Edukacja „zdrowotna” czyli taktyka salami w praktyce

Zadziwiające jest to, jak łatwo społeczeństwa kolejnych krajów dają się złapać w pułapkę „taktyki salami” stosowanej przez propagatorów ideologii „wyzwolenia seksualnego”. Jeśli nie wiesz, na czym ta taktyka polega, to prawdopodobnie już padłeś jej ofiarą.

Na fałszywych założeniach nie da się zbudować ani poprawnej teorii, ani dobrej praktyki. Gdy przyjrzymy się założeniom, które leżą u podstaw współczesnych koncepcji „edukacji seksualnej”, przemycanej pod pozorami „edukacji zdrowotnej”, trudno oczekiwać, aby dzieci, które zostaną wystawione na wywodzące się jeszcze od Kinseya i Pomeroya błędne koncepcje, zostały faktycznie „wyedukowane”. Można się natomiast spodziewać, że ich podejście do seksualności zostanie skrzywione na całe życie.

CSE oraz SAR. Co kryje się za tymi skrótami?

Aby uzmysłowić sobie, jakimi standardami i wzorcami kieruje się obecnie edukacja seksualna w większości krajów świata, trzeba odwołać się do dwóch pojęć kryjących się za skrótami CSE oraz SAR.

To pierwsze (CSE) to „kompleksowa edukacja seksualna”. Jej podstawowym błędnym założeniem jest to, że wstyd jest czymś złym, każdy ma prawo do ekspresji seksualnej, a o sprawach seksu trzeba nie tylko mówić otwarcie, ale także pokazywać je bez żadnych zahamowań. Efektem takiego rozumowania jest wystawianie zarówno nauczycieli, jak i dzieci na treści nie mające wiele wspólnego z edukacją, służące raczej seksualnemu pobudzeniu niż mądremu pokierowaniu popędem seksualnym. Jeśli ktoś jeszcze pamięta wydaną przed ponad 50 laty „Książkę dla chłopców” oraz „Książkę dla dziewcząt” Andrzeja Jaczewskiego i wyobraża sobie, że tak właśnie wygląda współczesna edukacja seksualna, powinien zweryfikować swoją opinię. O sprawach seksu można pisać w sposób konkretny, merytoryczny, a jednocześnie kulturalny i bez ideologicznego „feblika”. Tak było wówczas, ale tak nie jest obecnie. Swoją drogą, kto dziś pamięta znaczenie słowa „feblik”? Zapewne Małgorzata Musierowicz. Ktoś jeszcze? A z książek tej autorki poczytnych powieści dla młodzieży można się dowiedzieć nieskończenie więcej w kwestiach relacji męsko-damskich, niż uczestnicząc w zajęciach prowadzonych przez seksualnych edukatorów.

Jednym z głównych narzędzi wykorzystywanych w Kompleksowej Edukacji Seksualnej jest koncepcja znana jako „SAR” (ponowna ocena postaw seksualnych). Koncepcja ta została wprowadzona przez autorów, którzy uważali, że obowiązujące normy społeczne dotyczące seksualności są czymś przestarzałym, nieadekwatnym i tłumiącym swobodną ekspresję seksualną. Zakaz kazirodztwa, zoofilii i pedofilii miał według nich być jedynie archaiczną konwencją społeczną, niepotrzebną i niewłaściwą w dzisiejszych czasach. Stąd „ponowna ocena”. To założenie całkowicie błędne i nietrudno to udowodnić na podstawie badań. Każdy z tych zakazów ma bardzo mocne uzasadnienie biologiczne, społeczne i psychologiczne. Innym błędnym założeniem jest przekonanie, że w sferze seksualnej wszystko jest dozwolone, o ile zgadzają się na to obydwie strony. Dziś już jest oczywiste, że osoba małoletnia nie jest w stanie wyrazić rozumnej zgody na uprawianie seksu z dorosłym, jednak przez całe lata propagatorzy wyzwolenia seksualnego twierdzili, że jest inaczej (vide: casus Daniela Cohn-Bendita, lewicowego europosła). Nie trzeba chyba dodawać, że uzyskanie zgody (zwłaszcza pisemnej) od zwierzęcia, z którym ktoś miałby ochotę poswawolić, może także napotkać na pewne trudności…

Taktyka salami

Gdy od błędnych założeń przejdziemy do celów, jakie stawiają sobie protagoniści wyzwolenia seksualnego, wszystko staje się jasne: chodzi o usunięcie jakichkolwiek ograniczeń, jakichkolwiek norm. Osoby o skrzywionej seksualności pragną dyktować innym swoje zasady. To, że ludzka seksualność jest nieodłącznie związana z małżeństwem, rodziną, zrodzeniem i wychowaniem dzieci, jest dla nich najgorszą herezją, którą trzeba tępić za wszelką cenę.

Gdyby jednak od razu ujawnić, że celem jest zniszczenie wszelkich norm, wszelkich zakazów, większość społeczeństwa prawdopodobnie powiedziałaby kategoryczne „nie”. Tu z pomocą przychodzi właśnie „taktyka salami”. Zamiast powiedzieć: „aborcja bez żadnych ograniczeń aż do końca ciąży”, można wskazać na przypadki graniczne, takie jak ciąża pozamaciczna czy ciąża będąca wynikiem gwałtu i twierdzić, że przynajmniej wtedy trzeba ją dopuścić. A gdy społeczeństwo to zaakceptuje, stawia się kolejne postulaty, rozszerzając granice, poprzez depenalizację aborcji, aż do pełnej dostępności aborcji na życzenie. Nieprawda? Niecałe dwa tygodnie temu, 18 marca brytyjska Izba Lordów zaakceptowała pełną depenalizację aborcji – innymi słowy, aborcjoniści mogą robić, co im się tylko podoba, a państwo nie ma nic do tego. Zlewaczali brytyjscy „humaniści” pieją z zachwytu [https://humanists.uk/2026/03/19/lords-vote-to-uphold-decriminalisation-of-abortion-and-secure-historic-pardons-for-women/]. Tylko, czy równie zachwycone powinno być społeczeństwo, które rezygnuje z ochrony życia swych najsłabszych, najbardziej bezbronnych członków?

Co ma aborcja do wolności seksualnej? Ano ma, i to bardzo dużo. Biologia bardzo szybko bowiem weryfikuje rzekomą „wolność seksualną”, gdy pojawi się nieplanowana ciąża. Zamiast wolności przychodzą zobowiązania i to na całe życie. Powszechna dostępność aborcji jest więc nieuchronną konsekwencją seksualnego permisywizmu propagatorów rewolucji seksualnej.

Taktyka salami sprawdza się tak dobrze, że stosowana jest w odniesieniu do niemal każdej kwestii i każdego postulatu środowisk wyzutych z moralności, pragnących, aby wszyscy przyjęli ich bezrozumną i aspołeczną koncepcję seksualności. Społeczeństwo nie zaakceptuje zrównania praw małżeństwa ze związkiem jednopłciowym? To zażądajmy najpierw uznania takich związków zawieranych za granicą, później domagajmy się ustawy o związkach partnerskich, a w kolejnych krokach wywalczymy usunięcie słów „matka” i „ojciec” z dokumentów, zamiast tego będzie „rodzic A” i „rodzic B”. Potem będzie adopcja i in vitro dla par homoseksualnych. Spokojnie, plasterek po plasterku odkroimy całą tradycyjną moralność i dostaniemy wszystko, czego chcemy. Społeczeństwo nie zauważy.

Widać, że analogiczna taktyka jest już wdrożona w przypadku edukacji zdrowotnej. To nic, że nie chce jej zdecydowana większość społeczeństwa. Obecnie na zajęcia chodzi około 30 procent uczniów, co świadczy o tym, jak zbędny jest to przedmiot. Czy gdyby chodziło o matematykę, język angielski lub fizykę, rodzice powiedzieliby swym dzieciom: „jak chcesz, to chodź, jak nie – to się wypisz”? Nie sądzę. Nie wchodząc w szczegóły, musi być coś w samym przedmiocie określanym mianem „edukacja zdrowotna”, co nie wzbudza zaufania rodziców i uczniów. Skoro tak, to trzeba go wprowadzić pod przymusem, a w jego ramach oczywiście – także edukację seksualną, która nie ma wiele wspólnego z „Książką dla chłopców” Jaczewskiego, czerpie za to garściami z CSE i SAR. A jeśli w tym momencie społeczeństwo tego nie akceptuje, to wprowadzi się obowiązkową edukację zdrowotną bez bloku edukacji seksualnej, a ten brakujący blok dopisze się rok czy dwa później. Nie będzie tak? O ile zakład, że będzie?

„Religia” kompleksowej edukacji seksualnej i jej środki „nawracania”

Rzecz w tym, że koncepcja edukacji seksualnej rozwinięta przez intelektualnych spadkobierców Alfreda Kinsey’a: Calderone’a, Pomeroy’a, Money’a i innych nie jest oparta o rzetelną wiedzę naukową, ale o błędne, motywowane względami ideologicznymi założenia. Według seksuologów należących do tej szkoły rodzice nie są w stanie wychować właściwie swych dzieci w kwestiach seksualnych, ponieważ posiadają „zinternalizowane uprzedzenia”. Te „uprzedzenia” to właśnie tradycyjna moralność, która dostrzega związek współżycia seksualnego z życiem małżeńskim i rodzinnym. Chodzi więc ostatecznie o to, aby ten związek rozbić, aby każdy mógł realizować swoje nawet najbardziej skrzywione pomysły w sferze seksualnej. To ma być ów rzekomy „seksualny potencjał” i „seksualna ekspresja”, o której wyraźnie mówią autorzy programów współczesnej edukacji seksualnej. I temu właśnie ma służyć ukazywanie dzieciom materiałów pobudzających ich popęd seksualny bez jednoczesnego uczenia, jak ten popęd podporządkować rozumowi i jak ma on służyć budowaniu trwałych relacji z osobą przeciwnej płci.

Dla seksuologów i edukatorów seksualnych wywodzących się z nurtu „wyzwolenia seksualnego” ich własna działalność nosi znamiona quasi-religii. Dlatego z takim, dogmatycznym wręcz przekonaniem, głoszą twierdzenia o tym, że każdy człowiek jest przede wszystkim istotą seksualną, że „ekspresja seksualna” jest jedną z najważniejszych wolności, które należy chronić, że skłonności seksualne (także do dzieci, do zwierząt, do krewnych) są częścią mojej własnej tożsamości, której nikomu nie wolno podważyć, a także, że istnieje rzekome „prawo do aborcji”.

Przy takim „religijnym” podejściu nie ma miejsca na racjonalną dyskusję. Jest religijny prozelityzm – wszyscy muszą się nawrócić na takie właśnie myślenie. A kto się nie nawróci – tym gorzej dla niego, zostanie wykluczony ze społeczeństwa, zostanie ukarany za to, że w myślach modli się w pobliżu aborcyjnej placówki, traktowanej z taką czcią, jakby była jakąś świątynią wyznawców swobody seksualnej.

Koniec końców, niezależnie, czy jesteś rodzicem, wychowawcą, nauczycielem, czy po prostu świadomym obywatelem, zanim powiesz „tak” edukatorom seksualnym, którzy celowo posługują się taktyką salami, aby zrealizować swoje radykalne cele, dobrze zastanów się, czy właśnie tego chcesz. Czy warto rozmontowywać moralne podstawy społeczeństwa dla realizacji postulatów, które ostatecznie nie służą dobru tegoż społeczeństwa? Czy należy oddawać dzieci w ręce tych, którzy bynajmniej nie dbają o ich wykształcenie, a jedynie pragną zdobyć nowych konwertytów dla swej quasi-religii „seksualnego wyzwolenia”?

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..