Jesteś DDA? Zrzuć te więzy – terapia daje wiedzę przede wszystkim o sobie samym

Życie z syndromem DDA (Dorosłe Dziecka Alkoholika) jest bardzo trudne. „Dobrze pamiętam moment, gdy pomyślałam: czuję się jak ciasno owinięta grubym sznurem, od góry do dołu. Kolejne terapie sprawiły, że te więzy spowijające moje ciało powoli zaczęły się rozluźniać” – opowiada Anna.

Przez większość życia była przekonana, że jest jakby przeźroczysta. Bardziej niż inni zamknięta w sobie. Bardziej wrażliwa, przeczulona. Ciągle się czegoś bała: osądu, spojrzenia, krytyki. Unikała jak ognia mówienia o sobie, a tym bardziej o swoich uczuciach czy potrzebach. Bardzo późno, bo po pięćdziesiątce, dowiedziała się, że jej zachowania mają wspólne źródło – jest Dorosłym Dzieckiem Alkoholika.

Życie w cieniu alkoholu

Wszystko zaczęło się w dzieciństwie, które na wiele lat w jej głowie przesłonił obraz awanturującego się po wódce ojca. „Tata zmarł, gdy miałam dziewięć lat. W mojej pamięci zostało tylko to, że był zły dla mamy” – podkreśla. Mała Ania, zamiast beztrosko się bawić, robiła wszystko, by zatroszczyć się o mamę tak dobrze, żeby tylko nie była smutna.

Życiowe wybory Anny można nazwać typowymi dla osoby wywodzącej się z rodziny alkoholowej. Wychodząc za mąż, wiedziała, że wybranek jej serca pije. Wydawało jej się, że ona temu zaradzi, co szybko okazało się złudnym przekonaniem. W ich małżeństwie układało się różnie, ale ważne, że byli razem i szukali wsparcia. Ratunek znaleźli w AA i Al-Anon. „Mężowi wspólnota pomogła wyjść na prostą – od 15 lat nie pije, jest trzeźwiejącym alkoholikiem. Mnie natomiast – zrozumieć męża i zadbać o nasze emocje” – mówi Anna.

Początek zdrowienia

Kilka lat temu na jednym z mityngów w Al-Anon Anna wysłuchała świadectwa Dorosłego Dziecka Alkoholika. Kiedy prowadzący poprosił, żeby rękę podniosły osoby, które się z tym identyfikują, zabrakło jej odwagi. Ale już wtedy wiedziała, że DDA – to także ona. Zaczęła szukać i doczytywać, wszystko się zgadzało. Kiedy przy parafii w jej mieście powstała grupa DDA, długo nie mogła się przełamać. „Pamiętam, jak mąż wiózł mnie jesiennym wieczorem na pierwsze spotkanie. Czułam się tak, jakbym miała zrobić coś złego. Jakbym popełniała przestępstwo – wspomina z uwaga, że to tylko potwierdzało „diagnozę”, ponieważ DDA żyją w ciągłym poczuciu winy” – wspomina. Terapia dała jej przede wszystkim wiedzę o sobie. Nauczyła się inaczej patrzeć, oceniać i mniej od siebie wymagać. To z kolei przełożyło się na jej relacje z mamą.

„W ostatnich latach życia mama wymagała opieki. Na co dzień z oddaniem zajmowała się nią moja dobra koleżanka. Ja ze swoimi bliskimi dojeżdżałam, kiedy tylko mogłam. Ale zamiast cieszyć się, że nas ma, bez końca się nad sobą użalała. Strasznie mnie to złościło, co z kolei powodowało, że obwiniałam siebie, że źle się nią opiekuję. Ta myśl była jak obsesja i zupełnie nie mogłam sobie z tym poradzić” – tłumaczy Anna. „Terapia DDA otworzyła mi oczy na prawdę nie tylko o mnie, ale i o mojej mamie. Zobaczyłam w niej osobę współuzależnioną. Przestałam ją idealizować. Dzięki terapii, gdy umierała, miałam siły, by być przy niej, trzymać ją za rękę i razem z nią się modlić” – stwierdza Anna.

Zmierzyć się z terapią

Podczas jednego z dni skupienia dla ludzi zmagających się z problemem alkoholowym w Leśnej Podlaskiej, na które Anna jeździła z mężem, poznała terapeutkę, która zaprosiła ją do udziału w terapii w małej grupie. „Przekonał mnie do tego mój mąż, bo sama czułam wewnętrzny opór, chyba podświadomie wiedząc, że będzie to wymagało stanięcia jakby twarzą w twarz z różnymi zranieniami z przeszłości i ludźmi. Pierwszy etap to spotkania online z terapeutą i osobista praca, do której starałam się przyłożyć jak najlepiej. Kolejny to spotkania na Skypie w grupie tworzonej przez kilka kobiet DDA. Na końcu pojechałyśmy na tygodniową sesję z naszą terapeutką” – mówi. Dopiero tam zobaczyła jak na dłoni i nazwała wszystkie swoje emocjonalne rany, miała okazję zmierzyć się ze swoim bólem i żalem dziecka, któremu alkohol odebrał dzieciństwo. Było to możliwe tylko przy wsparciu innych uczestniczek i terapeutki.

„Najważniejsze, że zobaczyłam siebie jako dziecko i tatę, o którym wcześniej nie chciałam pamiętać. Nie było go w moim życiu, a teraz bardzo za nim zatęskniłam. Zobaczyłam, jak mi go brakowało. Wylałam wiele łez, ale też poczułam ulgę. Wróciłam do domu i moje życie powoli zaczęło się zmieniać” – zaznacza Anna.

Już dorosła, a nie dziecko

Przeszłość jeszcze daje o sobie znać, ale Anna już wie, jak dawać sobie radę z tym trudnym rozdziałem życia. „W nazwie Dorosłe Dziecko Alkoholika kryje się cała prawda o nas: więcej w nas dziecka niż osoby dojrzałej. Tak żyjemy – dźwigamy więcej niż inni, jesteśmy bardziej delikatni, a jednocześnie wymagamy od siebie maksymalnie dużo. Dzisiaj, w wieku 55 lat, wiem: jestem osobą dorosłą, a nie dzieckiem. Wyzbyłam się lęków. Jeśli czasami jakiś mnie dopada, uspokaja mnie myśl, że to ślad dzieciństwa; tu i teraz nic złego się nie dzieje” – mówi Anna.

Stare problemy ujawniły się w jej relacjach z dziećmi. Powodem, jak usłyszała od terapeutki, było to, że nie przebaczyła. Za jej namową Anna napisała do mamy długi list, w którym zawarła wszystko, co było złe, ale i to, co dobre. Pojechała na cmentarz i długo stała przy grobie, tocząc wewnętrzną rozmowę. List przyniósł uzdrowienie.

Alkohol nada zbiera żniwo

„Nie dałabym rady przejść tej drogi, gdyby nie wiara i Pan Bóg, w którym odnajduję swoją siłę” – mówi Anna. Jest gotowa opowiadać o tym, co przeszła, bo wie, że jeśli jej świadectwo pomoże przynajmniej jednej osobie z DDA – to bardzo dużo. „Zmierzyć się z przeszłością jest czymś ogromnie trudnym. Broni się przed tym i duch, i ciało. Przed wyjazdem na tygodniową sesje terapeutyczną dopadły mnie silne dolegliwości fizyczne: duszności, wszechobecny ból, przez co dosłownie nie dałam rady wstać z łóżka. Na ostatnie spotkanie naszej grupy online dowlokłam się przed komputer, ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa” – przyznaje Anna. „Ale i tak wiem, że każdy, kto zmaga się z DDA, powinien podjąć terapię – żeby móc żyć pełnią życia, cieszyć się pięknem świata. By normalnie oddychać. By poczuć: jestem ważna/ważny, Pan Bóg, mnie kocha” – dopowiada.

Swoją opowieść kobieta kończy przestrogą: to, że na ulicach nie widać dzisiaj zataczających się ludzi czy że w bloku nie słychać krzyków, nie dowodzi, że alkoholizmu nie ma. „W to nie uwierzę. Jest przecież więcej alkoholu wypitego niż kiedyś. Nadal niszczy on rodziny. Tyle że teraz w większym stopniu dokonuje się to po cichu. Jeśli nie ma wyzwisk czy bicia, jest znęcanie się psychiczne. Dzieje się to w porządnych, dobrze sytuowanych rodzinach. I nie dajcie się zmylić” – nadal największymi ofiarami alkoholu pozostają dzieci. LI

Źródło: Echo Katolickie 32/2026

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« 1 »