W okopach nie ma ateistów. Szok wywołany atakiem z 7 października wywołał religijne poruszenie w Izraelu

„Jeśli nauczysz ich tego, w co wierzysz, będziemy mieli pokój na Bliskim Wschodzie” – tak jeden z ministrów izraelskiego rządu miał powiedzieć do chrześcijańskiego lidera, prosząc go o przysłanie misjonarzy do Arabów.

Jeśli słowa ministra, które przytacza na łamach „First Things” Gerald McDermott były szczere, to zwiastowałyby dużą zmianę. W tej chwili prozelityzm jest w Izraelu karany. Chrześcijańscy duchowni mogą posługiwać jedynie wśród chrześcijan, nie wolno np. prowadzić akcji ewangelizacyjnych na ulicach. W dodatku nacjonalistycznie nastawieni wyznawcy judaizmu mają zwyczaj spluwania na widok chrześcijańskiego duchownego.

Z tekstu McDermotta wynika jednak, że atak Hamasu, który miał miejsce 7 października zeszłego roku wywołał szok, którego efektem jest religijne poruszenie. Stare powiedzenie głosi, że przed atakiem w okopach nie ma ateistów. Podobnie jest w izraelskim wojsku teraz. „Chrześcijański żołnierz w IDF (izraelskie wojsko – red.) powiedział swojemu ojcu, że chociaż przed wojną tylko 10 procent jego kolegów modliło się rano, teraz tylko 10 procent się nie modli” – pisze autor. Jak dodaje, jeden z rabinów z położonego przy granicy ze Strefa Gazy miasta Sederot powiedział nam, że modli się o przyjście Mesjasza „nieważne, jakim Mesjaszem jest”. Jesziwę, czyli szkołę talmudyczną odwiedził lewicowy prezydent Icchak Herzog. Poruszenie religijne ma być widoczne także wśród miejscowych chrześcijan, którzy przeważnie są Arabami. Gerald McDermott wspomina o kursie biblijnym prowadzonym w Betlejem, na który chodzi 300 osób.

Źródło: firstthings.com

« 1 »

reklama

reklama

reklama