Kiedyś ktoś modlił się za mnie. Dzisiaj ja modlę się za innych” – podsumowuje.
Źródło: Echo Katolickie 31/2026
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.