Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Z Marią Todorovą, historykiem, rozmawia Jędrzej Morawiecki

BYLE MNIEJ KRWI



BAŁKANY I STEREOTYP "BAŁKANIZACJI"

Jędrzej Morawiecki: - Stereotypy sprzyjają powstawaniu kompleksów. Kompleksy budzą agresję, zwłaszcza jeśli są narzucane z zewnątrz. W swojej najnowszej książce pisze Pani o stereotypie "bałkanizacji"która jest jedną z przyczyn tragedii Jugosławii, a ostatnio dramatu w Kosowie. Co oznacza "bałkanizacja"?

Maria Todorova: - Chce Pan zacząć bardzo elegancko - od definicji. Tyle że historycy prawie nigdy od niej nie zaczynają. Definicje zmieniają się z biegiem czasu, trzeba z nimi postępować bardzo ostrożnie. Ale skoro Pan chce - podam Panu definicję. Bałkanizacja to podział jednej struktury politycznej, systemu państwowego - na mniejsze, zwykle słabe ekonomicznie i wrogo usposobione do swoich sąsiadów. Terminem tym posłużono się na początku lat 20. w Stanach Zjednoczonych do opisania procesu dezintegracji Imperium Habsburskiego.

Czy słowo "bałkanizacja" miało od początku sens negatywny?

No cóż... Na pewno nie było nigdy pozytywne. Prawie wszyscy zgadzali się, że upadek imperiów jest nieunikniony, co więcej - że jest potrzebny. Ale podział na tak wiele nowych państw, które w dodatku z samego założenia przejawiały do siebie nawzajem wrogość - zaczął budzić obawy. Tak, "bałkanizacja" od początku była obciążona znaczeniem negatywnym.

A jak do tego terminu odnoszą się sami mieszkańcy Bałkanów?

Z pozoru to może dziwne, ale na Bałkanach słowo "bałkanizacja" raczej się nie pojawia. A już na pewno nie w kontekście, o którym rozmawiamy. Zacofanie, barbarzyństwo, okrucieństwo, antyeuropejskość... użycie "bałkanizacji" w takim znaczeniu byłoby bardzo niewygodne, uniemożliwiałoby legitymizację władzy i akceptację procesu kształtowania nowych struktur państwowych. Właśnie dlatego w Serbii czy Chorwacji nie mówi się raczej o "bałkanizacji".

Spróbujmy jednak posunąć się dalej w tych rozważaniach. Bardzo ciekawy jest sposób rozumienia samego słowa "Bałkany" i zabarwienie emocjonalne, jakie mu przydają mieszkańcy poszczególnych regionów. W Bułgarii na przykład, obok dominującego znaczenia negatywnego - identycznego z europejskim - słowo to w świadomości społecznej ma też aspekt pozytywny. W tradycji bułgarskiej istnieją Bałkany "dziewiętnastowieczne"ludowe - synonim ruchu niepodległościowego, niezależności, wolności. Także zasad moralnych, uczciwości, prostolinijności i tak dalej. Mamy tu więc do czynienia ze swoistym etosem Bałkanów.

Inaczej w Turcji, gdzie do niedawna Bałkany były określeniem neutralnym, nazwą pasma górskiego, ostatnio jednak stały się także synonimem europeizacji, a więc przeciwieństwem definicji zachodniej. Turcy, choć brzmi to dla nas nieco dziwnie, przez Bałkany chcą wejść do Europy.

"DNO PIEKŁA"?

A co mówią o Bałkanach mieszkańcy byłej Jugosławii?

Kiedy na początku lat 90. przeglądałam tutejszą prasę i komentarze dotyczące dezintegracji państwa jugosłowiańskiego, zauważyłam, że prawie wszyscy piszą o przerażającym cofaniu się w kierunku Bałkanów. Bałkany okazały się obszarem "za plecami"czymś wstecznym, mrocznym, negatywnym, czymś, co kiedyś przezwyciężyli, a teraz powraca. Jugosłowianie mieli świadomość własnej wyjątkowości, niezwykłej pozycji, jaką zajmowali w strukturze Paktu Warszawskiego. Potem wszystko się zmieniło. Dubravka Ugrešić, pisarka chorwacka, którą bardzo cenię, w 1992 roku napisała esej, w którym opowiada, jak siedzi w Amsterdamie przed lustrem i pije kawę. Jugosławia umiera. Pisarka patrzy na własne odbicie i myśli o Europie Wschodniej. Ci z Europy Wschodniej byli zawsze inni, gorsi. Bułgarzy, Czesi, Polacy, Węgrzy, Rumuni... Po prostu - "oni". "Spojrzałam w lustro i zobaczyłam samą siebie - napisała wtedy. - Smutna twarz, zmęczone oczy, stare, wytarte buty. Wtedy po raz pierwszy powiedziałam - moja siostro, moja biedna, wschodnia Europo". Jugosłowianie poczuli nagle więź z "upośledzonymi sąsiadami". A jeszcze później, po masakrach i obozach koncentracyjnych, nie mogli się już nazywać nawet Europą Wschodnią. Wtedy Ugrešić napisała: "zostaliśmy znów zepchnięci na dno piekła - do Bałkanów".

W mojej nowej książce starałam się zmierzyć ze wszystkimi stereotypami na temat Jugosławii, ale jednocześnie sprzeciwić się "uzewnętrznianiu" wojny, którą dziennikarze zachodni zaczęli opisywać jako "bałkańską". W rzeczywistości żadnej wojny bałkańskiej nie było! Nie było wojny w Rumunii, Grecji, Bułgarii ani Turcji. "Bałkański" sposób opisywania tragedii w Jugosławii pozwolił na stworzenie bardzo silnego kompleksu, sprzyjającego eskalacji konfliktu. Stereotyp bałkański to stereotyp zewnętrzny, który został zasymilowany przez intelektualistów z Jugosławii, głównie przez osoby nadwrażliwe lub starające się podkreślić swoją europejskość, odciąć od tragicznej rzeczywistości, spojrzeć z wyższością i dystansem na przebieg i konsekwencje wojny.

W Polsce toczy się dyskusja na temat potrzeby europeizacji. Musimy dogonić Europę, wejść do Europy etc... To w pewnym sensie polska odmiana "kompleksu Bałkanów"chociaż mniej silna i chyba wciąż słabnąca. Towarzyszy jej jednak rodzaj dumy i poczucia wyższości. Nie jesteśmy do końca europejscy, ale mamy mocne głowy, potrafimy przetrwać w trudnych warunkach. Jednym słowem - słowiańskie korzenie. Przykład nie do końca poważny - ale pokazuje, że nawet negatywny stereotyp może być dynamiczny i niejednoznaczny.

To, o czym Pan mówi, dotyczy oczywiście także Bałkanów. Słoweńcy twierdzą na przykład, że potrafią cieszyć się życiem, są zrelaksowani, pogodni, i wiążą te cechy z tożsamością bałkańską. Nieco to dziwne, bo dla mnie Słoweńcy niewiele mają wspólnego z Bałkanami. Nie byli nigdy pod silnym wpływem Imperium Ottomańskiego.

Także dla Serbów Bałkany stały się nagle określeniem pozytywnym, przedmiotem dumy.

Serbowie są izolowani, odrzuceni przez świat. Jedyną możliwością budowania świadomości zbiorowej staje się więc dla nich właśnie idea Bałkanów. Ale w gruncie rzeczy u podłoża tego zjawiska leży przez cały czas ten sam stereotyp "Bałkanów barbarzyńskich". Gloryfikacja Bałkanów jest reakcją obronną. "Tak, nie jesteśmy europejscy, ale wiemy, jak żyć, kochać, pić alkohol. Jak walczyć." Jednocześnie Serbowie zaczynają kultywować spiskową teorię dziejów. Jej zwolennikami stali się prawie wszyscy, nie wyłączając inteligencji. Obawiam się, że bardzo trudno znaleźć w Serbii intelektualistów bez zapędów nacjonalistycznych. Nawet liberalna opozycja, kiedy przyszło do oceny konfliktu w Kosowie, zajęła stanowisko skrajne. To niestety także jest reakcja na stygmatyzację dokonaną przez zachodnie media i polityków. "Bałkanizacja" stała się na Zachodzie terminem tak popularnym, że zaczęto jej używać do opisywania sytuacji także w innych częściach świata. W latach 60. mówiono o "bałkanizacji" Afryki. Teraz z kolei pojawiają się głosy, że zbyt rozbudowane prawa dla mniejszości hiszpańskojęzycznych, dla czarnoskórych i dla kobiet doprowadzą do fragmentacji i "bałkanizacji" kultury amerykańskiej.

 

SYMPATIE I STRONNICZOŚĆ

Kiedy polskie media zaczęły informować o konflikcie w Kosowie, przyjęły raczej albański niż serbski punkt widzenia. Podczas wojny w Czeczenii brały zdecydowanie stronę Czeczeńców. Narody czeczeński i albański są Polakom niewątpliwie bardziej obce kulturowo niż Rosjanie i Serbowie. Mimo to istnieje w Polsce czynnik silniejszy...

Wspieranie przegranego. A w każdym razie tego, który na pierwszy rzut oka wydaje się przegrany. To naturalne. Ciekawe tylko, że nikt nie mówi o najbardziej ponurej walce o niepodległość, o losie trzydziestu milionów Kurdów. W ten konflikt są zaangażowane bogate kraje: Turcja, Irak, Iran. Łatwiej mówić o Bałkanach. No i media to właśnie robią. Dziennikarze zachodni opowiadają się po stronie słabszego. W przypadku dziennikarzy polskich sytuacja jest bardziej złożona. Już na początku lat 90. Polska, Czechy i Węgry zajmowały postawę zdecydowanie antyjugosłowiańską. Wszystkie trzy kraje zabiegały o wejście do Unii i do NATO. Starały się podkreślić swoją wyjątkowość, domagały się, by je traktować inaczej niż pozostałe kraje bloku wschodniego. To spowodowało wzrost postawy antybałkańskiej, a przede wszystkim - antyrosyjskiej. W końcu to Rosja wspiera Serbię. Spróbuję opisać to zjawisko w kolejnej książce. Kraje Europy Środkowej przeciwstawiały się stawianiu znaku równości pomiędzy nimi a republikami byłego Związku Radzieckiego. Stąd postawa opozycji wobec Rosji - i bardzo często niestety także używanie języka rasistowskiego, wiara w wyższość cywilizacyjną względem Rosjan.

Chybione są według mnie opinie, pojawiające się także na Zachodzie, które szukają powodów skłaniających Moskwę do wspierania strony serbskiej w słowianofilstwie i obronie religii prawosławnej. Przyczyna jest o wiele bardziej trywialna. Rosja może po prostu w ten sposób zaistnieć na scenie międzynarodowej.

Rosja jest zbyt słaba na ideologię "wspólnych korzeni"a już na pewno na obronę "wspólnej religii". Rosję stać jedynie na pragmatyzm...

...bo i Rosjanie zdają sobie sprawę z własnej słabości. Mają tę świadomość także politycy na szczytach władzy. Właśnie dlatego starają się znaleźć niewielkie obszary, na których Rosja może jeszcze odegrać znaczącą rolę. Bałkany okazały się do tego idealne. Są blisko i historycznie dobrze się kojarzą.

Wracamy do punktu wyjścia: polityka wpływa na percepcję i sposób oceny konfliktu. Politycznie Europa sprzeciwia się Miloševiciowi; skoro tak, to sprzeciwia się całej Serbii. Serbowie są źli, a więc Albańczycy są raczej dobrzy. Podstawowa zasada prezentowania obu stron konfliktu przestaje być aktualna.

Tak się niestety dzieje, szczególnie w sytuacjach nietypowych, zaskakujących. Zawsze uważałam, że dziennikarstwo powinno być traktowane jak działalność naukowa, odpowiedzialność za słowo jest w tym wypadku równie duża. Niestety - rzeczywistość okazuje się często zupełnie inna. Na pocieszenie (o ile to Pana pocieszy), mogę powiedzieć, że i wśród naukowców zasada obiektywizmu nie zawsze jest przestrzegana. Coraz częściej wymaga się zajęcia jednoznacznej pozycji, opowiedzenia się po jednej ze stron. Bardzo uważnie obserwowałam sposób komentowania sytuacji w Jugosławii przez Stany Zjednoczone. Od 1992 do mniej więcej 1995 roku dziennikarze zajmowali oczywiście stanowisko zdecydowanie antyserbskie. Starali się Serbię demonizować.

Potem w "Sunday Timesie" pojawił się na pierwszej stronie artykuł o zbrodniach dokonanych przez Chorwatów. Niewygodny tekst. Po raz kolejny okazało się, że rzeczywistość nie jest czarno-biała.

Sposób komentowania uległ wtedy zmianie, demonizacja Belgradu zelżała. Co nie oznacza, że antyserbski punkt widzenia został wyeliminowany. Amerykanie przez cały czas chcieli pokazać, że nie są antymuzułmańscy, że bronią po prostu demokracji i praw człowieka. Dzięki temu mogli zapomnieć o wcześniejszej wojnie w Zatoce Perskiej. Media kreowały wizerunek Serbów jako nazistów. Znam historię dziewczyny, która uczyła się w żeńskim college’u koło Bostonu. Była Serbką, przyjaźniła się z Niemką, mieszkały razem w internacie. Pewnego razu Serbka powiedziała swojej przyjaciółce: "Zauważyłaś, jak dziwnie na nas wszyscy patrzą?" "To w końcu żeńska szkoła, może myślą, że jesteśmy lesbijkami" - odpowiedziała z uśmiechem Niemka. "Nie - zaprzeczyła Serbka. - Myślą, że jesteśmy nazistkami". Niewinne i zupełnie nie związane z polityką dziewczyny stały się ofiarami stereotypów serwowanych między innymi przez media.

Pan robi wywiad ze mną, a może w tej chwili powinniśmy zamienić się rolami. Może pan mi wytłumaczy, dlaczego tak się dzieje. Czy to dziennikarze kreują stereotypy, czy raczej wykorzystują stereotypy tworzone przez polityków? Nie twierdzę wcale, że są skorumpowani. Inteligencja pozwala im po prostu na to, by określić "kierunek wiatru". Wykorzystać koniunkturę i odpowiedzieć na społeczne zapotrzebowanie. Tak stało się na przykład w Stanach podczas wojny w Jugosławii. Kreowany wizerunek tragedii był najwygodniejszy.

A prawda jest taka, że nie ma "czarnych" i "białych". Cały dramat, rozgrywający się obecnie w Kosowie, wiąże się z granicami, których nie zmieniono od czasów Traktatu Wersalskiego. W praktyce Traktat Wersalski przez cały czas w Europie obowiązuje. Jest kilka wyjątków, na przykład nowe granice Polski po II wojnie światowej. Ale generalnie struktura pozostała ta sama co kiedyś. Dawne antagonizmy i kompleksy zostały na czas komunizmu po prostu zamrożone, a teraz odżyły. Konflikt w Kosowie stanowi kolejny etap wojny w Jugosławii. Na razie nie jest jeszcze problemem bałkańskim, ale istnieje poważna groźba eksplozji konfliktu w Macedonii, gdzie również mieszkają Albańczycy. Wtedy rzeczywiście możemy mieć do czynienia z kolejną "bałkanizacją".

Nie brzmi to zbyt optymistycznie. Rozmawialiśmy między innymi o mediach, a media nie lubią niejasnych i przygnębiających zakończeń. Czy mogłaby Pani znaleźć coś bardziej optymistycznego?

Optymizm... Mój Boże... Nie. Nie potrafię. Niech będzie jak najmniej ofiar. To wszystko. Jak najmniej krwi.

Czarnogóra - Zabijak, sierpień 1998. Dziękuję Fundacji Batorego, która umożliwiła mi przeprowadzenie tego wywiadu.

Maria Todorova wykłada w Instytucie Historycznym Uniwersytetu na Florydzie. Jest autorką publikacji na temat Europy Wschodniej i Południowej. W tym roku wydała książkę "Imagining the Balcans".



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Europa Jugosławia Kosowo Bałkany Serbia Chorwacja NATO Belgrad
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W