Przykład Filipin pokazuje, jak groźne mogą być zbyt zażyłe relacje między politykami a Kościołem. Dla polityków jest to wygodne, dla Kościoła – niebezpieczne, prowadzi bowiem do głębokich podziałów i jest przeszkodą w sprawowaniu właściwej mu misji, prowadzenia ludzi ku zbawieniu.
Rok temu były filipiński prezydent Rodgrigo Duterte został aresztowany i przekazany Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu (MTK) w Hadze. Powodem były liczne nadużycia władzy, polityka przemocy w stosunku do oponentów. Oskarżenie jest bardzo poważne, dotyczy zbrodni przeciwko ludzkości, dokonywanych zarówno w czasie, gdy był burmistrzem Davao, jak i później, jako prezydent kraju. Proces w Hadze trwa, tymczasem ofiary jego rządów zostały zamordowane bez jakiegokolwiek procesu, na podstawie domniemań.
Polityka i głęboki podział w Kościele
Szczególnym powodem do zaniepokojenia jest fakt, że kwestie polityczne prowadzą do bardzo głębokich podziałów nie tylko w filipińskim społeczeństwie, ale także w Kościele. W rocznicę pojmania Duterte w dwóch miastach odprawiano dwa nabożeństwa o całkowicie przeciwstawnym charakterze. W katedrze San Pedro w Davao, jego rodzinnym mieście, sprawowana była Eucharystia, w której uczestniczyła m.in. Sara Duterte (córka byłego prezydenta, wiceprezydent kraju) oraz liczni zwolennicy aresztowanego prezydenta. Mszę odprawiał Arcybiskup Romulo Valles, wraz z biskupem pomocniczym, George Rimando, oraz 10 innych kapłanów.
Przesłanie było jasne: duchowieństwo Davao udziela pełnego poparcia Rodrigo Duterte, ignorując niezwykle poważne zarzuty ciążące na nim. Już w słowach wstępnych abp Valles powiedział, że Msza sprawowana jest w intencji, aby „były prezydent Rodrigo Duterte, Tatay Digong [dosłownie: „tatuś Digong”], wrócił na Filipiny bezpieczny i zdrowy.” Określenie „Tatay Digong” mówi bardzo wiele. Wyraża ono najwyższą synowską cześć i posługują się nim tylko zagorzali zwolennicy byłego prezydenta.
W innym filipińskim mieście, Quezon, w tym samym czasie również odprawiana była Msza św. Przewodniczył jej jeden z najbardziej znanych krytyków Duterte, werbista o. Flavie Villanueva. Z jego ust padły słowa:
„On [Duterte] i jego towarzysze powinni zapłacić za zabijanie naszych bliskich, niszczenie praw człowieka i wiele innych sposobów mordowania instytucji demokratycznych, obrażania kobiet i naruszania naszej suwerenności."
Według Villanuevy Duterte powinien zostać uwięziony za swoje zbrodnie i przetrzymywany w Hadze do końca życia. Trudno o wyraźniejszy kontrast ze słowami, które padły w katedrze w Davao.
Filipiński Kościół jest bardzo głęboko podzielony politycznie w kwestii Duterte i jego dziedzictwa. Warto podkreślić, że działania byłego prezydenta krytykował nie tylko o. Villanueva, ale także Konferencja Biskupów Katolickich Filipin. Wydała ona liczne listy pasterskie, poddające surowej ocenie metody działania prezydenta, prowadzącego wojnę z narkotykami bez oglądania się na fundamentalne zasady etyczne.
Bezkompromisowość czy „cel uświęca środki”
Aby zrozumieć, o co toczy się spór, trzeba przyjrzeć się postaci Rodrigo Duterte. Już w wieku 16 lat, jak sam wyznawał, dokonał morderstwa, posługując się nożem. Jego gwałtowne zachowanie doprowadziło do usunięcia go z dwóch liceów, w końcu jednak ukończył studia prawnicze. Jeszcze przed obroną pracy magisterskiej strzelał do człowieka, który dokuczał mu z powodu jego chińskiego pochodzenia. Przeszedł kolejne stopnie kariery prokuratorskiej, w 1986 r. wybrany został na burmistrza Davao. W imię poprawy bezpieczeństwa w mieście krwawo rozprawił się ze swoimi przeciwnikami. Stworzone przez niego szwadrony śmierci mordowały rzeczywistych i domniemanych przestępców. W procederze tym bezpośrednio uczestniczył sam Duterte, który przyznał, że zabił trzy osoby (prawdopodobnie było ich znacznie więcej, być może nawet 200). Całkowita liczba ofiar szwadronów śmierci jest nieznana, szacuje się ją na 1000 do nawet 9.400 osób.
Problem przestępczości na Filipinach jest bardzo poważny. Ludność terroryzowana jest przez gangi, olbrzymim problemem są narkotyki i ich dealerzy. To wszystko nie oznacza jednak, że aby poradzić sobie z tymi zagrożeniami, można sięgać do dowolnych metod, na co wielokrotnie zwracali uwagę filipińscy biskupi.
W 2016 r. Duterte, postrzegany jako kandydat ludowy, jako „bohater mas” wygrał wybory i 30 maja 2016 r. objął urząd prezydenta kraju. Nadal kontynuował bezkompromisową, a jednocześnie lekceważącą elementarny zasady etyczne politykę. W ramach kampanii antynarkotykowej państwo miało wypłacać po 5 tys. pesos za każdego zabitego narkomana i do 15 tys. pesos za zabitego dealera. Już w pierwszych trzech miesiącach zginęło w ten sposób 1779 osób, z czego 712 z rąk policji, reszta w wyniku samosądów i porachunków. Trudno nie dostrzec, że polityka Duterte to w istocie zalegalizowane bezprawie i przyzwolenie na przemoc bez żadnej kontroli. Międzynarodowy Trybunał Karny oskarża Duterte o doprowadzenie do śmierci prawie czterech tysięcy osób w trakcie sprawowania przez niego rządów.
Osobną kwestią jest to, jak zareagował Duterte na głos krytyczny ze stronu filipińskich biskupów. Zaczął oskarżać księży o korupcję, homoseksualizm i wykorzystywanie nieletnich. Stwierdził również, że sam padł ofiarą takiego molestowania w wieku 14-15 lat, oskarżając nieżyjącego od 1975 r. jezuitę (wcześniej nigdy nie wspominał o tym fakcie).
Konieczność autorefleksji ze strony Kościoła
Jak podkreśla dr Ruben Mendoza, wykładowca uniwersytetu Ateneo de Manila, obecna sytuacja wymaga pilnej autorefleksji Kościoła filipińskiego. Kwestia Duterte jest znamienna. Wydawanie oświadczeń, przy jednoczesnym braku rzetelnej dyskusji o kwestiach społecznych dzielących katolików, wydaje się być drogą donikąd.
„Zamiast stawić czoła podziałowi w łonie wspólnoty, ludzie Kościoła postanowili go zignorować i (niesłusznie!) mieć nadzieję, że zniknie” – pisze Mendoza.
Mendoza zauważa też, że społeczności katolickie boją się mówić o Duterte, ponieważ mogłoby to prowadzić do ujawnienia ich współudziału w jego czynach. Pod deklarowanym katolicyzmem skrywają się niestety często postawy fundamentalnie sprzeczne z nauczaniem Kościoła.
Filipiński publicysta postuluje więc, aby instytucjonalny Kościół na Filipinach opracował solidny program formacji, który powinien obejmować umiejętność radzenia sobie z konfliktami społecznymi i stawiania czoła problemom zgodnie z duchem katolickiej nauki społecznej.
„Musimy wrócić do ewangelii i przyjrzeć się osobie Jezusa. Jego misją było głoszenie Królestwa słowem i czynem. Miał preferencje dla biednych, wyrzutków i uciśnionych. Wzywał swoich zwolenników, by zachowywali się jak bliźni wobec innych, w tym wobec nieznajomego. Zachęcał ich do miłości, przebaczania, sprawiedliwego postępowania i współczucia. Wskazywał na tych, którzy nadużywali swojej władzy dla własnych korzyści i wykorzystywali marginalizowanych. Wzywał swoich zwolenników, by porzucili wszystko dla dobra Królestwa.”
Kościół nie może więc bezkrytycznie popierać takich czy innych programów politycznych, nie może być odbierany jako poplecznik takiego czy innego polityka. Ostatecznym kryterium w ocenie danej sytuacji nie może być polityczna lojalność, ale tylko i wyłącznie wierność Chrystusowi i Ewangelii.
„Kościół musi pamiętać, że jego jedność koncentruje się wokół osoby Chrystusa i Jego misji, a nie wokół jakiegokolwiek polityka (…). Każdy rodzaj kultu jednostki powinien zostać odrzucony. Dla chrześcijanina liczy się tylko kult Jezusa” – kończy Mendoza.
To trzeźwiące słowa. Dla polityków poparcie Kościoła może być bardzo wygodne. Dla kilku procent głosów, dzięki którym wygrają kolejne wybory, są w stanie wiele zadeklarować i obiecać. Trzeba jednak patrzeć dalej – uwikłanie w bieżącą politykę jest bowiem zawsze dla Kościoła drogą donikąd i utrudnia realizację właściwej mu misji: prowadzenia ludzi ku zbawieniu i ku królestwu Bożemu.
Źródło: UCA News