Opoka - Portal katolicki
opoka.news
Pekao

Józefa Hennelowa

Komu opłatek?

Przy tygodnikowej choince i życzeniach Krzysztof Kozłowski odwołał się do wysłuchanej poprzedniego dnia homilii, w której kaznodzieja zastanawiał się, dlaczego tyle w nas podziałów, że nawet już i opłatkiem przełamać się bywa trudno...A to wcale nie znaczy zresztą - kontynuował tę myśl już na własny rachunek - że opłatkowy obrzęd zanika albo że czasem trzeba go przerwać, bo oto stają naprzeciw siebie ludzie głęboko poróżnieni i ani kroku więcej ku sobie zrobić nie potrafią. Gdyby tak tylko było, znaczyłoby to, że dzielenie się opłatkiem traktujemy bardzo poważnie i bardzo uczciwie, nawet wtedy, gdy przyznajemy się, że nie każdą barierę przekroczyć jesteśmy w stanie. Jest jednak inaczej: opłatkowe spotkania dzieją się, i to chyba coraz liczniej - tylko że każde sobie, i każde w gronie, które z góry wie, że się ze sobą podzielić potrafi. To już jest minimalizm. Bywa jednak i tak, że "opłatek" staje się obowiązującą konwencją, że ma zadośćuczynić tylko jakiemuś rytuałowi, choćby najbardziej powierzchownemu. I wtedy nawet wrogowie do siebie podejdą, i zdobędą się na uśmiech, i opłatek przełamią (zwłaszcza gdy będą w nich wycelowane kamery i obiektywy), ale nie będzie to znaczyło nic, ponieważ potem nic się nie zmieni.

Sama nie wiem: lepiej żeby takie spłacanie należności konwenansom, albo i pozorom, wcale nie miało miejsca, czy też należy pokornie pogodzić się z tym, że na więcej nikogo nie stać, a nie ma takich naiwnych, którzy by w geście ręki wyciągniętej z opłatkiem dopatrywali się czegoś więcej niż gestu właśnie? Jeszcze pamiętam głęboko przykre uczucie, gdy kilka lat temu na kolumnowej sali Sejmu na próżno wyczekiwałam, by obróciła się w moją stronę tuż obok stojąca moja przeciwniczka, żebyśmy właśnie tego gestu pojednania dopełniły. Oczekiwałam na próżno i odeszłam głęboko zawiedziona. Dziś zaś myślę sobie: a może ta szczerość, rzetelna manifestacja niemożności, była warta więcej?

Tyle tylko że wtedy do jednego trzeba się - przed sobą przede wszystkim - przyznać. Że te opłatki wyłącznie wśród swoich, te obrzędy ze z góry z nich wyłączonymi, te zgromadzenia, gdzie istnieją jakieś symboliczne drzwi zatrzaśnięte na głucho, to jest chrześcijaństwo niepełne i kalekie. Może inne być na razie nie potrafi - ale chwalić się nie ma czym.

Dopiero co obejrzałam sobie program z młodymi politykami ze wszystkich ugrupowań. Mieli rozmawiać o młodych w Polsce, ale głównie warczeli na siebie, nie gorzej niż to czynią ich dużo starsi nauczyciele. Ta sama pogarda w głosie, ta sama mimika, ta sama chęć dołożenia przeciwnikowi - i jakże niewiele ponadto. A wystarczyłoby już samo zejście w rejony dyskusji o rzeczywistych problemach. Zbliżanie się ku sobie nawet bez żadnej myśli o pojednaniu: po to, żeby coś w ogóle wynikło z wymiany zdań, z roboczej narady, ze wspólnie spędzanej godziny. Pewnie za wiele wciąż wagi upatrujemy w zachowaniach symbolicznych, pewnie ich pocieszająca wzniosłość za łatwo staje się naszym usprawiedliwieniem.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: święta felieton opłatek polityk konwenans pogarda
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W