1 września 1939 roku dla Barbary Hopp oznaczał koniec dzieciństwa. Jej rodzina nie podpisała volkslisty i została wysiedlona. W czasie tułaczki zmarły dwie najmłodsze siostry – Lucyna i Danuta. Ich rodzice pochowali dzieci pod drzewem, nie mając nawet miejsca, które mogliby nazwać własnym grobem. To historia jednej z tysięcy polskich rodzin, których życie wojna zmieniła na zawsze.
Barbara Hopp urodziła się 24 sierpnia 1925 roku w Brudzawach, w przedwojennym powiecie brodnickim. Jej rodzice, Wojciech i Bronisława, prowadzili dobrze prosperujące gospodarstwo rolne. Rodzina była liczna – Barbara miała ośmioro rodzeństwa, a dom tętnił życiem.
Dzieciństwo upływało jej przede wszystkim na zabawie z rodzeństwem i nauce. Szczególne miejsce zajmowała muzyka. W domu znajdowały się organy, fisharmonia, akordeon i mandolina, a dzieci uczęszczały na lekcje gry na instrumentach prowadzone przez siostry zakonne w pobliskim Jabłonowie Pomorskim.
Barbara chodziła do szkoły w Brudzawach. Szczególnie dobrze zapamiętała swojego nauczyciela Pawła Szmichowskiego – człowieka, którego wspominała jako wielkiego patriotę i orędownika polskości na Pomorzu. W 1939 roku coraz częściej mówił na lekcjach o sytuacji międzynarodowej.
Przed wakacjami powiedział uczniom:
„We wrześniu prawdopodobnie się już nie spotkamy, ponieważ wojna wisi na włosku”.
Nabożeństwo w intencji pokoju – lipiec 1939 r.Wraz z miejscowym księdzem zorganizował dla mieszkańców nabożeństwo w intencji pokoju. Podczas Mszy św. wygłosił patriotyczne przemówienie.
Po nabożeństwie ksiądz zaproponował rodzicom małych dzieci, aby przygotowali je w przyspieszonym trybie do I Komunii Świętej. Sakrament miał zostać udzielony 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Rodzice Barbary, przeczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo, początkowo byli zaniepokojeni. Ostatecznie zgodzili się i jeszcze przed wybuchem wojny grupa dzieci przyjęła Najświętszy Sakrament.
Pierwsza Komunia Święta – 15 sierpnia 1939 r. Rozpoczęła się wojna
Nadszedł 1 września 1939 roku. Mieszkańców Brudzaw obudziły odgłosy wybuchających bomb. Niemcy bombardowali dworzec i tory kolejowe w nieodległej wsi Książki.
W Brudzawach Niemcy pojawili się już w pierwszym tygodniu września. Wraz z okupacją zaczęły się nowe rozporządzenia, ograniczenia i represje. Wprowadzono godzinę policyjną. Bez zezwolenia nie można było opuszczać miejsca zamieszkania.
Okupanci mieli przygotowane listy osób przeznaczonych do likwidacji. Wśród pierwszych ofiar znaleźli się lokalni działacze polityczni, ksiądz oraz nauczyciel Pawłowski – ukochany pedagog Barbary. Zostali zatrzymani, a następnie rozstrzelani za jedną z murowanych stodół w Brudzawach. Ich ciała wywieziono w kierunku brodnickich lasów. Odgłosy egzekucji słyszeli mieszkańcy wsi.
Dla małej Barbary wojna nie była już wiadomością z radia ani tematem rozmów dorosłych. Stała się rzeczywistością, która wkroczyła do jej rodzinnej miejscowości.
Coraz większy nacisk
Wojna całkowicie zmieniła życie mieszkańców Brudzaw. Do wsi zaczęli przybywać niemieccy osadnicy. Władze okupacyjne wywierały na Polaków nacisk, aby podpisywali niemiecką listę narodowościową – volkslistę. Rodzina Hoppów odmówiła.
Zaczęły się kolejne restrykcje: kartki żywnościowe, ograniczenia dotyczące uboju zwierząt, groźby i naciski ze strony niemieckiej administracji. Wojciech Hopp, który cieszył się szacunkiem części miejscowych Niemców, otrzymał w tajemnicy ostrzeżenie od niemieckiego sołtysa, że w Brudzawach mają nastąpić „pewne zmiany”. Nie wiedział jeszcze, jak tragiczne będą ich konsekwencje.
Noc, która zabrała im dom
Noc z 14 na 15 lutego 1941 roku Barbara zapamiętała na całe życie. Miała 16 lat, gdy do domu Hoppów wtargnęli uzbrojeni Niemcy. Rozpoczęli rewizję gospodarstwa. Wiedzieli, że Wojciech Hopp zajmował się fotografią, dlatego zażądali wydania sprzętu fotograficznego.
Barbara wiedziała, że ojciec ukrył aparat na strychu. Wykorzystując zamieszanie, próbowała go schować w zbożu. Jeden z niemieckich oficerów pobiegł za nią. Odebrał jej aparat, a dziewczynę pobił, skopał i zepchnął ze schodów. Pobita Barbara musiała następnie stanąć pod ścianą wraz z pozostałymi członkami rodziny.
Niemcy dali im zaledwie kilkanaście minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Matka Barbary zajęła się najmłodszymi dziećmi. Owinęła je w pierzynę i umieściła na podstawionym przez Niemców wozie. Rodzina musiała zostawić cały dorobek życia. Z domu wyruszyli w nieznane – z najpotrzebniejszymi rzeczami i jedną pierzyną.
Trzy dni w bydlęcych wagonach
Rodzinę przewieziono na dworzec kolejowy. Byli głodni, wycieńczeni i zmarznięci. Wokół znajdowali się inni wysiedleńcy, którzy podobnie jak oni nie wiedzieli, dokąd jadą.
Po trzech dniach na stację wjechał pociąg z otwartymi wagonami bydlęcymi. Zaczęto ładować do nich ludzi. Ścisk. Płacz dzieci. Modlitwa. Strach.
Podróż trwała trzy dni. Podczas postojów do wagonów wchodzili niemieccy żołnierze z psami. Bili ludzi kolbami karabinów. Szczególnie brutalnie traktowali płaczące dzieci i zrozpaczone matki. Zdarzały się śmiertelne pobicia.
Po kilku dniach transport dotarł do toruńskiej „Szmalcówki” – obozu przejściowego dla wysiedleńców.
Tam rodzina po raz kolejny zetknęła się z brutalnością okupanta. Ludzie byli stłoczeni w piwnicach, pozbawieni podstawowych warunków do życia. Strażnicy wymuszali posłuszeństwo przemocą, a wybrane osoby były wyprowadzane na plac i zabijane na oczach pozostałych więźniów.
Barbara po latach wspominała sceny, których jako nastolatka była świadkiem.
Z obozu – w nieznane
Pod koniec lutego 1941 roku Hoppowie zostali ponownie załadowani do wagonów. Tym razem ich celem miał być Oświęcim. Kiedy pociąg dotarł na miejsce, w wagonach znajdowały się ciała zmarłych. Wszystko było oszronione. Ludzie płakali i modlili się, nie wiedząc, co ich czeka.
Z niewiadomych powodów transport po kilku dniach został jednak wycofany w kierunku Warszawy. 27 lutego 1941 roku rodzina dotarła do stacji Międzyleś. Ostatecznie rodzina została skierowana do Kątów Borucza.
Tam czekał ich kolejny dramat.
Dom z gałęzi i śniegu
Kąty Borucza okazały się małą wsią położoną w środku lasu. Nie było tam przygotowanego dla nich domu ani warunków do życia. Ojciec Barbary wiedział, że liczna rodzina nie otrzyma szybko pomocy. Postanowił więc sam zbudować schronienie. Z konaru zrobił prowizoryczną łopatę i wykopał szeroki, głęboki rów. Przykrył go gałęziami, liśćmi i śniegiem. Tak powstała ich ziemianka.
Pierwszym pożywieniem całej rodziny był sok z brzozy.
Wkrótce wydarzyła się kolejna tragedia. W pierwszych dniach marca 1941 roku zmarły dwie najmłodsze siostry Barbary – Lucyna i Danuta. Ich matka wzięła dzieci na ręce. Razem z mężem wynieśli ich ciała pod drzewo i tam pochowali.
Po latach Barbara mówiła, że dopiero wtedy zrozumiała, ile bólu kryło się za spokojem jej rodziców. Byli tak wyczerpani, że nie mieli już nawet siły płakać.
Nadzieja przychodziła razem z chlebem
Rodzina Hoppów przez wiele tygodni żyła w skrajnych warunkach. Ojciec Barbary nie przestawał jednak szukać sposobu na zapewnienie rodzinie jedzenia. W końcu udało mu się nawiązać kontakt z miejscowymi gospodarzami. Raz w tygodniu wychodził z lasu i przynosił chleb. To były chwile ogromnej radości.
Na wiosnę znalazł pracę w pobliskim gospodarstwie. Dzięki temu rodzina mogła przetrwać.
Później Hoppowie otrzymali możliwość przeniesienia się do Retkowa, a następnie – dzięki krewnym – wyjazdu do Jasła. Tam także nie czekało na nich łatwe życie. Rodzina mieszkała w świetlicy wiejskiej przeznaczonej dla wysiedleńców i szukała jakiejkolwiek pracy.
Barbara, pobita podczas rewizji i osłabiona trudami wojennej tułaczki, w 1942 roku trafiła do szpitala. Skutki pobicia sprawiły, że do końca wojny nie była już zdolna do pracy.
Wojna się skończyła. Ale do czego wrócić?
W 1945 roku front przesunął się na zachód. Rodzina otrzymała możliwość powrotu na Pomorze. Wojciech Hopp uzyskał przepustkę i wraz z częścią rodziny wyruszył w drogę. Kiedy pod koniec kwietnia lub na początku maja 1945 roku dotarli do Brudzaw, zobaczyli swoje gospodarstwo. Było spalone. Dom rodzinny znajdował się w ruinie. Po latach wojennej tułaczki nie mieli już swojego dawnego domu. Wszystko trzeba było zaczynać od początku.
Barbara Hopp nie pozwoliła jednak, aby wojna odebrała jej całe życie. W 1948 roku wyszła za mąż za Stanisława Jastrzębskiego, kowala i właściciela gospodarstwa w Brudzawach. Urodziła pięcioro dzieci.
Ślub Barbary Hopp z Stanisławem JastrzębskimA zaledwie 8 lat później, jej mąż zmarł. Cały ciężar utrzymania rodziny spadł na Barbarę. Mimo fizycznych konsekwencji wojennych przeżyć sama prowadziła dziewięciohektarowe gospodarstwo i wychowywała dzieci. Nie wyszła ponownie za mąż. Doświadczona przez życie nie przestała jednak wierzyć w lepsze jutro.
W 1994 roku została członkiem Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę, po pozytywnej weryfikacji przez Wojewódzką Komisję Weryfikacyjną.
Należy pamiętać
Historia Barbary Jastrzębskiej zd. Hopp nie jest jedynie historią jednej rodziny. Takich rodzin były tysiące. Za datą 1 września 1939 roku kryją się konkretni ludzie. Dzieci, którym odebrano dzieciństwo. Rodzice, którzy musieli patrzeć na cierpienie swoich rodzin. Ludzie, którzy z dnia na dzień tracili domy, gospodarstwa i dorobek całego życia.
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.