Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Elftraud von Kalckreuth

W DRODZE Z UMIERAJĄCYMI

Wszystko ma swój czas

ISBN: 83-7318-232-2

Copyright © Wydawnictwo WAM 2004




Jest czas milczenia i czas mówienia

Stosunek do prawdy

Pytanie, które wciąż na nowo się pojawia, jest pytaniem dotyczącym właściwego stosunku do prawdy, czyli właściwego obchodzenia się z prawdą.

Oczywiście, istnieje tu całkiem dobra, choć prosta reguła, która w razie wątpliwości może nam służyć pomocą: "Wszystko, co mówimy winno być prawdą, ale nie wszystko co jest prawdą, musimy powiedzieć", a przynajmniej nie bezwzględnie teraz, tu, w tej sytuacji, w obecności tych czy tamtych osób.

Od razu pojawiają się zrozumiałe niepewności, wątpliwości: czy mimo wszystko nie łatwiej jest żyć z "niewinnym kłamstwem"? I jak mam coś określić, o czym nawet pomyśleć nie potrafię? A czy pacjent, ta druga strona, chce w ogóle rozmawiać na temat prawdy? Wyjaśnić należy, że w tym przypadku przez "prawdę" rozumiemy zawsze fakt bliskiej śmierci.

Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest bardzo przydatne. Nim bowiem zaproponujemy rozmowę na temat rozstania się z życiem i ostatecznego końca, możemy i powinniśmy jeszcze raz dobrze rozważyć, czy właśnie ten moment jest rzeczywiście właściwy, czy naprawdę życzeniem umierającego jest, by na ten temat rozmawiać ze mną, i wreszcie - czy to ja jestem tym odpowiednim partnerem do rozmowy.

Popatrzmy na to z drugiej strony - może to ja jestem tą osobą, która próbuje uniknąć rozmowy na ten temat, ze strachu albo z niepewności, że zrobię coś źle? A może przeszkadzam mniej lub więcej świadomie w tym, by umierający w ogóle zaczął pytać? Kiedy jednak potem mimo wszystko pada to przerażające pytanie: "Czy muszę umrzeć?", czy czuję się przybita tym, że teraz bezwzględnie winnam dać tę jedyną "prawdziwą odpowiedź"? Na miłość Boga -co to znaczy: prawdziwa odpowiedź?

Jak pokazuje doświadczenie, rozmowy na temat umierania i śmierci rozpoczynają się prawie zawsze od tego, który ma śmierć przed oczyma. Nie my jesteśmy tymi, którzy je wszczynają.

To nam z jednej strony ułatwia, bo nie musimy się pytać, czy już wcześniej nie powinniśmy byli poruszyć tego tematu. Z drugiej jednak strony poprzez fakt, iż z problemem tym zostaliśmy tak niespodziewanie skonfrontowani, nie odbieramy przypuszczalnie niczego tak dobitnie, jak właśnie naszego osobistego przerażenia, być może także lęku, a nawet paniki.

W takich chwilach ważne jest, byśmy w pełni byli świadomi tego, że w tych sprawach, tu i teraz, nie ma powodu do pośpiechu ani też do paniki. Że musimy znaleźć czas, by najpierw prześledzić i skontrolować nasze myśli i uczucia, po to, byśmy także i temu, który pyta, powiedzieli jak się czujemy: że jesteśmy przerażeni i jakie myśli nas nachodzą i nurtują, wobec tak kłopotliwego pytania. Czymś zwyczajnym będzie, gdy przyznamy się do naszej bezsilności bądź bezradności, stanowić to będzie - co zdaje mi się być ważne - dowód naszej otwartości, szczerości.

Otwartość działa niezwykle uspokajająco na obie strony: zarówno na człowieka umierającego, jak i na osoby pomagające czy towarzyszące mu, nie wykluczając krewnych. Jeżeli wreszcie przestaliśmy zwracać uwagę, że naszym obowiązkiem jest uspokajać i łagodzić bądź też snuć przed pacjentem miraże, i gdy w końcu możemy przerwać zabawę w chowanego - to wszystko może właśnie w czasie tak pełnym lęku i cierpienia podziałać wyzwalająco.

Jedna z ostatnich moich posług pełnionych przy umierającym trwała ponad dwa miesiące. Pacjentka - mimo iż dla wszystkich było już oczywiste, że nie może być mowy o jakimkolwiek wyleczeniu, jakiejkolwiek poprawie - przez całe tygodnie zachowywała się tak, jakby chodziło o najzwyczajniejszą w świecie chorobę, na którą cierpiała, jakby szybko znikające siły, mogły kiedykolwiek znowu powrócić, jakby wszystkie dolegliwości były jedynie dokuczliwymi, uleczalnymi symptomami. Kiedy zaś pytała, co zdarzało się dosyć często: "Dlaczego czuję się tak strasznie?", nigdy ani jej nie uspokajałam, ani też nie pocieszałam, wskazując na szybką poprawę, zawsze wszakże zaznaczałam: "To ma najwidoczniej związek z Pani chorobą. Czy lekarz nigdy niczego nie wyjaśniał?" W ten sposób próbowałam zbudować dla niej pomost do rzeczywistości, dzięki któremu mogłaby, gdyby była na to gotowa, rozprawić się z nią.

Biorąc to wszystko pod uwagę, należało prawdę jako coś wyraźnie dostrzegalnego przesunąć w pole widzenia chorej, pozostawiając jej jednak czas, przestrzeń i wolność, aby to ona mogła zadecydować, czy chce się z nią spotkać teraz, bądź później, a może nawet w ogóle. Decyzja - czy chcę teraz rozprawić się z faktem mojej bliskiej śmierci? -nie może być sztucznie przyspieszana, nie wolno nam zatem okazać niecierpliwości, nie możemy też na nią naciskać. W jej też podjęciu nikt nie powinien niczego utrudniać, a tym bardziej przeszkadzać.

Jest oczywiste, że pacjentka, o której właśnie mówiliśmy, nie była początkowo przygotowana na konfrontację z prawdą, mimo to postawione pytanie: "Dlaczego czuję się tak okropnie?" powtarzało się w następnych dniach i tygodniach. Moja odpowiedź była zawsze podobna. Niekiedy też uważałam, że z pewnością byłoby dobrze zapytać lekarza przy jego następnej wizycie o złe samopoczucie pacjentki. Gdyby zaś ona wyraziła zgodę, mogłabym w tym spotkaniu uczestniczyć, chociażby po to, by usłyszeć, czy wyraża się on w sposób, który dla nas nie-medyków może być zrozumiały, a w razie potrzeby prosić go, aby wszystko jeszcze trochę lepiej wyjaśnił. Chorej, mimo iż spodobała się jej ta propozycja, potrzeba było jeszcze trochę czasu. Dopiero dwa tygodnie później, a więc podczas drugiej z kolei wizyty lekarskiej gotowa była zadać lekarzowi swoje pytanie.

Zetknięcie się z prawdą nie jest zdarzeniem nagłym, przeciwnie, ono ma swoje własne ramy czasowe, powiedzielibyśmy dzisiaj - ma swój własny "timing", który u każdego człowieka jest inny. Dopiero w odpowiednim czasie może dojść do niego, i dopiero wtedy możemy w pełni zmierzyć się ze strachem, zamiast całymi dniami i nocami, a nawet tygodniami udawać, że go nie ma.

Również i kolejną myśl uważam za istotną. Jeżeli mamy wątpliwości, czy nie udałoby się osobie umierającej zaoszczędzić wiele strachu ukrywając przed nią prawdę, to musimy mieć świadomość, że w ten sposób tego nie dokonamy, przeszkodzimy natomiast jedynie w tym, by prawda została wyraźnie dostrzeżona i niedwuznacznie wyartykułowana. A to jest bardziej bolesne, prócz tego pociąga za sobą znacznie groźniejsze skutki, niż gdybyśmy wspólnie przeszli przez te wszystkie lęki. W odepchniętym cierpieniu tkwi tendencja do tego, by nawet zdrowych uczynić chorymi. Tym bardziej może to oddziałać na umierających.

Pewnego dnia pacjentka powiedziała do mnie: "Boję się umierania"; najpierw poczułam się odciążona, mimo iż może początkowo wydawać się to niezrozumiałe. Wyczuwałam bowiem, jak bardzo była niespokojna, widziałam, że walczyła z czymś, że zmagała się. Przez dłuższy czas, gdy ostrożnie ją pytałam: "Co Panią niepokoi?", otrzymywałam w odpowiedzi jedynie zdawkowe i obronne "ach, nic takiego". Kiedy jednak później, w zupełnej ciszy, wypowiedziała właśnie to zdanie: "Lękam się umierania...", wtedy dopiero rozpoczął się okres, w którym mogła się rozprawić z tym strachem, który był w niej - ten właśnie czas dane mi było z nią dzielić. Od tego momentu zaczęły się nasze rozmowy na temat jej religijnych wyobrażeń dotyczących przede wszystkim czasu i wieczności, rozmowy na temat jej wizji przejścia. Ale także bardzo proste i praktyczne pytania musiały tu znaleźć odpowiedź: jak duże jest zagrożenie, że przy końcu wystąpią jeszcze ciężkie boleści, co należałoby jeszcze załatwić i wreszcie kto powinien być przy niej na samym końcu. Było nam znacznie lżej, miałyśmy bowiem świadomość, że teraz całkiem otwarcie i szczerze możemy o tym wszystkim rozmawiać.

Gdy powyższą sytuację, poczynając od jej początku aż do końca, jeszcze raz dokładniej analizuję, szczególnie istotne wydaje mi się pytanie, dlaczego akurat ja byłam tą osobą, która mogła z chorą dzielić myśli na temat tak ważnych spraw egzystencjalnych. To, że było to związane niewątpliwie z obopólnym zaufaniem, które powstało między nami, jest dla mnie oczywiste. Ale jednocześnie wiedziałam przecież, że dwoje ludzi z najbliższego otoczenia pozostawało z pacjentką w o wiele dłużej istniejącym i wypróbowanym stosunku nacechowanym zaufaniem: jej mąż i jej kuzynka. Dlaczego więc ja byłam pierwszą, której chora zawierzyła swoje lęki, pierwszą, którą prosiła, by jej pomóc w uporaniu się z prawdą, którą wnet poznała i którą próbowała przyjąć. Myślę, że byłoby dla niej po prostu za wiele i za ciężko przyjąć na siebie jednocześnie przerażenie i smutek także tych osób, które wewnętrznie były jej tak bliskie. Przypuszczalnie stanowiłoby to dla niej dodatkowe obciążenie, którego nie była w stanie przezwyciężyć. Później już, gdy wespół ze mną przeszła przez stadium początkowych, dość gwałtownych emocji, zaczęła także ze swoją kuzynką i mężem rozmawiać o swojej bliskiej śmierci. Widocznie w odniesieniu do mojej osoby miała wrażenie, że chyba potrafię nieco więcej wytrzymać, ponieważ ja, o czym dobrze wiedziała, nie po raz pierwszy pełniłam posługę przy osobie umierającej. Nadto dowiedziała się także, że byłam osobą otwartą, niczego nie ukrywałam i wokół nie rozpowiadałam, i nie uchylałam się przed rozmową z pacjentem, nawet i wtedy, gdy stawała się ona wyzwaniem.

Z przykładu tego - także i w tym przypadku jest oczywiste, że nie możemy z niego wyprowadzać żadnych ogólnych reguł - wypływa jedna prawda - zawsze powinien być ktoś, kto zajmie się ciężko chorym pacjentem, w kim znalazłby on oparcie i kto zechciałby go wysłuchać, ktoś, kto emocjonalnie nie jest mu zbyt bliski, i kto w sposób wiarygodny potrafi obchodzić się z prawdą.

Jak bardzo może cierpieć człowiek ciężko chory z tego powodu, że jego otoczenie nie ma właściwego stosunku do prawdy, zostało w sposób ujmujący i dobitny przedstawione w noweli Lwa Tołstoja Śmierć Iwana Iljicza. Czytamy w niej:

"Najcięższą męką dla Iwana Iljicza było kłamstwo. To, nie wiadomo dlaczego zaakceptowane przez wszystkich, kłamstwo, że on jest tylko chory, ale nie umierający, i że ma tylko zachować spokój i przeprowadzać kurację, a z tego wyniesie coś bardzo pomyślnego (...). Kłamstwo, kłamstwo, to okłamywanie go w przededniu śmierci, kłamstwo, które sprowadzało ten straszny, uroczysty akt jego śmierci do poziomu tych wszystkich ich wizyt, ... było straszną męczarnią dla Iwana Iljicza. I rzecz dziwna, wiele razy, kiedy tamci wyczyniali te błazeństwa, był o włos od tego, aby zawołać do nich: przestańcie kłamać, i wy wiecie, i ja wiem, że umieram, więc przynajmniej przestańcie kłamać. Ale nigdy nie miał dość odwagi, aby tak zrobić".

Do bardzo trudnych sytuacji należy też i ta, w której lekarz stoi wobec problemu, jak ma objaśnić pacjentowi to, co zgodnie z jego diagnozą jest nieodwołalnie nieuleczalną chorobą; jak ma przekazać człowiekowi wiadomość, że czas jego życia jest ograniczony, przy czym oczywiście żaden lekarz nie poda dokładnych prognoz czasowych, bo to przekracza w każdym przypadku ludzkie możliwości.

Śmiertelnie chorego człowieka pozbawiać możliwości, by mógł w sposób spokojny i opanowany kroczyć naprzeciw swego końca, swej śmierci, zapewne byłoby niezgodne z lekarską etyką. Gdy więc my, jako krewni chorego albo jako pełniący posługę przy nim, zauważamy to wahanie lekarza, do nas także należy wesprzeć go w takiej właśnie sytuacji, a gdy trzeba, prosić go, aby we właściwym czasie i we właściwy sposób zechciał porozmawiać ze śmiertelnie chorym człowiekiem.

We właściwym czasie znaczy nic innego, jak tylko z wielką delikatnością zastanowić się, czy pacjent jest gotów i czy dojrzał, by przyjąć prawdę. To oznacza także, aby zastanowić się, kto z krewnych mógłby i powinien być obecny przy rozmowie, i czy akurat w tym czasie rzeczywiście zapewniony jest spokój potrzebny do przeprowadzenia niczym nie zakłóconej rozmowy, podczas której trzeba także uwzględnić czas zarówno na reakcje pacjenta, jak i na jego pytania.

Ważny jest też "właściwy sposób", to znaczy na przykład, że lekarz najpierw zapyta: "Co Pani myśli, co Pani wie, jak czuje się z tym Pani osobiście?" - We wszystkich bowiem przypadkach pacjenci wiedzą już, że umrą, wiele wszak fragmentarycznych wiadomości pozbierali i ułożyli w całość. To i tamto słyszeli; słyszeli, co o nich i obok nich zostało powiedziane w ostatnich tygodniach. Doszły do ich uszu wzmianki, zrozumieli niejedną aluzję. Zauważyli, że od pewnego czasu krewni zachowują się inaczej niż dawniej. A ciała śmiertelnie chorych, ich organizm i dusza zapewne też, sygnalizowały, że dzieje się coś inaczej niż przedtem.

Z pewnością ważne jest i to, aby chorego pytano i zadawano mu pytania kontrolne, bo często bywa tak, że to, co ktoś usłyszy, jest czymś zupełnie innym niż to, co zostało powiedziane. Gdy na przykład w szpitalu lekarz powiada do chorego: "Czy nie wolałby Pan być w domu?", pacjent może te słowa rozumieć opacznie: tu chcą się mnie pozbyć. Wiele takich i podobnych nieporozumień powstaje w wyniku tego, że choremu nie zadano jasno sprecyzowanego pytania kontrolnego. Na to jednak koniecznie trzeba znaleźć czas, trzeba też zdobyć się na otwartość, aby do końca wysłuchać pytań pacjenta i dać na nie odpowiedź, a gdy zajdzie potrzeba - następnego dnia przyjść do niego w tym samym celu jeszcze raz. Zapotrzebowanie na informację rośnie najczęściej nieco później, zbiega się z pytaniami, które w niedługim już czasie przesuną się na plan pierwszy, jak na przykład: "Jakich wobec tego mogę teraz spodziewać się dolegliwości albo bólów, i w jakim stopniu można je będzie farmakologicznie uśmierzać?"

Jasność sytuacji, o jakiej tu mówimy, nie tyle oznacza zapowiedź bliskiej śmierci, ile raczej umożliwienie pewnego procesu, w ramach którego pacjent może powoli zacząć odkrywać sens ludzkiego umierania. We wszystkich prawie przypadkach w odkrywaniu tego sensu pomaga umierającemu pełna wiedza co do jego własnego stanu; ona też dodaje mu nieoczekiwanej duchowej siły i jeszcze więcej odwagi i witalności, niż się tego po niej spodziewano. Takie jest przeświadczenie, a ja podzielam je w pełni z wieloma innymi, którzy w zakresie pełnienia posługi przy umierających mają o wiele większe niż ja doświadczenie.

opr. ab/ab



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: PRAWDA śmierć sens pacjent rak nowotwór umieranie umierający hospicjum konanie choroba terminalna konający ruch hospicyjny