Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Abp Józef Życiński

Kierunek Jerozolima

Przyszli do pewnego miasta samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: "Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?"

Łk, 9: 52-54

Misja Chrystusa wchodziła wtedy w decydującą fazę. Św. Łukasz pisze o tym wyraźnie, podkreślając: "gdy dopełniał się czas Jego wzięcia z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy i wysłać przed sobą posłańców" (Łk, 9:51). Istniały podstawy, by oczekiwać, że także do mieszkańców małego miasteczka w Samarii dotarły już wiadomości o nadzwyczajnym cudotwórcy, który przełamywał stereotypy kulturowe głosząc szokujące dla odbiorców przypowieści o miłosiernym Samarytaninie i ujawniając grzesznej Samarytance największe tajemnice Swej misji. Tymczasem, na przekór podobnym oczekiwaniom, posłańców nie przyjęto właśnie dlatego, że szli do Jerozolimy, która jako miejsce kultu stanowiła symbol niezgody między Samarytanami a Żydami. Mentalność prowincji i zakorzenione od wieków uprzedzenia wzięły górę nad otwarciem na nadzwyczajną łaskę przychodzącego Zbawcy. Można zrozumieć motywy, które wywołały gwałtowne oburzenie Apostołów. Pierwsze reakcje tak łatwo mogą być gwałtowne, gdy nasze wielkie plany zderzą się z błogostanem prowincji, w którym lokalne kompleksy i zwyczajna bezmyślność bywają ubrane w szaty pryncypialności czy wierności tradycji. Tak łatwo wtedy o pryncypialne darcie szat i przywoływanie ognia z niebios, w stylu największych proroków.

Tymczasem tak wiele możemy nauczyć się ze spokojnej reakcji Chrystusa w obliczu tamtej sytuacji. Mówi o niej lakoniczne sformułowanie Ewangelisty: "Lecz On odwróciwszy się, zabronił im" (Łk, 9:55). Może Jezus myślał wtedy, iż nie należy oburzać się na mieszkańców prowincjonalnego miasteczka, skoro Jego misji nie zrozumieli przedstawiciele elit z wielkiego Kafarnaum i z samej Jerozolimy. Może zdołał się już przyzwyczaić do tego, że za dar serca ludzcy odbiorcy płacili Mu z reguły odrzuceniem lub obojętnością. Jego decyzja ma tym większą wagę, że propozycja uczniów nie była jedynie wyrazem ich nerwowej reakcji, lecz przywoływała dobrze znaną scenę z Drugiej Księgi Królewskiej. Wtedy to prorok Eliasz dwukrotnie zesłał ogień na przedstawicieli króla Samarii Ochozjasza, który w chorobie usiłował szukać pomocy u bożków pogańskich. Ogień niszczący dwie grupy wysłanników królewskich okazał się wówczas nadzwyczaj skutecznym środkiem wychowawczym w odniesieniu do władcy, który podczas choroby próbował korzystać z pośrednictwa Belzebuba, bożka Ekronu. Następstwem niewierności króla była najpierw śmierć 100 wysłanników pochłoniętych przez ogień; następnie zaś jego własna śmierć "według wyroku Jahwe, który Eliasz oznajmił" (1 Krl, 1:17).

Nieraz, gdy ogarnie nas irytacja i pasja, skłonni bylibyśmy wzorem Jakuba i Jana przywoływać styl proroka Eliasza, by usprawiedliwić naszą gwałtowną reakcję, w której zsyłanie ognia na ziemię stanowi zaledwie pierwszy krok w stronę radykalnej obrony zagrożonych wartości. Z reguły nie zwracamy już wtedy uwagi na kierowaną do Eliasza prośbę trzeciej grupy wysłanników królewskich błagających: "Mężu Boży! Niech życie ... tych sług twoich pięćdziesięciu drogie będzie w oczach twoich" (1 Krl, 1:14). Nie zauważamy, że Eliasz spełnił ich błagania. Nie pamiętamy wtedy zwykle o wielkiej lekcji humanizmu, którą w Starym Testamencie dał Abraham, targując się z Bogiem o życie dziesięciu sprawiedliwych z Sodomy (Rdz, 18:23-33). W pełnej emocji prywatnej egzegezie biblijnej najłatwiej nam wówczas przywoływać przesłanie Apokalipsy skierowane do Kościoła w Laodycei. Mówi ono: "Obyś był zimny albo gorący! Skoro jesteś letni, ... chcę cię wyrzucić z mych ust" (Obj 3:15n). Zazwyczaj przy tym cytacie lubimy rezerwować dla siebie wyłączne kompetencje do określania, w jakim przedziale temperatur można już mówić o gorącu. Osoby najbardziej pryncypialne z satysfakcją podkreślają, że nigdy nie stosują terminu "gorący" poniżej temperatury wrzenia. Wtedy już bardzo łatwo można uchodzić za etatowego Eliasza i stosować prostą metodę przywoływania ognia z niebios w celu rozwiązania wszystkich konfliktowych sytuacji.

Tymczasem Jezus stosuje całkowicie inny styl działania. Mówi o tym kolejne zdanie u św. Łukasza: "I udali się do innego miasteczka" (Łk 9:56). W tamtym innym środowisku widocznie spotkali się z życzliwością i otwarciem. Nie patrzono na nich jako na przeciwników, mimo że zdążali do Jerozolimy. Jakże często lubimy celebrować nasze przegrane i przechowywać w specjalnych sektorach pamięci nadzwyczaj żywe wspomnienie miasteczek, w których spotkaliśmy się z niezrozumieniem, uprzedzeniem czy agresją. Tymczasem odrzucony Jezus nie zamienia ludzkiej małości w doświadczenie dramatu. Szuka innych środowisk, które będą w stanie przezwyciężyć tę małość i zademonstrują całkowicie inny styl. Nie roztkliwia się z powodu ludzkiej niewdzięczności i nie wprowadza nowej przypowieści o niewdzięcznym Samarytaninie. Idzie dalej, troszcząc się, aby zachować kierunek, który prowadzi ku Jerozolimie. W tym zachowaniu znajdujemy lekcję stylu dla proroków nowego przymierza. Wielkich dzieł zbawczych nie wolno nam przesłaniać utarczkami zdominowanymi przez gorycz i rozczarowanie. Nie wolno nam równać do poziomu drugiej strony, kiedy tamta nie potrafi ani wyzwolić się z mentalności prowincji, ani też otworzyć na ogrom nadzwyczajnej łaski przychodzącej w szarości zwykłego dnia. Nie należy mylić porządku celów i środków. Nie należy absolutyzować tego, co jest względne, nawet kiedy boli doświadczenie tej względności. Jest tyle ścieżek, którymi w zadumie pełnej godności i spokoju można wędrować do naszej życiowej Jerozolimy, wyznaczanej przez Chrystusa. Pryncypialne podpalanie miasteczek nie stanowi bynajmniej stylu, który aprobowałby Chrystus.

Nawet umiłowany, wierny Jan miał trudności z przyswojeniem sobie tego stylu i skłonny był szukać mocnych rozwiązań niosących doraźną psychologiczną satysfakcję. Niektórzy tłumaczą, że naruszenie zasady gościnności stanowiło w kulturze Wschodu bardzo poważne przestępstwo, zaś zarówno Józef Flawiusz, jak i źródła rabinistyczne szczegółowo opisywały, jak wielki był brak życzliwości Samarytan wobec Żydów pielgrzymujących do Jerozolimy. Na podstawie tych źródeł ktoś mógłby łatwo usprawiedliwiać radykalną propozycję Jakuba i Jana, argumentując, iż spalenie od czasu do czasu jakiegoś małego miasteczka może okazać się najskuteczniejszą formą działania, która nauczy rozumu Samarytan i przez terapię wstrząsową wyzwoli ich z zadawnionych uprzedzeń. Tymczasem Jezus w trzecim etapie swej wędrówki ku Jerozolimie wybrał zupełnie inną formę terapii. Po uzdrowieniu dziesięciu trędowatych, podkreślił, że jedyny z uzdrowionych, który przyszedł podziękować za uzdrowienie, pochodził właśnie z Samarii (Łk 17:11-19). Terapia inspirowana duchem Ewangelii prowadzi daleko poza dziedzinę rekompensaty i rewanżu. Na wzór fundamentalnej zasady przewijają się w niej słowa z Kazania na Górze: "dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą, ... módlcie się za tych, którzy was oczerniają" (Łk 6:27n). By dochować wierności tym wezwaniom, nie trzeba operować ogniem z niebios wówczas, gdy wystarczy prosty gest strząśnięcia prochu, który przylgnął do stóp wędrowców (Łk 10:11). Szlak prowadzący ku Jerozolimie ma być szlakiem, na którym jako najważniejsza jawi się radosna prawda o tym, że przybliża się do nas królestwo Boże (Łk 10:9). Gdybyśmy na tym szlaku chcieli demonstrować przede wszystkim nasze uczucia i nasz styl odreagowywania życiowych rozczarowań, mogłoby to znaczyć, że już stworzyliśmy sobie prywatną wersję Jerozolimy, która niewiele ma wspólnego z Jerozolimą zbawczej męki Jezusa Chrystusa.

Ks. Abp Józef Życiński



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: obojętność Samarytanin ogień Św. Łukasz odrzucenie sprawiedliwy odwet proch sandały
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W