Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Michał Paweł Markowski

Uciekinierka z Utopii

Nieprzejednana jednostkowość egzystencji — główny temat poezji Szymborskiej — pozwala nam porzucić pytania o nieosiągalny sens wszystkiego, ale zarazem chroni nas przed nihilizmem.



1

 Jest w pisaniu o literaturze coś, co pozwala nie pamiętać, że mówi się o zmarłych. Tą cudowną sztuczką jest gramatyczny zwyczaj, który każe nam mówić o pisarzach w czasie teraźniejszym. Pisarze bowiem nie umierają, lecz zmartwychwstają do życia pełnego nieoczekiwanych wypadków, gdy tylko zabieramy się do czytania ich dzieł. Z punktu widzenia czytelnika nadal piszą dla nas Mickiewicz, Gombrowicz, Miłosz, gdyż nadal ich czytamy, jakby dopiero co opublikowali ostatnią książkę. Sama poezja nie ocala, ale jej czytanie na pewno.

2

 Szymborska jest poetką egzystencji. Powiedziałbym nawet, że w tej dziedzinie nie ma sobie równych w polskiej poezji. Tym na przykład różni się od Miłosza, który upodobał sobie kontemplację tego, co istotne, co wykracza poza nasz czas i bytuje właściwie nie wiadomo gdzie. U Szymborskiej nie ma żadnej nadrzędnej perspektywy, żadnej pretensji do mądrości, żadnej wiedzy o tym, jak jest. Wiedza taka, jak pisze choćby w wierszu „Wielkie szczęście”, zakładałaby nieosiągalny — na szczęście — paradoks. By poznać, czym naprawdę jest życie, musielibyśmy z niego wyjść, porzucić je, przyjąć jakąś inną formę istnienia (jaką?), móc porównać je z czymś innym (z czym?), porzucić ciało nasze, które jest źródłem wszelkiego błędu i ograniczenia, „wzbić się ponad czas, / w którym to wszystko pędzi i wiruje”. Kto jednak umie to zrobić? Kto umie wyjść poza swoje miejsce na ziemi, otaczające go drobiazgi, dolegliwości, skrzywienia, olśnienia? Oczywiście nikt. Perspektywa nasza jest ograniczona, wąska, świat oglądamy z własnego kąta jedynie i pytanie o sens tego wszystkiego, jakby mógł on istnieć gdzieś poza nami, poza krzyżującymi się jednostkowymi losami, jest kompletnie bezużyteczne.

Nie znaczy to oczywiście, że nasze życie jest bezsensowne. Szymborska ciągle to podkreśla: nieprzejednana jednostkowość egzystencji — główny temat jej poezji — broni przed dwoma skrajnościami. Z jednej strony pozwala nam nie przejmować się pytaniami o znaczenie świata i życia, albowiem gromadzona wiedza jest zawsze na naszą miarę. Choć nie wiemy, jak wygląda cały świat, to jednak na naszym podwórku czujemy się całkiem swojsko. Z drugiej więc strony, to ograniczenie, ta swojskość i ta lokalność chronią przed rozpaczą i przed nihilizmem. Owszem, mogę nie wiedzieć „jak żyć”, ale w moim życiu mam się całkiem dobrze, głównie dlatego, że sobie tego pytania nie stawiam. Wracamy do punktu wyjścia. Nie wiem, jak żyć, bo znam tylko moje własne, wycinkowe życie, nie mam porównania, nikt mi swojego życia nie dał w prezencie, nie oglądam siebie samej z dystansu. „Zawiły jest i gęsty haft okoliczności” — czytamy w wierszu „Może być bez tytułu”. Poezja Szymborskiej nie jest poezją okolicznościową, lecz poezją okoliczności: dzieje się tu i teraz, w naszym życiu, którego nitki są bardzo poplątane i tylko lekkomyślni kwapią się je rozplątywać.

3

 Okoliczności te sprawiają, że każdy czytelnik Szymborskiej od razu dostrzega, że woli ona historyczność od historii. To znaczy wie, że historia jest naszym wymysłem, który pomaga nam hierarchizować przeszłość, układać jej warstwy wedle określonego, zwykle heroicznego porządku. Historyczność naszej egzystencji składa się z detali, o których historia zawsze będzie milczeć. „Doszło do tego, że siedzę pod drzewem, / na brzegu rzeki, / w słoneczny poranek. / Jest to zdarzenie błahe i do historii nie przejdzie”. Pełno jest takich błahostek u Szymborskiej, bo z takich błahostek składa się egzystencja, której później dopiero nadajemy bardziej wzniosłe znaczenia. Jeśli do najważniejszych cech literatury polskiej, jak chcieliby to widzieć zagraniczni czytelnicy, należy mocowanie się z historią, wypominanie jej niesprawiedliwych wyroków albo opiewanie minionej chwały, to poezja Szymborskiej do tego nurtu nie należy. Historia pisana dużą literą dla niej nie istnieje albo dokładniej: Historia buduje się na historyczności, na jednostkowej egzystencji, której cząstkowe znaczenia są — gdy oglądane z lotu ptaka — mało ważne, a nawet krępujące. Szymborska powiedziałaby pewnie mocniej jeszcze: kto za bardzo ogląda się na Historię, ten prześlepia swoją własną historyczność, swoje własne życie uwikłane w czas, w swoje ciało i różne liche sprawki, bez których nas w ogóle nie ma. Kto patrzy na Historię jak na zbawienie, ten ma już na podorędziu gotowe odpowiedzi, a gotowe odpowiedzi, które poprzedzają pytania, świadczą tylko o niechęci do istnienia, któremu każemy odgrywać przepisaną uprzednio rolę.

4

 Historia się nie dzieje, ona już się zdarzyła i to zdarzyła, by tak rzec, wielokrotnie. Dlaczego? Dlatego że opiera się na stałych wzorcach użytych do jej konstruowania. Historia to przeszłość, którą rozpoznajemy tylko dlatego, że wiemy, jak o niej mówić, jak ją porządkować. Porządkujemy przeszłość, jak chcemy, jak się przyzwyczailiśmy, jak umiemy i jak nam każą. Nic w tym oryginalnego, i dlatego tak łatwo się nabrać, że historia rządzi się żelaznymi prawami, że rządzi nią konieczność. Nie ma takich praw poza naszym pragnieniem ładu i powtarzalności, który narzucamy rzeczywistości. W naszym świecie, powiada Szymborska, „nic dwa razy się nie zdarza / i nie zdarzy”. Barańczak napisał kiedyś, że jest to „zaskakująca wizja egzystencji”. Dlaczegóż to niby? Na tym właśnie polega egzystencji jednostkowość: że nic nie jest takie samo, choć na takie samo wygląda. Na tym polega też jej historyczność: że nic nie przydarza nam się w dokładnie takim samym kształcie, choć bardzo chcemy — dla świętego spokoju, dla bezpieczeństwa — żeby tak było. Szymborska nie zaskakuje, wręcz przeciwnie. Kiedy mówi, że „zrodziliśmy się bez wprawy” i „pomrzemy bez rutyny”, to opisuje coś, co moglibyśmy nazwać egzystencjalnym debiutanctwem. Prawie w każdym momencie naszego życia zaczynamy od nowa, ale że trudno byłoby takie ciągłe zaczynanie znieść, udajemy, że tak nie jest i że życie jest tylko smugą tego samego. Ale nie jest. „Co tam było, to było, nic dla mitu” — pisze Szymborska w wierszu „Album”. Przypomina się Białoszewski ze swoim tomikiem „Było i było”. Obydwoje są przeciwko mitowi, który zawsze wspiera się na powtórzeniu, na powrocie wzorca, na likwidacji historyczności egzystencji. Jaką ten opór ma nazwę? Jest to „niepoprawna gotowość rozpoczęcia od jutra na nowo” („Wrażenia z teatru”).

5

 Ale jest coś jeszcze, co idzie pod prąd Historii. Jeśli założyć, że wspiera się ona na pamięci i skrupulatnie gromadzonym archiwum, to jej przeciwniczką jest niepamięć. Są dwa takie (przynajmniej) wiersze Szymborskiej, które o tym mówią. Jeden to „Elegia podróżna” z tomu „Sól” (1962), drugi to „Dnia 16 maja 1973 roku” z tomu „Koniec i początek” (1993).  Pierwszy zaczyna się tak:

Wszystko moje, nic własnością,

nic własnością dla pamięci,

a moje, dopóki patrzę.

 

W drugim czytamy:

Potrząsam pamięcią —

może coś w jej gałęziach

uśpione od lat

poderwie się z furkotem.

 

Nie.

 

Te dwa wiersze, powiedziałby ktoś, mówią o defektach pamięci. Kiedy patrzymy, wszystko jest nasze, kiedy wspominamy, ledwo potrafimy wykrzesać z siebie okruchy, ślady, fragmenty. Nic się nie pojawia na nasze wezwanie, przeszłość nie zmartwychwstaje i nie staje, jak Blake'owski Tygrys w pełnej obecności wspomnienia. Ale wedle Szymborskiej ta niemoc pamięci to nie defekt, lecz ważna cecha naszej egzystencji.

Zapomnienie, mawiał Nietzsche, jest wstępnym warunkiem twórczości. Ale zapomnienie to także warunek normalnego życia, które nadmiernie obciążone pamięcią upada pod jej ciężarem, niezdolne do zaczęcia od nowa. Oczywiście pojawia się tu pytanie: gdzie jest to wszystko, co składało się na moje przeszłe doświadczenie, gdzie są moje wrażenia, uczucia, myśli sprzed 20 lat? Nie ma ich, przepadły? Czy są gdzieś we mnie, tylko o tym nie wiem? Dobrze, że nie wiem, dobrze, że nie pamiętam. Bohater opowiadania Borgesa, niejaki Funes, pamięta wszystko, każdy zachód słońca, każde źdźbło trawy, które zobaczył, każde słowo, które wypowiedział. Czy trzeba dodać, że Borges każe mu umrzeć w młodym wieku, oszczędzając cierpień? Pamięć doskonała to przekleństwo, podobnie jak brak pamięci. Ratunkiem jest tylko sztuka zapomnienia, której Szymborska jest wytrawną adeptką.

6

 W antologii „A Book of Luminous Things”, która następnie została przetłumaczona na polski jako „Wypisy z ksiąg użytecznych”, Miłosz, w rozdziale „Sekret rzeczy”, przytacza znany wiersz Szymborskiej „Widok z ziarnkiem piasku” i poprzedza go następującą uwagą: „Osobiście uważam, że jest zbyt naukowa i nie jesteśmy tak bardzo oddzieleni od rzeczy”. Miłosz ma rację: Szymborska nie wierzy w całkowitą zgodność naszej egzystencji i istnienia rzeczy. Jak rzeczy istnieją, trudno powiedzieć, zapewne po swojemu. Na pewno zaś temu istnieniu nie odpowiadają nasze kategorie, powołane do opisywania świata ludzkiego. Nie ma co się czarować, choć rzeczy należą do naszego świata, to jednak między nimi a nami jest przepaść i powinniśmy zgodzić się na ich milczenie, zamiast dorysowywać im nieustannie „dymki” z ich gadaniną.

Rzeczy tkwią w swoim świecie i choć ich świat przecina się z naszym, to jednak na nic narzucanie im naszych myśli. Tu Szymborska jest bardzo konsekwentna. W jej równie znanym, wczesnym wierszu „Rozmowa z kamieniem” (1962), kamień stanowczo odmawia wpuszczenia do siebie człowieka, choć ten bardzo tego by chciał.

Pukam do drzwi kamienia.

— To ja, wpuść mnie.

— Nie mam drzwi — mówi kamień.

 

Szymborska nie ma w sobie tej pewności, którą ma Miłosz, że można uchwycić rzeczy w błysku objawienia, że można poczuć się z nimi tak swojsko, jak ze sobą. Więcej: w tym gorączkowym wciąganiu rzeczy w naszą orbitę Szymborska widzi coś bardzo niestosownego i pochopnego, ludzką pychę w obrabianiu nieludzkiego świata wedle swoich miar. Z tego punktu widzenia należałoby mapę polskiej poezji, z tej perspektywy przynajmniej, rysować wedle opozycji Szymborskiej i Miłosza. Byłaby to mapa, której skrajne bieguny tworzyłyby: uhistoryczniona egzystencja (Szymborska) i pozaczasowa esencja (Miłosz). Mieć taką mapę, tak wytyczoną, obejmującą niemal wszystko? Dobrze się musi dziać w państwie polskiej poezji.

7

 Choć krytycy zwykli wskazywać na intelektualizm Szymborskiej (bo każdy jej wiersz to pewien argument wpisany w konkretną sytuację), to jednak Szymborska daleka jest od rezonowania. Tryb jej poezji nie jest oznajmujący, lecz warunkowy. Pełno tu różnych „jeśli”, „może” i „kto wie”. Pięknym przykładem jest „Rachunek elegijny”. Wystarczy kilka pierwszych linijek:

Ilu tych, których znałam

(jeśli naprawdę ich znałam)

mężczyzn, kobiet

(jeśli ten podział pozostaje w mocy)

przestąpiło ten próg

(jeżeli to próg)

przebiegło przez ten most

(jeśli nazwać to mostem) —

 

I tak jeszcze długo. Już wiemy, że Szymborska nie ufa ludzkiemu językowi, który hołduje — nie wiadomo dlaczego — mirażowi odpowiedniości między słowami a rzeczami. To tylko konwencje, powiada poetka, świat nie jest taki, jak wygląda z naszych nazw, oczywiście musimy tych konwencji używać, ale miejmy świadomość, że to tylko na niby, „jak gdyby”. Ale w tym wierszu jest coś więcej niż tylko sceptycyzm wobec języka. To także wstrzemięźliwość wobec pochopnych sądów na temat świata. Każde niemal zdanie u Szymborskiej, które wygląda na sąd, chowa za sobą nawias, w którym czai się „jeśli” lub „a może”. Nie ma tu żadnej kategoryczności, „nie dana jest mi pewność” — powiada poetka. W tym świecie zresztą nic nie jest dane, nic nie jest dane z pełną oczywistością. Nawet historia mogłaby potoczyć się inaczej, albowiem historia nie kieruje się żelaznymi prawami, lecz jest wyłącznie igraszką przypadku i niejasnych zdarzeń. Jak my wszyscy zresztą, którzy nie mieszkamy na wyspie Utopia, „na której wszystko się wyjaśnia” i na której „im dalej w las, tym szerzej się otwiera / Dolina Oczywistości”.

8

 Wracam na chwilę do rozległej mapy polskiej poezji. Napisałem, że Szymborska jest najwybitniejszą poetką egzystencji. Ale przecież nie przejmuje się nią sama. Jej sprzymierzeńcami w tej trudnej dziedzinie są — by pozostać przy najważniejszych — i Wat, i Białoszewski, i Różewicz.

Szymborska jednak nie przebywa w ich bezpośrednim towarzystwie. Od Wata odróżnia ją to, że nie mówi za nią dotknięte cierpieniem ciało. Od Białoszewskiego to, że jej język nie rozbija się o nieprzenikliwą materię życia i nie ląduje na krawędzi bełkotu. Od Różewicza w końcu to, że pojedynczość egzystencji, choć pełna zwątpień, nie prowadzi jej do nihilizmu i bluzgu na pieski świat. Rysunek jej wierszy jest precyzyjny, łatwy do rozpoznania, czym różni się od wszystkich wymienionych i dzięki czemu, zapewne, ma tylu oddanych czytelników, którzy są bardzo szczęśliwi, że nikt ich nie skazuje na „męki wyższego rzędu”. Tu Szymborska, oddalona od Miłosza ze względów zasadniczych, zbliża się do niego w perspektywie stylu: obydwoje piszą „dla ludzi”. Jeśli chodzi o „czytelność” poezji egzystencji, to widzę ją następująco: można albo w języku poezji odgrywać, powtarzać nieczytelność egzystencji (taki byłby Białoszewski, taki byłby Wat), albo raczej do owej nieczytelności podchodzić z lekkim dystansem lub humorem. Wydaje mi się, że Szymborska należy raczej do egzystencjalnych humorystów, w przeciwieństwie do Wata (na pewno) i Białoszewskiego (mniej jestem pewien jego powagi). Jej humor nie opromienia rzeczy swoim jasnym światłem (jak definiował humor Tomasz Mann), ale wprowadza cudzysłów w to, co powiedziane, i bierze w nawias to, co oczywiste. Zamiast naśladować mętną mową mętność życia, Szymborska pisze jasno, o co jej chodzi, ale nie obstaje przy tym zanadto. To w tym nieobstawaniu właśnie, a nie nieczytelności, kryje się sekret jej poezji.

9

 A więc to tylko humor i ironia? Tylko „rozhuśtana na grozie wesołość” („Komedyjki”)? O, nie, bynajmniej! W wierszu „Wrażenia z teatru” (1972) czytamy o aktorach, którzy wcześniej zeszli ze sceny:

Myśl, że za kulisami czekali cierpliwie,

nie zdejmując kostiumu,

nie zmywając szminki,

wzrusza mnie bardziej niż tyrady tragedii.

A wierszu „Wielka liczba” (1976) mamy takie otwarcie:

Cztery miliardy ludzi na tej ziemi,

A moja wyobraźnia jest, jaka była.

Źle sobie radzi z wielkimi liczbami.

Ciągle ją jeszcze wzrusza poszczególność.

 

Zobaczmy: wzruszenie jest dziedziną myśli i wyobraźni, a nie uczuć, choć na pewno także i ich. Tym, co wzrusza Szymborską, jest to, co usuwa się poza abstrakcję, poza regułę, poza prawo ogólne. Wzruszą ją więc poszczególność, bo to właśnie poszczególność zakorzenia nas w egzystencji takiej, jaką ona jest: historyczna, przygodna, krucha, lokalna. Powiedziałbym nawet tak: kto nie umie się wzruszać, ten uciekł z własnej egzystencji. Ale i odwrotnie. Tytuł książki Barańczaka o Herbercie stosuje się także do Szymborskiej. Oboje uciekają z Utopii.

10

 To zdumiewające: czytana teraz Szymborska wydaje się nigdy o śmierci nie milczeć, jakby cała jej poezja rozwijała się w jej cieniu, jakby poezja egzystencji musiała być, nieuchronnie, poezją śmierci. Pewnie tak właśnie jest, że nie da się mówić o jednym bez drugiego i może nie da się myśleć o egzystencji inaczej niż jako niechęci do płacenia rachunku, którego się samemu nie otwierało. Ta myśl pochodzi z wiersza „Nic darowane”, którego eliptyczny tytuł brzmi nieco dziwnie, niezbyt gramatycznie niemal, choć z drugiej strony jest znakomity. W świecie, w którym nic nie jest darowane, darowane może być tylko NIC.               

Michał Paweł Markowski (1962) jest krytykiem literackim, eseistą, tłumaczem, szefem Katedry Języka i Literatury Polskiej na Uniwersytecie Illinois w Chicago.

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć poezja pamięć zapomnienie Wisława Szymborska historyczność Literacka Nagroda Nobla analiza literacka jednostkowość bytu poetka egzystencji poszczególność egzystencji
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W