Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Ks. Mieczysław Maliński

Elementarz

dla początkujących, zaawansowanych i dojrzałych

Wydawnictwo M
ISBN: 978-83-7595-422-7




fragment książki:

Temat 4
JAK BYĆ DOBRYM CZŁOWIEKIEM?

Nasze życie duchowe musi mieć wysoką temperaturę. Najpierw intelektualną. Po wtóre – uczuciową. Każdy twój dzień musi być dla ciebie ciekawy, musi się w nim coś dziać. To jest potrzebne tobie. I ludziom. Żebyś miał im coś do powiedzenia, żebyś nie był wymłóconą słomą. I miej temperaturę serca. Miej swoje wewnętrzne ciepło dla siebie i ciepło dla ludzi, żeby tobie było dobrze ze sobą i żeby innym było dobrze z tobą.

Trzeba mieć dobre oczy, żeby kochać ludzi; trzeba dobrymi oczami patrzeć na ludzi; trzeba z dobrocią patrzeć na ludzi.

Bo tylko wtedy dostrzeżesz dobro w każdym, także najgorszym człowieku. Często przywalone stosami śmieci, ale przecież dobro, którego żal, że nie rozwinięte, zarosłe chwastami głupstw i złości, nawet względem ciebie.

A to już jest miłość. Od tego punktu tylko krok, żeby pomagać, ratować, wyprowadzać ze ślepej ulicy.

Gromadź w sobie dobroć serca – aby kiedyś nie pochłonęła cię twoja nienawiść. Gromadź w sobie mądrość życiową – abyś kiedyś nie uległ swojej głupocie. Gromadź w sobie szczodrobliwość – aby kiedyś nie zniszczyła cię twoja pazerność. Gromadź w sobie pokój wewnętrzny – aby kiedyś nie zakrzyczało cię twoje przerażenie. Gromadź w sobie delikatność – aby kiedyś nie opanowało cię twoje chamstwo i brutalność. Gromadź w sobie odwagę – abyś kiedyś nie przestraszył się ludzi, świata, siebie. Gromadź w sobie ufność – abyś kiedyś nie wpadł w twoją rozpacz.

Gromadź w sobie światło – aby kiedyś nie ogarnęła cię twoja ciemność.

Jesteś zasypywany słowami. Słyszysz je z ust ludzi w bezpośrednim kontakcie albo z gazet, książek, z filmu, telewizji, radia, z taśm, z płyt. Dobrzy ludzie chcą siać w ciebie pszenicę, źli – kąkol. Bóg i szatan.

Od ciebie zależy, komu zezwalasz siać na twojej roli. Bo gdy zasiane – wyrośnie. Zboże albo chwast. Aby cię ubogacić albo zniszczyć.

Można słuchać, nie słysząc, nie rozumiejąc, ślizgając się po powierzchni słów, dźwięków, wyrażeń. Bo tak to już jest, że z tego samego zdania można wysłyszeć rozmaite treści, znaczenia, z tego samego słowa, z tego samego mówienia można się rozmaitej mądrości nauczyć albo nie nauczyć wcale, albo zrozumieć opacznie, błędnie, albo zgorszyć się.

Umiejętność słuchania. Sztuka słuchania. Dochodzenia do istoty rzeczy. Odnajdywania powiązań, relacji, wyciągania wniosków. Dokonywanie już własnych odkryć, stwierdzeń, prawd.

Naucz się słuchania człowieka, który do ciebie mówi, gwaru tłumu, miasta, przyrody – szumu wiatru, lasu, morza – głosu świata. Bo można słuchać i nie słyszeć, i nie rozumieć, i tracić, i przegrywać.

Czym lepsza twoja Msza święta, tym lepsze twoje życie. Czym lepsze twoje życie, tym lepsza twoja Msza święta. Im lepsza twoja Msza święta – im lepiej się jednoczysz z Bogiem, im więcej bierzesz Go w siebie, tym więcej masz miłości, pokoju, ciszy, wolności, prawdy, by dawać twoim w domu rodzinnym i twoim w zakładzie pracy. Im lepsze twoje życie zwyczajne, tym lepsza twoja Msza święta. Po prostu masz co Bogu dać.

Są kręgi bliskości. Jest krąg rodziny, kolegów w miejscu pracy, ludzi twojego miasta, regionu, narodu, Europy. Jest krąg katolików, chrześcijan, wierzących.

Ale ponad wszystkie kręgi istnieje jeszcze krąg ludzi dobrej woli. Bo nawet wśród najbliższych braci twoich możesz napotkać ludzi, którzy cię chcą wykorzystać, zawładnąć tobą, którzy chcą oszukać cię, którzy manipulują tobą dla swoich celów, którzy nie popuszczą swojego, którzy cię nie słyszą, nie słuchają, nią chcą słyszeć.

Ponad wszystkie kręgi, w których żyjesz, wyrasta krąg ludzi dobrej woli. Gdy natrafiasz na człowieka – nieraz z kręgu bardzo odległego – który cię słucha, rozumie, który nie chce cię oszukać ani tobą zawładnąć, ale chce ci pomóc, usłużyć ci jak brat – chociaż bratem nie jest, jak rodak – chociaż rodakiem nie jest, jak katolik – choć do kościoła nie chodzi, jak ktoś najbliższy.

Życzę ci, żebyś i ty był człowiekiem dobrej woli. Żebyś i ty umiał słuchać, nie chciał nikim manipulować i nikogo wykorzystywać dla swoich interesów. Żebyś i ty pomagał za darmo.

Bo człowiek dobrej woli to jest człowiek Boży. Choćby nie był praktykującym ani katolikiem, ani chrześcijaninem, ani wyznawcą żadnej religii. To jest człowiek Boży. Bóg w nim mieszka.

Nie bądź kameleonem, który się zmienia w zależności od otoczenia. Nie bądź ośmiornicą, która chwyta wszystko, co jest w zasięgu jej ramion, i wypuszcza, gdy wyssie. Nie bądź pawiem, który przed każdym roztacza swoje kolory. Nie bądź szakalem, który kręci się wokół starców. Bądź człowiekiem. Istotą, która doradza, pomaga, użycza, mówi prawdę w oczy, przebacza, zanim ktoś o to poprosi. Wtedy, chociaż nikt cię nie spyta, czy ty wierzysz i w kogo wierzysz, będziesz gwiazdą prowadzącą do Boga – Ojca Światłości.

Nie wpatruj się w siebie: ani w swoją przeszłość, ani w przyszłość, ani w swoje powodzenia, ani w klęski, ani w swoją młodość, ani w starość, bo ogarnie cię obłędny strach, rozpacz. Trzeba przekroczyć krąg własnego „ja” przez zaangażowanie, poświęcenie, miłość, ufność, wiarę.

To jest droga prawdziwych artystów, prawdziwych rodziców, prawdziwych działaczy, prawdziwych twórców, prawdziwych chrześcijan – prawdziwych ludzi.

Dopiero wtedy możesz poznać, kto jest kto, gdy powstanie luka w normalnym biegu rzeczy i gdy za cenę jakiejś nieuczciwości można coś zyskać, przy czym wszystko wskazuje na to, że nikt się o tym fakcie nie dowie.

Tylko wtedy możesz się przekonać, w jakiej mierze jesteś człowiekiem, jeżeli znajdziesz się w takiej sytuacji.

Nie usprawiedliwiaj się postępowaniem innych ludzi. Nie zasłaniaj się ich czynami. Usuń motywacje swoich czynów typu: „Jak on się nie przejmuje, to co ja się mam przejmować?”, „Jeżeli im wolno, to dlaczego mnie nie?”. Będziemy sądzeni indywidualnie, bo otrzymujemy indywidualnie. Jeżeli dostrzegałeś, to jesteś tym, który więcej dostał. Nigdy nie porównuj się z innymi ludźmi. Nie wiesz, ile otrzymali. Wiesz tylko, ile ty sam otrzymałeś. I za to jesteś odpowiedzialny.

Nie dopominaj się wciąż o swoje prawa. Bo się tylko uwikłasz, wplączesz w beznadziejną bijatykę. Nie szukaj zemsty – nie tylko ze względu na miłość bliźniego, ale najpierw ze względu na samego siebie. Szkoda cię. Twojej energii, twojego czasu. Zostaw. Rób swoje.

Najpierw musisz być człowiekiem, a dopiero potem możesz być urzędnikiem, robotnikiem, nauczycielem, księdzem, lekarzem. Bo chociaż twój zawód jest ważny, czcigodny, nie może on przerosnąć twojego człowieczeństwa. Bo chociaż instytucja, w której pracujesz, może być wielka, poważna, święta – nie wolno ci stać się jej bezwolnym narzędziem; trzymając się sztywno jej przepisów, niszczysz ludzi – zamiast im służyć. Żadna z nich nie potrafi zdjąć z ciebie odpowiedzialności za twoje postępowanie jako człowieka.

Gdybyś wiedział. Gdybyś wiedział, że odchodzisz. Ale tobie zdaje się, że idziesz naprzód. Gdybyś wiedział, że trwonisz, kłamiesz, oszukujesz, tracisz czas, jesteś nieuczciwy. Ale ty myślisz, że żyjesz rozsądnie, racjonalnie, roztropnie.

Gdybyś wiedział, że krzywdzisz. Ale ty masz zestawy motywów, precyzyjną konstrukcję uzasadnień, które wypracowałeś sobie przy kolejnych klęskach, bolesnych doświadczeniach albo sukcesach, zwycięstwach.

Dlatego bądź uważny na niepokoje swojego sumienia, na sygnały ostrzegawcze, jakie się w tobie zapalają. To jest jedyna szansa powrotu.

Chodzi o to, aby przez ciebie twemu bliźniemu było dobrze: żeby przy tobie odnalazł samego siebie; złamany – wyprostował się, zgaszony – wybuchnął płomieniem, stulony – zakwitnął. Aby przy tobie stawał się pełnym człowiekiem. Najłatwiej zbyć potrzebującego jałmużną uśmiechu, dobrego słowa czy rzeczy. Ale to nie jest dobroć. Najwyżej tobie tylko tak się zdaje.

Nie staraj się zbytnio o to, abyś był człowiekiem dobrze ułożonym. Gdy uchybisz w tym względzie, nie rób sobie zbytnich wyrzutów. Bo może się w tobie wytworzyć przekonanie, że na tym polega istota twojego życia. A przecież chodzi o twoją wewnętrzną uczciwość, o czystość twoich intencji, o twoją bezinteresowność.

Nie staraj się zbytnio o to, abyś był człowiekiem dobrze ułożonym, bo może się zdarzyć, że osiągniesz sukces w tym względzie i tak otoczenie twoje, jak i ty sam uznasz, że postępujesz poprawnie – a nawet nie zauważysz, że wnętrze twoje jest kłębowiskiem żmij.

Uważaj na siebie zwłaszcza wtedy, gdy chcesz uzyskać coś od ludzi: poparcie, interwencję, załatwienie jakiejś sprawy dla siebie albo dla swoich bliskich. Żeby nie za wszelką cenę – nie za cenę twojej godności osobistej: sztuczne nawiązywanie znajomości, nieprawdziwe przyjaźnie, prezenty, listy, karteczki z wyrazami pamięci, serdeczności, przyjęcia, przytakiwanie, pochwały, zachwyty, odprowadzanie, przyprowadzanie.

Odgrażasz się, że jak tylko uzyskasz to, o co ci chodzi... Mylisz się. Już się nie odegniesz. Będziesz zawsze żebrakiem.

Naucz się mówić „nie”. Naucz się odmawiać. Zachowaj kontrolę nad czasem, który oddajesz innym. Bo inaczej ludzie wyrwą ci życie z ręki, złamią twój rytm, oderwą od realizacji twoich planów, zaabsorbują swoimi sprawami, wciągną w swoje prace, a jak przestaniesz być użyteczny, odrzucą. Wtedy może być za późno, żebyś swoje życie zaczął sklejać. Naucz się odmawiać. To, wbrew pozorom, trudniej przychodzi niż zgadzać się. Naucz się mówić „nie” – chyba że się tego nauczyłeś już zbyt dobrze.

Jeżeli cię stać na to, jeżeli masz na tyle zdolności i czasu – to odmiataj ścieżki ludziom, chociaż sam po nich chodzić nie będziesz. Walcz o to, aby ludzie mieszkali po ludzku, aby mieli się gdzie bawić, aby rosły drzewa. Choć tablicy pamiątkowej nikt nie wmuruje.

Niebezpieczeństwo, jakie grozi nam, katolikom, płynie nie z zapoznania nadprzyrodzonego charakteru naszej religii. Z tego dość dobrze zdajemy sobie sprawę. Czy jednak umiemy dostrzegać wartości nadprzyrodzone w codziennym nurcie życia?

Jak ustrzec się przed utratą najcenniejszych darów? Bo tak łatwo przyjaciela zamienić w sługę, zawładnąć tym, który nas obdarzył zaufaniem, z czyjejś miłości do nas uczynić źródło samouwielbienia, powołanie – iskrę Bożą – przekształcić w wygodną synekurę, chrześcijaństwo sprowadzić do abstrakcyjnego systemu prawd.

Jak zapobiec, aby wartości, którymi zostaliśmy obdarzeni, nie zsunęły się w przyzwyczajenia, w puste słowa, w gesty bez pokrycia?

Masz takie życie, jakie chcesz mieć. Masz takie życie, jakim sam jesteś. Nie ma czynu, który by przeszedł bezkarnie. Wszystkie pozostają w tobie. Każda decyzja kształtuje dalsze postępowanie. Każda decyzja to jest nowa rysa w twojej osobowości i pozostaje na teraz i na zawsze.

Jesteś płomykiem miłości, wolności i prawdy, odłączonym od Słońca Słońc i umieszczonym w kostropatym naczyniu ciała. Odłączonym, a przecież zjednoczonym, bo ty dzięki Niemu wciąż płoniesz. Bo ty jesteś wciąż w Nim.

Odłączonym – a przecież zjednoczonym z podobnymi do ciebie płomykami umieszczonymi w podobnych do twojego naczyniach ciała. Zjednoczony z nimi, bo im więcej w tobie światła – tym więcej i w nich. Im więcej w nich – tym więcej i w tobie.

Aż przyjdzie chwila, kiedy opadnie z ciebie to naczynie gliniane i powrócisz do Słońca Słońc, Morza miłości, do Źródła prawdy. Ile przyniesiesz z tego, coś otrzymał? Rozbudujesz ten dar dwukrotnie, dziesięciokrotnie, stokrotnie – jak ziarno posiane w dobrą ziemię?

Dlaczego się modlisz, pracujesz, spieszysz się, pomagasz, uśmiechasz się, mówisz miłe słowa, przynosisz kwiatki? Dlaczego?

Z miłości? Z poczucia obowiązku? Z chęci pomocy drugiemu człowiekowi? A może chcesz go kupić, sprzedać, oszukać, omamić, może chcesz coś zarobić, może boisz się stracić?

Wciąż pytaj siebie, co jest motywem twojego postępowania. Kontroluj się bez przerwy. By nie było w tobie zdrady. Aby uśmiech był uśmiechem, czyn – czynem, praca – pracą, pomoc – pomocą, dar – darem.

Co robisz, żeby było lepiej w twoim domu, w kręgu twoich najbliższych, w miejscu twojej pracy zawodowej?

Miarą twojego człowieczeństwa jest wielkość twojej troski o drugiego człowieka. Czym większe to twoje staranie, zaangażowanie w ludzkie sprawy – tym większy jesteś sam.

Dochodzisz do dna swojego człowieczeństwa, gdy mówisz: „Mnie nic nie obchodzi. Niech inni – jak chcą – głowy sobie urywają”.

Tkwić głęboko w społeczeństwie. Popierać, towarzyszyć wszystkiemu co pozytywne, twórcze – niezależnie pochodzenia. Wskazywać na błędy, niesprawiedliwość, krzywdy, kłamstwa, zafałszowania, zniewolenie, gwałt, nie oglądać się na represje, jakie to może spowodować. Reagować jak czuły sejsmograf na każde poruszenie w warstwie politycznej, społecznej, gospodarczej, kulturalnej. Ostrzegać na czas przed burzami, kataklizmami, trzęsieniami ziemi. Być na miejscu zdarzeń, ukierunkować je, by niosły nie zło, lecz dobro. Szukać sposobów wyjścia z dołka, z zagrożenia, z niebezpieczeństwa, wytyczać drogę, wskazywać kierunek, wypatrywać dalekich horyzontów, dążyć do nich wytrwale. Pozostawać niezmiennie wiernym prawu człowieka, a równocześnie nie bać się nowych trendów, mód, prowadzić nieustanny dialog, odnajdywać wspólny język, dokopywać się do tego, co łączy. Być poddawanym krytyce, stanowić kamień obrazy, źródło niepokoju. Mieć oddanych przyjaciół i zagorzałych przeciwników. A gdy przyjdzie sukces, nie domagać się laurów ani miejsc na honorowej trybunie, ale oświadczać: „Sługami nieudolnymi jesteśmy, spełniliśmy to, co do nas należało”. I nie ustawać w walce, dopóki chociaż jeden naród żyje w ucisku, dopóki chociaż jeden człowiek cierpi niesprawiedliwość.

Dopóki jesteś niesiony sympatią ludzką, dopóki ludzie z twojego środowiska tobą się cieszą i martwią, spodziewają się i niepokoją, dotąd nie wiadomo, kim naprawdę jesteś. Dopiero gdy przestaną się tobą interesować, niczego po tobie nie oczekują i najchętniej pozbyliby się ciebie, gdy nie dostrzegają twoich inicjatyw, nie interesują się twoją pracą, obojętne im są twoje osiągnięcia, a nawet stwierdzasz coś przeciwnego: że twoje sukcesy pogłębiają ich niechęć do ciebie – dopiero wtedy stajesz na progu swojego człowieczeństwa. Dopiero wtedy przekonujesz się, kim naprawdę jesteś – na ile wierzysz w siebie, w swoją pracę, w ludzi, w Boga.

Żebyś się nie zaraził złem. Bo ono coraz bardziej się panoszy, otacza cię i osacza. Coraz bardziej bezczelne, aroganckie, pewne siebie: bezkarni aferzyści, oszuści, cwaniacy, złodzieje, mordercy.

Żebyś się nie zaraził złem. Bo ono agresywne, przekonywające, efektywne i efektowne. Bo bezwzględność się podoba, ludzie ją podziwiają, szanują.

Żebyś się nie przeląkł: żeś ty ostatni – wszyscy zajęli się robieniem pieniędzy, dorabianiem się za wszelką cenę, a ty zostałeś na spalonej pozycji.

Uratuj w sobie miłość. Wobec brutalności uratuj uśmiech, ciepłe współczucie, serdeczną tkliwość. Wobec bylejakości i nieodpowiedzialności uratuj swoją solidność i obowiązkowość.

Uratuj w sobie miłość. Choć wiesz, że mógłbyś łomem wywalić szybę wystawową i zgarnąć, co jest do zgarnięcia. Choć wiesz, że mogłabyś stanąć na rogu i za jedną noc zarobiłabyś więcej niż za parę miesięcy uczciwej pracy. Choć wiesz, że wystarczyłby jeden fałszywy podpis, aby się choć trochę podratować.

Ty, który chcesz być wolny. Wiedz, że wolności trzeba się uczyć. Konsekwentnie i uparcie. Tępić w sobie bezwolność więźnia skazanego na dożywocie, służalcze nadstawianie karku, żebracze wyciąganie dłoni, zwierzęce warowanie przy nodze pana. Bo drzemią w tobie atawizmy serwilizmu, niewolnicze posłuszeństwo, pańszczyźniana pokora i ustępliwość przed silniejszym, i przyznawanie racji temu, kto głośniej krzyczy.

I wiedz, że być wolnym to znaczy drugiemu dawać wolność. A w tobie siedzi satrapa i byle ci oddano rąbek władzy, zamieniasz się w kaprala służbistę, który chce mieć wszystko pod sznurek i na rozkaz.

I wiedz, że być wolnym to znaczy stawać w obronie tych, którzy szantażują, gwałcą, łamią, przymuszają, zamieniają w pachołków, manipulują nimi, posługując się wszelkimi metodami.

Ty, który chcesz być wolny. Wiedz o tym.

Szczycimy się tym, że jesteśmy inteligentnym narodem. Warto posłuchać, o czym ludzie rozmawiają. Kobiety o ciuchach. Mężczyźni o samochodach. Kobiety o makijażu i jak można schudnąć. Mężczyźni o piłce nożnej. Mężczyźni i kobiety o seksie – na równi. Może jeszcze biadolenie, może jeszcze ploty o swoich bliższych i dalszych znajomych. Może jeszcze tania polityka, sensacyjki. I to by było wszystko.

Dźwigaj poziom rozmów. Wydrzyj z siebie to, na co cię stać. Żebyś ty mądrzał i żeby inni przez ciebie mądrzeli.

To znowu góra. Tak jak Mojżeszowa. Tylko nie błyskają pioruny i nie grzmi. Nie Mojżesz głosi przykazania w imieniu Boga, ale Syn Boży w imieniu Ojca mówi do nas. I nie przykazania zaczynające się od „nie”, ale przykazania zaczynające się od „błogosławieni”. Błogosławieni – Boży – zjednoczeni z Bogiem i szczęśliwi. To nasz rachunek sumienia ze szczęścia i radości.

„Ubodzy duchem”. Stać cię na to, aby nie traktować pieniędzy i rzeczy jako najwyższą wartość tej ziemi, jako treść swego życia?

„Którzy płaczą”. Potrafisz jeszcze płakać? Potrafisz się aż tak wzruszać? A może jesteś jak kamień wobec wszystkiego, co ciebie nie dotyczy?

„Którzy łakną i pragną sprawiedliwości”. Ciąży ci krzywda, która się dzieje na świecie, chcesz, by panowała sprawiedliwość w tobie i wokół ciebie?

„Czystego serca”. Masz wrażliwe sumienie? Pilnujesz się, byś miał czyste sumienie? Dokucza ci wszystko, co jest w tobie brudem, złem?

„Pokój czyniący”. Jest w tobie pokój? Jesteś człowiekiem pokoju. Niesiesz go innym? W domu, w zakładzie pracy – ludziom, z którymi się spotykasz.

Błogosławiony jesteś, szczęśliwy jesteś? Bo gdybyś nie był szczęśliwy, gdybyś zazdrościł tym, którzy doszli do bogactwa, do pozycji społecznej, sławy, nawet na złej drodze, to również i należałbyś do tych, którym „biada!”

Tak jak Dekalog Mojżeszowy wszedł do naszego pacierza, tak powinieneś odmawiać Osiem Błogosławieństw Jezusowych. Żeby się ukierunkować, żeby nie zapomnieć, żeby się sprawdzać.

Boisz się przełożonych, kolegów, koleżanek, ludzi z ulicy – że odkryją twoją niewiedzę, słabość, nieporadność, że cię wyśmieją, że tobą zawładną. Stąd ta pozycja obronna: sztywność, nienaturalność, usiłowanie, aby wydać się mądrzejszym, silniejszym; stąd atak zapobiegający agresji: szorstkość, kpina albo niszczenie przeciwnika poza jego oczami – plotka, obmowa, oszczerstwo.

Ale wiedz: oni również boją się ciebie. Abyś nie odsłonił ich braków umysłowych, fizycznych ułomności, śmiesznostek. Stąd ta sztuczna mina, surowość, ironia, intrygi.

Po co się męczyć? Spróbuj ich oswoić. Przekonaj, że nie masz zamiaru wyrządzać im krzywdy, że jesteś do nich usposobiony przyjaźnie. Bądź dla nich dobry.

Trzeba sobie to w końcu powiedzieć: Bóg chce od nas nie tylko walki ze złem, chce przede wszystkim czynienia dobra. Etyka Chrystusowa nie żąda, abyś wyszukiwał w sobie coraz to nowe wady, ale żebyś stawiał sobie realne cele i konsekwentnie je realizował. W urzeczywistnianiu planów będą ci stawały na przeszkodzie twoje wady, które będziesz starał się przezwyciężać. Spowiedź powinna być także oskarżeniem się z niespełnionego dobra, z zaniedbanych obowiązków, z nieosiągniętych celów.

Może powiesz: „To jest przecież to samo”. Nie, te postawy są tak różne, jak różna jest ofensywa od defensywy.

Nie kłam. Nie rób min poważnych ani smutnych, ani mądrych, ani groźnych. Oducz się fałszywych gestów. Bo życie stanie się dla ciebie nieznośne.

Bądź wolny. To jest osiągnięcie większe niż korzystne kontakty, komfort mieszkaniowy, sukcesy życiowe, które mógłbyś zdobyć za cenę swojej wolności.

Nie wypatruj cudzego szczęścia. Usuń ze swoich myśli zwroty typu: „Temu to się powodzi”. Z tym nastawieniem będziesz zawsze nieszczęśliwy, niezależnie od tego co zdobędziesz. Bo przecież naprawdę jest inaczej: wszystko czym jesteś, wszystko co posiadasz, całe twoje życie, każdy twój dzień ze wszystkim co niesie, jest darem. Uznaj ten dar, przyjmij go, doceń, bądź wdzięczny.

Łatwiej wydawać pieniądze na prezenty niż płacić należności. Łatwiej wyświadczyć grzeczność miłym znajomym niż załatwić sprawę podwładnemu. Łatwiej pasjonować się zagadnieniami z rozmaitych atrakcyjnych dziedzin niż studiować i pogłębiać swoją specjalność. Łatwiej siedzieć bez końca w towarzystwie, dyskutując nad sposobami poprawy sytuacji gospodarczej kraju niż dotrwać w pracy do wyznaczonej godziny.

Lubimy być wspaniałomyślni – o uczciwość trzeba się starać.

Ilu ludzi jest wokół ciebie?

Był czas, że – jak mówiłeś – nie dają mi spokoju, męczą mnie, nie mogę od nich odpocząć.

Ilu ludzi jest teraz wokół ciebie? Nowi nie pojawiają się, dawni odwiedzają cię coraz rzadziej. Już nie musisz się zamykać ani uciekać od nich. Po prostu nie przychodzą. Dokąd poszli?

Tam gdzie można sobie ogrzać ręce.

Nie dorabiaj sobie filozofii do swojej nonszalancji, bezceremonialności; nie twierdź, że formy towarzyskie to jest po prostu oszustwo i obłuda, gdy tymczasem chodzi o dobroć. Prawda jest inna: jeżeli dobre zachowanie jest wyrazem dobroci, wtedy istnieje możliwość odwrotna – przestrzegając zasad poprawnego zachowania, możesz wzbudzić w sobie dobroć. Na tym polega mechanizm instytucji. Skorzystaj z tej szansy stania się lepszym. A więc nakaż sobie uśmiech, kontroluj słownictwo, pilnuj punktualności, przestrzegaj higieny osobistej, nie pozwalaj sobie na poufałości, nie dopuszczaj do rozchełstania, wulgarności. Zwłaszcza u siebie, zwłaszcza w czterech ścianach swojego domu.

Wzrastaj w Boga, ale w ukryciu. Wzrastaj w Boga swoją uczciwością, dobrocią, serdecznością – niech rozprzestrzenia się w tobie Bóg, ale niech nikt o tym nie wie, kto wiedzieć nie musi. Nie obnoś się z tym, coś dobrego uczynił. Nie zabiegaj o akceptację, uznanie, pochwałę, nagrodę. Niech to stanie się dla ciebie zupełnie nieważne, nawet gdy ludzie za twoją ofiarność potępią cię w swoim niezrozumieniu. Dopiero gdy tak sprawę postawisz, przekonasz się, jaki jesteś wyrachowany. Jak bardzo przyzwyczaiłeś się do podstawiania głowy na pogłaskanie, wyciągania łapy po nagrodę.

Twoje mówienie o bliźnich: ironiczne, złośliwe, dwuznaczne, zazdrosne, insynuujące. To w pierwszym rzędzie nawet nie krzywda, jaką im wyrządzasz. Ale to przede wszystkim jeden ze znaków, że nie masz w sobie radości życia: że jest w tobie pustka, że straciłeś sens swojego działania. Że skończyło się to, co w tobie wielkiego, albo że w ogóle nic wielkiego nigdy się w tobie nie zaczęło.

A czy ty potrafisz z ludzi wypędzać złe duchy? Czy twoja obecność wśród ludzi powoduje, że zmieniają się na lepsze, przestają się bać, że niknie w nich złość, chciwość, zazdrość, marazm, że wstępuje w nich ochota do życia? Czy czekają na ciebie z radością, bo wnosisz pokój, jasność, optymizm, nowe idee, pomysły, rozszerzasz ich horyzonty, mobilizujesz ich do twórczej pracy – dajesz im nowe życie?

A może ty wpędzasz złe duchy w ludzi? A może twoja obecność demoralizuje otoczenie, wprowadza ferment, zawiść, intrygi? A może twoja obecność, twój przykład paraliżuje inicjatywę, powoduje zobojętnienie na sprawy ludzkie, lekceważenie obowiązków, brak odpowiedzialności, zacieśnianie się wyłącznie do swoich spraw?

A może jesteś jak szatan, który się cieszy z demoralizacji, rozkładu i gnicia? Może cieszysz się, że ludzie są źli, głupi, tchórzliwi, prostaccy, że wciąż wszystkim wszystkiego zazdroszczą, że wczepieni w siebie nienawistnie zagryzają się?

Czy ty potrafisz wypędzać z ludzi złe duchy? A może ty wpędzasz złe duchy w ludzi?

Każdy człowiek codziennie potrzebuje pewnej ilości pogłaskań. Bez nich nie potrafi żyć normalnie. Najwięcej potrzebują dzieci, mniej człowiek dorosły, ale znowu więcej człowiek stary.

Często bywa tak, że kiedy dziecko jest niegrzeczne, nie słucha, dokucza, robi na złość, wtedy wystarczy, żebyś się nim zainteresował, zwrócił na nie uwagę, współczuł. Gdy nagle okaże się, że twoi rodzice zrobili się uparci, niemożliwi, że nic nie rozumieją, wtedy uśmiechnij się do taty, powiedz mu dobre słowo, pocałuj mamę w buzię.

Wtedy, gdy zobaczysz, że twój mąż wstał lewą nogą z łóżka albo może miał ciężkie sny, to zagadnij serdecznie, podziękuj za stare nawet już sprawy, pochwal go za jakieś osiągnięcie. Gdy spostrzeżesz, że żona nie wiadomo o co ma muchy w nosie, powiedz jakiś komplement, przynieś kwiatki.

A gdy ty sam będziesz już zmęczony, zdenerwowany, kup sobie ciepłe pantofle albo inny drobiazg. A gdy już sobie obrzydniesz ponad wytrzymanie, idź do fryzjera. Umiej uśmiechnąć się do siebie.

Cechą charakterystyczną Jezusa jest radość, że wszechmocny Bóg Go kocha.

Ile w tobie radości?

Cechą charakterystyczną Jezusa w stosunku do ludzi jest miłość nieprzyjaciół.

Ile w tobie przebaczenia?

Kontroluj siebie, ty, który wciąż martwisz się o swój los, o los twojej rodziny, narodu, świata. Ty, który pamiętasz każdą doznaną przykrość, wyrządzoną krzywdę.

Twoja wolność jest ograniczona wolnością innych ludzi. W przeciwnym razie postępujesz egoistycznie.

Tak pojęta wolność tylko wtedy nie stanie się dla ciebie ciężarem, jeżeli będzie traktowana na płaszczyźnie miłości: „Kocham cię i dlatego ograniczam swoje zachcianki, abyś mógł żyć w wolności”.

Gdyby Jezus w czasie swojej trzyletniej działalności nauczycielskiej nie powiedział ani jednego kazania, ani jednej przypowieści, a tylko uzdrawiał – pochylał się nad trędowatymi i sparaliżowanymi, dotykał wrzodów, oczu, uszu, wskrzeszał, litował się nad płaczącymi, cierpiącymi – to by i tak głosił Boga, który jest Miłością.

Jeżeli ty nieraz masz wyrzuty sumienia, że nie nauczasz o Bogu, to pamiętaj, że gdybyś całe życie nie powiedział o Nim ani słowa, a tylko litował się nad biednymi, chorymi i słabymi, pomagał, wspierał, służył swoją pracą zawodową najlepiej jak potrafisz – to głosiłbyś najpiękniejszą naukę o Bogu-Miłości.

Jeżeli twierdzisz, że masz rację, i tą racją wbijasz w ścianę drugiego człowieka: żonę, męża, dziecko, kolegę, przyjaciela – to go stracisz.

Bo człowiek bez miłości nie jest człowiekiem, tylko najwyżej okrutnym władcą albo strażnikiem więzienia.

Trzeba być nastawionym na mądrość, wielkość, piękno, miłość. Bo można być nastawionym na zło: na przemoc, gwałt, morderstwa, napady, grabieże, rabunki, oszustwa – zbierać je z gazet, radia, telewizji, od sąsiadów, znajomych i nimi żyć.

Ale nastawienie na dobro to nie tylko dar. To sprawa świadomego działania. Trzeba się wciąż ukierunkowywać na Ducha Bożego obecnego w świecie, w ludziach, w sobie samym.

Bądź rzeką. Nie staraj się być pomnikiem. Nie gromadź swoich pomysłów, wynalazków, powiedzeń, uśmiechów, gestów, które się sprawdziły, o których przekonałeś się, że ci odpowiadają, które znalazły oddźwięk w twoim towarzystwie. Nie gromadź nawet swoich przekonań, poglądów, ocen. Bądź rzeką. To trudniejsze. Łatwiej wyciągać ze swojego skarbca gotowe uśmiechy, zwroty, odpowiedzi, tezy, pewniki. Ale wtedy nawet się nie spostrzeżesz, jak staniesz się martwym pniem.

Bądź rzeką. To trudniejsze. To prawie niebezpieczne. Strach przed tym – że ci nie przyjdzie na czas odpowiedź, rozwiązanie, pomysł, że tak w ciemno iść, zawsze od początku, szukać. To trudniejsze. Ale wtedy jesteś człowiekiem, gałęzią, która się zieleni, a nie martwym, czarnym pniem.

Przebuduj dekalog na swój prywatny, osobisty użytek. Proponuję: zamiast: „nie zabijaj” wstaw – bądź twórczy, zamiast „nie cudzołóż” – bądź wierny, zamiast „nie kradnij” – bądź uczciwy, zamiast „nie mów fałszywego świadectwa” – bądź prawy, zamiast „nie pożądaj” – ciesz się ze szczęścia drugiego.

Niech dekalog nie będzie dla ciebie serią zakazów, ale ukonkretnieniem przykazania miłości. A wszystko po to, aby zatęsknić za takim życiem.


opr. aś/aś


 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: życie słuchanie człowiek Bóg dobro człowieczeństwo dar wartość otoczenie