Jezus posłuszny aż do śmierci na krzyżu

Czy Bóg naprawdę chciał krwawej ofiary swojego Syna? Opaczne rozumienie posłuszeństwa Jezusa prowadzi niekiedy do oskarżeń o okrucieństwo wobec Boga. Tymczasem Ewangelia ukazuje coś zupełnie innego: nie bezlitosny żądanie cierpienia, lecz zwycięstwo miłości, która nawet w obliczu nienawiści i śmierci pozostaje wierna Ojcu i człowiekowi – pisze w Wielki Piątek o. Jacek Salij OP.

Komu była potrzebna ta potworna męka, przez którą przeszedł On w Wielki Piątek? Dlaczego właśnie przez Jego mękę i śmierć dokonało się nasze odkupienie? W Liście do Filipian czytamy, że „Chrystus Jezus stał się posłuszny aż do śmierci – i to śmierci na krzyżu”, a więc śmierci szczególnie haniebnej i okrutnej.

Wzmiankę, że „stał się posłuszny aż do śmierci”, niektórzy zupełnie opacznie zrozumieli, że to Bóg Ojciec zażądał od swojego Syna tak krwawej ofiary. Niektórzy odważyli się nawet bluźnierczo oskarżać Boga o okrucieństwo – że jest On jakoby aż tak małostkowy, iż nie chciał dać się przebłagać zwykłym ludzkim prośbom, ale potrzebna Mu była krew i męczarnia własnego Syna. Aż do tego stopnia można się pogubić, nie wiedząc, czym naprawdę było posłuszeństwo Pana Jezusa wobec swojego Ojca.

Otóż do tego, żeby słuchać Boga i być Mu posłusznym, Pismo Święte wzywa nas wielokrotnie. W Ewangeliach jak refren powtarzają się słowa: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. Bo niestety, z tego, że słuchamy słowa Bożego, nie wynika, że je słyszymy. Również Stary Testament jest pełen wezwań do posłuszeństwa Panu Bogu. Wiele też tam Bożych ostrzeżeń – jak to czytamy w Psalmie 81 – że jeżeli nie będziemy Mu posłuszni, wówczas On pozostawi nas twardości naszego serca: „niech postępują według swych zamysłów!” 

Panu Bogu – przecież dla naszego dobra! – chodzi przede wszystkim o to, żebyśmy naprawdę usłyszeli te dwa Jego przykazanie:

„Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (Mk 12,38).

Owszem, na szczęście nie jest z nami tak, że to wezwanie do miłości po prostu lekceważymy. Nie da się jednak ukryć, że wskutek naszej grzeszności nasza miłość jest marna i byle jaka: „Miłość wasza podobna do chmur na świtaniu albo do rosy, która prędko znika” (Oz 6,4).

Nieraz zarzucamy Bogu, że źle urządził ten nasz świat. Jednak Bóg urządził nam ten świat naprawdę wspaniale. To my, kiedy oddaliliśmy się od Niego, oddaliliśmy się również wzajemnie od siebie i wprowadziliśmy w nasz świat egoizm i nieżyczliwość, kłamstwo i nieufność, nienawiść i przemoc. To my zniekształcamy pierwotny zamysł Stwórcy i urządzamy nasz świat w taki sposób, że nieraz w nim tak trudno wytrzymać.

Świat nadal jest Boży i nadal jest w nim możliwa miłość. Ale my, grzeszni ludzie, nawet jeśli cechuje nas najlepsza wola, sami z siebie nie jesteśmy już zdolni do tego, żeby miłość Boga i bliźniego wyznaczała wszystkie nasze drogi życiowe. Nawet dobrzy i uczciwi ludzie wprowadzają w nasz świat jakieś elementy niezgody, niesprawiedliwości i zakłamania.

Właśnie do tego świata, do świata zdeformowanego naszymi grzechami, przyszedł Syn Boży. Kiedy głosił dobrą nowinę, że Bóg jest kochającym nas Ojcem, okazało się, że jest w nas potężna tęsknota za Bogiem. Za Jezusem chodziły tłumy. Ale właśnie wtedy siły zła zmobilizowały się szczególnie. Pan Jezus niemal od początku swojej działalności – za to, że czynił ludziom dobro i się dla nas poświęcał – był obrzucany oszczerstwami i nienawiścią. Konstruowano przeciwko Niemu podstępne intrygi, a kilka razy próbowano Go po prostu zamordować. Próby te spełzły na niczym tylko dlatego, że jeszcze nie nadeszła Jego godzina.

Na godzinę ostatecznego zmierzenia się z siłami zła wybrał ten moment, w którym one podjęły najpotężniejszy atak, na jaki mogły się zdobyć. Nie pojmiemy tych potworności, przez jakie Syn Boży przeszedł na Kalwarii. Dość sobie przypomnieć, że On sam, który nazajutrz z tak królewską cierpliwością i godnością miał przejść przez koszmar męki, w Ogrodzie Oliwnym pocił się krwią na samą myśl o tym, co Go czeka.
W dzień swojej męki Pan Jezus zgodził się poddać niewyobrażalnemu wręcz skondensowaniu nienawiści i pogardy, kłamstwa i okrucieństwa, a więc najgorszych owoców ludzkiego grzechu.

Wydawało się, że zachowanie w tych warunkach miłości do Boga i bliźnich jest czymś absolutnie niemożliwym. A jednak Syn Boży – otoczony ciemną nienawiścią, potwornie zmaltretowany, pogrążony w poczuciu jakby zupełnego opuszczenia przez Ojca – trwał w całoosobowym, pełnym miłości zawierzeniu swojemu Ojcu oraz w miłości do nas, których sobie wybrał na bliźnich, nawet w miłości do własnych morderców. 

Okazało się wówczas, że nawet z miejsca tak wyjątkowo zdeformowanego przez nienawiść i złą wolę da się w prawdziwej i niezmniejszonej miłości przejść do Ojca w niebie. A wszystko to Syn Boży uczynił z miłości do nas. On przecież nie musiał przyjmować naszego człowieczeństwa. W swojej boskiej naturze jest On przecież nieskończenie rozmiłowany w swoim Ojcu. 

Cała straszliwa strona ukrzyżowania skupia w sobie niby w soczewce destrukcyjną i nieludzką moc grzechu. Przecież to my stworzyliśmy taki świat, w którym dosłownie każda niegodziwość stała się możliwa. Jeśli okoliczności odpowiednio się złożą, zdolni jesteśmy nawet ukrzyżować kogoś nieskazitelnie sprawiedliwego. Gorzej jeszcze: Jezusa Chrystusa ukrzyżowaliśmy przecież za to, że On nas kochał i się dla nas poświęcał. Na Kalwarii odsłoniła się straszliwość naszego odejścia od Boga. 

A przecież nawet na krzyżu Jezus był posłuszny przykazaniu miłości Boga i bliźniego. Był posłuszny idealnie. Nawet w tamtej godzinie cały był przepełniony miłością. Ludzka nienawiść przybiła Go do krzyża po to, żeby skompromitować Jego samego i Jego naukę. Wrogowie chcieli usłyszeć, jak Jezus, pogrążony w nieludzkich mękach, wystawiony w torturze ukrzyżowania na widok publiczny, będzie przeklinał swoją naukę, albo przynajmniej nie będzie umiał zgodnie z nią się zachować, i przypieczętuje w ten sposób swoją klęskę.

Pan Jezus trwał w miłości nawet na krzyżu. Szatan chciał dokonać sądu nad Nim. Chciał wykazać, że Jego nauka o miłości jest idealistyczną mrzonką, która musi się załamać pod naporem tak zwanej rzeczywistości. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie. Wisząc na krzyżu, Jezus dokonał sądu zarówno nad tym światem, jak nad jego władcą, czyli szatanem. Tym światem Chrystus Pan nazywa owe przestrzenie, które szatanowi udało się urządzić po swojemu, gdzie prawda i miłość muszą ustępować kłamstwu i przemocy.

Otóż ten właśnie świat został osądzony na Golgocie, ujawniła się wówczas cała jego bezsiła i jałowość. Okazało się, że cała potęga zła jest bezsilna wobec Człowieka, który oburącz trzyma się Ojca Niebieskiego. Cała potęga zła może co najwyżej ciało zabić. Nie może jednak zniszczyć w nas postawy miłości, jeśli tylko człowiek mocno trzyma się Boga, który jest źródłem wszelkiej miłości.
 

 

 

 

 

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..