Dzielenie się wiarą

W chrześcijaństwie chodzi w dużej mierze o to, by dzielić się tym, co Bóg dla Ciebie znaczy, w taki sposób, by trafiło to do innych

W chrześcijaństwie chodzi w dużej mierze o to, by dzielić się tym, co Bóg dla Ciebie znaczy, w taki sposób, by trafiło to do innych. Dzięki temu wiara staje się żywa. Gdy zacząłem dzielić się swym świadectwem z coraz większą liczbą ludzi, refleksja, jaka zrodziła się w mym młodym umyśle na temat protestantów, była taka, że pragną oni przede wszystkim powiększać swoje zgromadzenia o nowych członków i uznają, że aby to osiągnąć, wystarczy jedynie okazywać nieznajomym miłość i hojność.

To miało przekonać ludzi, że naśladowcy Chrystusa są dobrzy i mili. Dając dobry przykład, chrześcijanie ci pragnęli zasiewać w innych ziarna wiary i zachęcać ich do przyłączenia się do kościoła. Problem w tym, że na świecie jest także wiele miłych i dobrych osób spoza Kościoła – w tym hindusi czy muzułmanie.

Nie wystarczy, by wyznawcy Jezusa byli życzliwi i dobrzy. Musimy przemawiać do innych z mocą. Gdy oznajmiłem tacie, że piszę tę książkę, powiedział: „Ludzie myślą, że ewangelizacja to coś skomplikowanego, podczas gdy tak naprawdę jest ona bardzo prosta. W każdej chwili życia musimy być gotowi do dzielenia się wiarą, przy czym czasem sprowadza się to do bycia autentycznym w zwykłej rozmowie z drugim człowiekiem. Możesz mu powiedzieć, kim jest dla Ciebie Jezus i jak zmieniło się twoje życie, gdy w Niego uwierzyłeś. Twoja wiara będzie też objawiać się w tym, jak żyjesz na co dzień”.

Pismo Święte mówi: „Po owocach ich poznacie”. Jeśli chcesz zachęcać innych do tego, by stali się dobrymi chrześcijanami, musisz wyjść im naprzeciw i sprawić, by zaczęli myśleć o tym, jak ważny jest Bóg w ich życiu. Powinieneś się jednak stale modlić o to, by robić to mądrze. Każdy człowiek ma inne doświadczenia i cechy charakteru, dlatego należy podchodzić do ludzi bardzo indywidualnie. Jak czytamy w Pierwszym Liście św. Piotra 3:15–16: „Pana zaś Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest. A z łagodnością i bojaźnią Bożą [to czyńcie]”.

Krążąc wokół chrześcijaństwa

Zmierzając ku temu, by być rękami i nogami Jezusa, swego czasu „krążyłem” nieco wokół chrześcijaństwa w towarzystwie… mojego psa. Gdy miałem siedemnaście lat, zacząłem wychodzić na spacer z naszym psem. Prowadząc czworonoga, jechałem na wózku i zagadywałem do praktycznie każdej mijanej osoby.

Nie wiem, czy to za sprawą uroku osobistego naszego psiaka – Setha (skrzyżowanie teriera ze spanielem), czy może mojego własnego, ale w każdym razie zawsze znajdywał się ktoś chętny, by nam towarzyszyć w spacerze i rozmowie.

Na początku gadaliśmy o psie, a potem – gdy osoba nie znała mnie wcześniej – przeważnie pytano mnie, jak straciłem kończyny. Gdy dzieliłem się swoją historią, ludzie byli zaintrygowani i poruszeni. Czasem rozmowy te prowadziły do dyskusji o wierze. Moi rozmówcy byli ciekawi, skąd bierze się moje pozytywne nastawienie do życia, a ja odpowiadałem, że Bóg z pewnością nie stworzył mnie przypadkowo, w co głęboko wierzę. Jeśli ktoś był zainteresowany – proponowałem wspólną modlitwę.

Nie wiem, czy to moja wiara, czy może coś innego wywoływało w ludziach wzruszenie, ale faktem jest, że często lały się łzy, gdy mówiłem o tym, jak ważny jest dla mnie Bóg i jak bardzo jestem Mu wdzięczny za wszystko, co mi daje.

Krążenie tu i tam, dzielenie się radością z towarzystwa zwierzaka i wiarą stało się dla mnie prawdziwą przygodą. Wychodziłem z domu i wprost nie mogłem się doczekać spotkania z kolejnymi osobami. Dzieliłem się swoją historią i przekonaniami wszędzie, gdzie się dało. Nie przypominam sobie, by ktokolwiek mnie kiedykolwiek zbył, choć z pewnością byli i tacy, którzy na mój widok dyskretnie przechodzili na drugą stronę ulicy.

Starałem się nikomu nie narzucać. Po prostu pytałem osobę, jak się miewa, a po kilku minutach rozmowy mówiłem: „Czy życzysz sobie, abym pomodlił się o coś w twoim imieniu?”. Większość ludzi przyjmowała tę propozycję z wdzięcznością. W końcu kto z nas nie potrzebuje modlitwy – albo za siebie, albo za kogoś bliskiego? Moi rozmówcy czuli się, jak gdyby dostali od nieznajomego prezent-niespodziankę. Ba, to było nawet lepsze niż prezent, ponieważ korzyść płynąca z modlitwy jest wieczna!

Fragment pochodzi z książki:
Nick Vujicic, Ewangelia bez granic!
kolejny fragment >>

Książkę można kupić na stronach Wydawnictwa Aetos

opr. ab/ab

« 1 »
Załączone: |
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama