Dominikanin, o. Jacek Salij otrzymał niedawno list pełen gniewu na niedawno usłyszane kazanie: „Mówił ten ksiądz, że mamy Bogu dziękować za wszystko, co na nas dopuścił w życiu, bo to na pewno jest po coś i ma służyć naszemu zbawieniu. Przyznam szczerze, że szlag mnie trafia, jak słyszę takie bzdety, zwłaszcza z ust osoby, która normalnie może żyć i funkcjonować”.
Na początku listu autor się przedstawił, ale tylko ogólny fragment tutaj przytoczę: „W sumie choruję już ponad 26 lat. Choroba całkowicie zrujnowała mi życie”. Autor listu przywołuje konkretne sytuacje, za które, jego zdaniem, nie sposób Panu Bogu dziękować:
„Za co Bogu ma być wdzięczna powiedzmy 20-letnia osoba, która nagle dowiaduje się, że choruje na stwardnienie zanikowe boczne, i że w przeciągu jakiegoś tam czasu zamieni się w leżącą roślinę, za którą będzie musiała oddychać maszyna”?
Zresztą czy wspomniany kaznodzieja odważyłby się zachęcać rodziców do tego, żeby dziękowali Bogu za to, że umarło im dziecko, a cóż dopiero, gdyby to dziecko zginęło w wypadku spowodowanym przez pijanego pirata? Czy w ogóle można komukolwiek podpowiadać, żeby dziękował Panu Bogu za to, że spotkało go nieszczęście?
Owszem, zdarzyło mi się kiedyś, że mój dobry znajomy, który w nieszczęśliwym wypadku utracił całkowicie wzrok, wyznał mi kiedyś: „Proszę mi wierzyć, ja niekiedy dziękuję Bogu za to, że spotkało mnie to nieszczęście. Moje życie było puste i beznadziejne. Gdyby nie ta tragedia, nie wiem, czy znalazłbym Boga i umiałbym zrozumieć, po co żyję”.
Jednak zauważmy: Ów niewidomy sam odczuł potrzebę takiego zwierzenia. Ponadto, on nie ma i nigdy nie miał wątpliwości, że to, co go spotkało, to było nieszczęście i tragedia. My możemy co najwyżej domyślać się (i to z maksymalną delikatnością), przez jakie burze duchowe i ciemności trzeba było przejść, żeby w końcu pojawiła się w człowieku postawa takiego mądrego dziękczynienia.
Przypomina mi się ponadto sytuacja znacznie mniejszego kalibru. Chłopak nie zdał egzaminu na studia i był z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. Wiele lat później (tak się złożyło, że akurat obchodził swoje srebrne gody) wyznaje publicznie podczas jubileuszowego obiadu: „Panu Bogu dziękuję za tamto niepowodzenie. Dostałem się później na inną uczelnię, zresztą w innym mieście. Dopiero tam poznałem moją kochaną żonę. Gdybym zdał tamten egzamin wstępny, pewnie nigdy byśmy się nie poznali”.
Krótko mówiąc: Zdarza się nieraz, że człowiek odczuwa potrzebę dziękczynienia Bogu za różne złe rzeczy, które go spotkały. Jednak zdecydowanie nie jest tak, jak mówił ów ksiądz, że mamy Bogu dziękować za wszystko zło, jakie na nas dopuszcza. Wiara uczy nas na ten temat czegoś zupełnie innego. Słyszymy to praktycznie w każdą niedzielę podczas mszy świętej: „Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty, wszechmogący wieczny Boże”.
Zatem Bogu dziękować mamy nie za zło, ale „zawsze i wszędzie”, również w obliczu różnego zła. Tak wyraźnie nas uczy Pismo Święte. „W każdym położeniu dziękujcie – pisał apostoł Paweł – taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5,18). Oraz w innym liście: „Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa!” (Ef 5,20).
Podobnie odczuwali prorocy Starego Testamentu. „Chcę błogosławić Pana w każdym czasie, na ustach moich zawsze Jego chwała” (Ps 34,2). Jeszcze wyraźniej prorok Izajasz (63,7):
Sławić będę dobrodziejstwa Pańskie,
chwalebne czyny Pana,
wszystko, co nam Pan wyświadczył,
i wielką dobroć dla domu Izraela,
jaką nam okazał w swoim miłosierdziu
i według mnóstwa swoich łask.
Sympatyczny autor listu, który mnie pobudził do napisania niniejszego felietonu, postawił dramatyczne pytanie o chorego na stwardnienie zanikowe boczne. Poniekąd od razu odpowiedział, zachęcając do poszukania w internecie filmu Chce się żyć. Film oparty na prawdziwej historii, opowiada historię Mateusza, który ma porażenie mózgowe. Osoby z jego otoczenia myślą, że jest w zasadzie warzywem, które wydaje z siebie tylko niemające znaczenia dźwięki. W rzeczywistości w tym zdeformowanym ciele jest zamknięty umysł w pełni świadomego człowieka, który po prostu nie ma jak porozumieć się ze swoim otoczeniem.
Historię opowiada główny bohater, słyszymy jego myśli. Jest w tym filmie taka scena, jak do ośrodka dla niepełnosprawnych przychodzi ksiądz i podchodzi po kolei do każdej z tych niepełnosprawnych osób i mówi, że Bóg ich kocha. Podchodzi w końcu do głównego bohatera i mówi „Bóg cię kocha Mateuszu”, po czym Mateusz w myślach odpowiada: „całe szczęście, strach pomyśleć, co by było, gdybym Go nie obchodził”.