reklama

Ostatni numer z Auschwitz

O Holokauście i jego ofiarach pisze się dużo i na wiele sposobów. Wśród zalewu publikacji można też znaleźć prace ciekawe, oryginalne i zaskakujące, jak obszerny reportaż autorstwa Alexandry Rojkov

O Holokauście i jego ofiarach pisze się dużo i na wiele sposobów. Wśród zalewu publikacji przeróżnych można też znaleźć prace ciekawe, oryginalne i zaskakujące, jak opublikowany w Süddeutsche Zeitung Magazin obszerny reportaż „202499” autorstwa Alexandry Rojkov — mieszkającej w Niemczech rosyjskiej Żydówki, jak międzynarodowo można ją określić. Reportaż wyróżniono Srebrną Nagrodą Alexa Springera i było to wyróżnienie zasadne.

Alexandra Rojkov opisuje historię Gala Wertmana — izraelskiego artysty, którego dziadkowie, ojciec i wuj przeżyli Holokaust, a reszta rodziny podzieliła los milionów Żydów wrzuconych w tryb niemieckiej machiny zbrodni. O tym Gal Wertman dowiedział się w wieku 14 lat. Wcześniej o tym w rodzinie nie mówiono.

Dziadkowie Wertmana nigdy nie opłakiwali swoich zmarłych krewnych.  Kiedy w latach 50. wyemigrowali do Izraela, kraj ten dopiero powstawał.  Był ogarnięty duchem optymizmu po wygranych wojnach z arabskimi sąsiadami.  W tamtych czasach mało kto chciał słuchać opowieści ocalałych. Więc milczeli. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach zmieniło się podejście Izraela do Holokaustu.  Od początku lat 80. prawie nie ma dnia bez wzmianki o Holokauście w jednej z gazet codziennych. Jest to temat dominujący w literaturze i poezji, teatrze, kinie i telewizji, a do Auschwitz jeżdżą wycieczki szkolne.  Autorka pisze o młodych Izraelczykach, którzy nie wsiadają do niemieckich pociągów.  Mówią, że to zbyt bolesne. Można powiedzieć, że obecne pokolenie wnuków Holokaustu przeżywa go bardziej emocjonalnie niż pokolenia poprzednie.

Zupełnym przypadkiem babcia zapytała młodego Gala, o czym uczy się teraz w szkole. Akurat przerabiali temat Zagłady. Wtedy jeden jedyny raz zobaczył ją płaczącą. Dziadkowie Wertmana, jego ojciec i wujek przeżyli niemiecką inwazję na Polskę.  Babcia, jak powiedziała tego dnia Galowi, zdołała uratować się tylko dlatego, że na krótko przed deportacją uciekła do pobliskiego lasu. Ona i jej dwoje małych dzieci - ojciec i wuj Gala - ukrywali się przez lata w ziemiance, aż do wkroczenia Armii Czerwonej, jedząc trawę i pijąc rosę z liści drzew. Przetrwali dzięki partyzantom i okolicznym mieszkańcom, którzy od czasu do czasu dostarczali im żywność. Reszta rodziny została zamordowana, tak jak prawie wszyscy Żydzi z miasteczka, polskiego Łaszczowa, w którym stanowili większość z dwóch i pół tysiąca mieszkańców. Zginęli prawdopodobnie w Bełżcu a o ich śmierci nie ma jakichkolwiek wzmianek w dokumentach. Pamięć ocalałych jest jedynym dowodem na to, że kiedykolwiek istnieli.

Kiedy babcia Wertmana siedziała naprzeciwko niego tego popołudnia i płakała, tragedia nabrała imienia. A w Galu, jak mówi, zapanował smutek.  Uczucie, że stracił coś, o czym nawet nie wiedział, że posiada. Zaczął studiować Holocaust.  Przeczytał każdą książkę, jaką mógł znaleźć na ten temat, spędzał noce na oglądaniu filmów dokumentalnych. W weekendy jeździł do Jerozolimy do Yad Vashem i godzinami przemierzał korytarze.

Alexandra Rojkov usłyszała o Galu Wertmanie w roku 2012. Mieszkała wtedy w Jerozolimie i pisała artykuł o wnukach ocalałych z Holokaustu. W Izraelu panował wówczas pewien trend: młodzi Żydzi robili sobie na rękach tatuaże z numerami, które zostały wyryte na ich dziadkach w obozach koncentracyjnych. Był to ich sposób na upamiętnienie tego, co Niemcy zrobili ich rodzinom. Wnuki chciały, aby cierpienie ich dziadków nigdy nie zostało zapomniane.  Numery obozów koncentracyjnych mają być symbolem, że pamięć o Holokauście nie zginie.  Poznała kilku wnuków, a raz także dziadka, który nosił ten sam numer. I natknęła się na Gala Wertmana.

Wertman był wówczas dyrektorem w Haaretz, jednej z największych gazet codziennych w Izraelu.  I artystą, tak jak jest nim do dziś.  W artykule o Wertmanie przeczytała, że był on synem ocalałych z Holokaustu i miał wytatuowany ciąg liczb na pamiątkę swojej rodziny. Wertman nie wybrał jednak numeru swoich rodziców czy dziadków, ale numer symboliczny: około 17 lat temu wytatuował sobie ostatni numer w obozie koncentracyjnym Auschwitz.  Na jego ramieniu widnieje numer 202499. Został on wytatuowany 18 stycznia 1945 r., dziewięć dni przed wyzwoleniem obozu przez Armię Czerwoną. Gal Wertman nie chciał wiedzieć, kto nosił ten numer.  Numer na jego ręce miał być upamiętnieniem wszystkich ofiar Holokaustu, a nie konkretnej osoby.

Stosunkowo niski, ostatni numer 202499 w Auschwitz, gdzie ofiary niemieckich zbrodni szacuje się na około miliona, może dziwić. Pamiętać jednak należy, że większość tam przywiezionych szła prosto do gazu, bez zbędnych ceregieli. Oprawcy nie tracili czasu ani energii na niepotrzebne numerowanie ofiar.

Zagadka tożsamości człowieka, którego obozowy numer nosił Gal, nie dawała spokoju autorce reportażu. Kilkakrotnie oferowała swą pomoc w identyfikacji pierwotnego nosiciela numeru 202499, oczekując jedynie zgody Wertmana na podjęcie starań. Po latach Gal Wertman z trudem taką zgodę wyraził. Autorka, dzięki pomocy Międzynarodowego Serwisu Poszukiwań, dowiedziała się, że więźniem z numerem 202499 był Engelbert M. Spędził on ponad cztery lata w różnych obozach koncentracyjnych.  Nie był Żydem, lecz Niemcem, tzw. zawodowym przestępcą.  Tak nazywano ludzi, którzy wielokrotnie złamali prawo i z tego powodu zostali przez władze niemieckie objęci aresztem prewencyjnym.

Potem trafiła na Kalendarz Wydarzeń w KL Auschwitz-Birkenau, książkę polskiej historyczki Danuty Czech.  Na stronie 969 jest mowa o przyjeździe M. "Otrzymuje on numer 202499, który jest ostatnim numerem wydanym więźniowi w KL Auschwitz". Do tego zdania jest przypis. "Więzień ten zostaje przeniesiony do KL Auschwitz w celu włączenia go do SS Sondereinheit Dirlewanger.

Kim był Dirlewanger i jakim dowodził oddziałem w Polsce dobrze wiemy. Nie wiedziała tego autorka reportażu. Dowiedziała się więc, że dowódca tego oddziału, Oskar Dirlewanger był doradcą podatkowym. Skazany za molestowanie dzieci, utworzył w 1940 roku oddział, składający się z kryminalistów, który popełnił najgorsze zbrodnie wojenne. Zapisał też zbrodniczą kartę podczas tłumienia Powstania Warszawskiego . Jednostka ta była tak brutalna, że skarżyły się na nią nawet inne jednostki SS, choć nie składały się one z pacyfistycznych aniołków.

Oskar Dirlewanger i jego podwładny Engelbert M. dostali się do francuskiej niewoli przebrani w mundury Wehrmachtu, by ukryć przynależność do SS. Dirlewangera rozpoznali jednak współwięźniowie. Zmarł pobity przez nieustalonych sprawców.

M. został zwolniony z niewoli po kilku miesiącach.  Wrócił do domu i prowadził nienaganne życie dożywając późnej starości.  Ożenił się dwukrotnie, miał dwoje dzieci, pracował w hucie.  W wiosce M. prawdopodobnie nikt nie wie o jego obozowej przeszłości. Podobno nigdy nie wspominał o Auschwitz czy Dirlewangerze. Ze wstydu? Poczucia winy? Nie wiadomo.  Jego krewni nie chcą rozmawiać, zasłaniając się troską o spokój zmarłego.

Gdy autorka ujawnia te fakty Galowi, ten, po długiej ciszy, stwierdza „Teraz wiem, dlaczego nie chciałem wiedzieć czyj to był numer”. Po wyjściu Alexandry zapada w wielogodzinne odrętwienie.

Następnego dnia dzwoni do autorki. "On również był ofiarą" - mówi Wertman.  "Do obozu koncentracyjnego trafił niewinnie.  Może wstąpił do SS tylko po to, by uciec z Auschwitz". Gal mówi, że chce zachować numer.  Naziści odebrali mu rodzinę, teraz on nie pozwoli im odbierać tatuażu. Tatuażu, którym upamiętnia nie tylko zamordowanych Żydów, ale wszystkie ofiary wojny.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

reklama

Pekao