Kolejna rocznica II wojny światowej: kolejne próby Niemiec, aby zaprezentować się w roli ofiary, a nie sprawcy

Niemcy coraz zuchwalej dążą do ukazania się jako ofiara II wojny światowej, uciekając od odpowiedzialności historycznej za jej wywołanie. Tym bardziej więc musimy dbać o pamięć historyczną, aby nie zatrzeć brutalnej prawdy o niemieckim nazizmie i wojennych zbrodniach.

W Berlinie 8 maja 2023 r. po raz pierwszy od zjednoczenia Niemiec był świętem państwowym: Dniem Wyzwolenia. Na razie tylko w tym landzie, ale wielu niemieckich polityków domaga się rozszerzenia święta na całą RFN. Byłby to znaczący krok w coraz zuchwalszym prezentowaniu się Niemców w roli ofiary, a nie sprawcy II wojny światowej. Proces uwalniania się Niemców od odpowiedzialności za II wojnę światową i zorganizowane ludobójstwo zaczął się tak naprawdę jeszcze przed 1 września 1939 r. Pruska „praworządność” wyrażała się w wypełnianiu decyzji władzy bez względu na głos sumienia. Na działanie zgodnie z prawem powoływali się potem niemieccy zbrodniarze w procesach przed Międzynarodowym Trybunałem w Norymberdze i przed innymi sądami. Ważnym elementem w uciszaniu sumienia była także dehumanizacja ofiar. Więźniowie obozów koncentracyjnych byli dla niemieckich oprawców tylko numerami, bez imienia i bez nazwiska. Żydzi i Polacy byli „podludźmi”. O Polakach Niemcy mówili: „polskie świnie”. Do tego doszła maksyma Hitlera wygłoszona podczas odprawy dowódców wojskowych w Obersalzberg 22 sierpnia 1939 r.: „Zwycięzcy nikt nie będzie pytał o prawdę”. Bycie zwycięzcą oznaczało bezkarność.

Powojennym rozliczeniom niemieckich zbrodni nie sprzyjał fakt, że na ostatnim etapie wojny w antyhitlerowskiej koalicji znalazł się niemiecki sojusznik z początku tej wojny – sowiecka Rosja (ZSRS), której skala przewin mało co ustępowała niemieckim. Kraje pozostające pod sowiecką okupacją (w tym Polska) były ubezwłasnowolnione w dopominaniu się sprawiedliwości i odszkodowań od Niemców. Mówienie zaś o sowieckich zbrodniach karano z największą surowością. Jeszcze bardziej pokomplikowało się to w 1949 r., z chwilą przekształcenia sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemiecką Republikę Demokratyczną (NRD). Tak powstały „dobre Niemcy”, w odróżnieniu od „imperialistycznej” RFN. W „dobrych Niemczech” – podobnie jak w całym bloku sowieckim – już od 1950 r. świętowano 9 maja jako Dzień Wyzwolenia. Było to święto państwowe. Nie trzeba było Niemców do tego święta przekonywać, ponieważ uwalniało ich ono od odpowiedzialności za II wojnę światową we wszystkich wymiarach. Co więcej, przy aprobacie ZSRS, PRL i innych „demoludów”, stawiało ich wśród tych, którzy nie tylko zrzucili „faszystowskie jarzmo”, ale też przyczynili się do „zwycięstwa nad faszyzmem”.

Pierwszym w RFN, który w 1985 r. nazwał 8 maja „dniem wyzwolenia Niemiec”, był prezydent Richard von Weizsäcker (jego ojciec został skazany w Norymberdze za zbrodnie przeciwko ludzkości). Po zjednoczeniu Niemiec teza o „wyzwoleniu Niemiec spod dyktatury nazistów” stała się wśród niemieckich polityków obowiązująca. Niemcy zaczęły zapraszać przedstawicieli koalicji antyhitlerowskiej do wspólnego świętowania. Nie byłoby w tym nic złego (przeciwnie!), gdyby nie chodziło o zacieranie rozróżnienia między agresorem i ofiarą. A ofiar nie można pociągać do odpowiedzialności! Coraz częściej odpowiedzialnością za zbrodnie II wojny światowej usiłuje się obarczać… Polaków. Przykładem tego może być skandaliczny serial w niemieckiej telewizji „Nasze matki, nasi ojcowie”, pojawiające się w niemieckich mediach oszczerstwa o „polskich obozach zagłady”, przerzucanie odpowiedzialności za Holokaust na „nazistów i ich wieloetnicznych współpracowników” itd.

Ten proceder trwa od lat na poziomie państwa, samorządów, rodzin, parafii i konkretnych Niemców. Młodszym Czytelnikom przypominam cykl reportaży i wywiadów Krzysztofa Kąkolewskiego, opublikowanych w 1975 r. w książce „Co u pana słychać?”. Autor dotarł do dziesięciu niemieckich zbrodniarzy, których kariera w RFN, a w przypadku jednego w USA, rozwijała się po wojnie w najlepsze. Żaden z nich nie miał sobie nic do zarzucenia. Kat stolicy w czasie powstania warszawskiego, wykonawca pseudomedycznych eksperymentów na więźniach w Dachau czy antropolog wybierający ludzkie czaszki do kolekcji od żyjących więźniów w Auschwitz – wszyscy byli „bez winy”. Podobnie jak „bez winy”, a nawet w glorii dobroczyńcy żył w Niemczech dowodzący egzekucją na małżonkach Ulmach i ich dzieciach por. Eilert Dieken, o którym więcej pisze Irena Świerdzewska (Idziemy 36/2023).

Co można zrobić wobec tych, którzy mają siłę i pieniądze (jak zwycięzcy) i nikt ich nie pyta o prawdę? Za francuskim historykiem Stéfanem Courtois i jego książką „Rozbiór Europy. Pakt Hitler–Stalin” zacytuję rumuńską poetkę Anę Blandianę: „Gdy sprawiedliwość nie jest w stanie być formą pamięci, tylko pamięć może być formą sprawiedliwości”.

 

Idziemy 36/2023

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama