„Ona cudów dokonywała, żeby w tym nieopisanym brudzie i smrodzie, gdzie roiło się od szczurów i robactwa, stworzyć nam bardziej ludzkie warunki. Zanim przyjęła poród, robiła znak krzyża i modliła się. Szeptała modlitwę, w której szukała chyba nie tylko pomocy i nadziei, ale odnajdywała siłę, pozwalającą przezwyciężyć nieludzkie męczarnie" – pisze o Stanisławie Leszczyńskiej o. Jacek Salij OP.
Nie sposób nawet wyobrazić sobie kogoś aż tak zdeprawowanego, kto znając fakty, nie chciałby pochylić się ze czcią na samo wspomnienie Stanisławy Leszczyńskiej. W kwietniu 1943 r. znalazła się ona w Auschwitz-Birkenau i przez prawie dwa lata sprawowała tam, w samym środku tego straszliwego deptania ludzkiej godności, funkcje położnej. Przez cały ten czas była sługą uwięzionych współwięźniarek i jednoznacznym świadkiem świętości życia. Przy szpitalu na Karowej, gdzie 104 lata temu uzyskała dyplom położnej, odsłonięto właśnie – 8 maja, w Dzień Polskiej Położnej – pomnik ku jej czci.
Zanim przywieziono ją do obozu, odebrano jej wszystkie dokumenty, a zaświadczenie uprawniające do wykonywania zawodu położnej esesman z pogardą rzucił na podłogę. Leszczyńskiej udało się to zaświadczenie odzyskać i przemycić do obozu, a tam wbrew przepisom zaszła drogę niemieckiemu lekarzowi obozowemu, okazując ten dokument. Lekarzowi (a był nim złej sławy Joseph Mengele) prośba ta była poniekąd na rękę, gdyż dzieciobójstwo i sądownie pozbawiona prawa wykonywania zawodu.
Mengele powierzył Leszczyńskiej funkcję położnej w tzw. sztubie położniczej, jednak wszystkie dzieci, pod sankcją kary śmierci za niewykonanie tego rozkazu, mają się rodzić martwe. Leszczyńska, swoim cichym, jedwabnym głosem odpowiedziała na to, że dzieci nie będzie zabijać. Zbrodniarzowi przypomniało się może, że był takich samych zasad uczony. Fakt faktem, że rozkazu nie ponowił, a kontrole służby położniczej były stosunkowo rzadkie.
W ciągu tych dwóch lat urodziło się pod opieką Stanisławy Leszczyńskiej około trzy tysiące noworodków. Liczba porodów była chyba wyższa niż w dużej klinice położniczej, ale pamiętajmy, że żadna z tych kobiet nie spodziewała się tego, że znajdzie się w obozie, w warunkach maksymalnie niekorzystnych dla matki i dla dziecka.
Nieludzkie warunki, w jakich tym kobietom przyszło rodzić, sprawiły, że z całej tej masy dzieci przeżyło zaledwie około trzydzieścioro. Jednak ta położna – nie słuchając zbrodniczych nakazów – ani jednego dziecka nie uśmierciła. Natomiast dwoiła się i troiła, żeby każde dziecko przyjąć z prawdziwą miłością.
Oto świadectwo jednej z więźniarek, Marii Salomon:
„Porody odbywały się na długim przewodzie kominowym. Leżał na nim tylko czarny, cienki koc, aż drgający od wszy. Mama Leszczyńska, jeśli tylko mogła, kładła na nim prześcieradło czy choćby kawałek białego płótna. Ona cudów dokonywała, żeby w tym nieopisanym brudzie i smrodzie, gdzie roiło się od szczurów i robactwa, stworzyć nam bardziej ludzkie warunki. Zanim przyjęła poród, robiła znak krzyża i modliła się. Szeptała modlitwę, w której szukała chyba nie tylko pomocy i nadziei, ale odnajdywała siłę, pozwalającą przezwyciężyć nieludzkie męczarnie. Pracowała przecież przy nas sama, dzień po dniu, noc po nocy. Bez żadnego odpoczynku, bez żadnego zastępstwa. Całymi tygodniami się nie kładła. Przysiadywała czasem przy chorej na piecu, zdrzemnęła się chwilę, ale zaraz zrywała się i biegła do którejś z jęczących kobiet. Rodziło przecież często po kilka jednocześnie”.
W opublikowanym po wojnie raporcie z Oświęcimia bohaterska położna tak objaśniała swoje ówczesne poświęcenie: „Spoglądałam na moje współwięźniarki z uczuciem rozrzewnienia, uświadamiając sobie, że każda z tych cierpiących miała niedawno swój dom, rodzinę, kochających ją bliskich, krewnych, przyjaciół, mogła się cieszyć ich miłością, zachować swą godność i znajdować należny sobie szacunek. Nagle umieszczona w obskurnym baraku, pośród brudu, robactwa i szczurów, wygłodniałe, zziębnięte, dalekie od rodzin, odarte z czci i wszelkich praw należnych człowiekowi – wydawały mi się wzruszająco biedne. Kochałam je i to właśnie dodawało mi sił każdego dnia i w noce spędzane mozolnie w bezsennej pracy, której trud i poświęcenie były właściwie tylko formą miłości skierowanych głównie do maleńkich dzieci i matek, których życie starałam się ocalić za wszelką cenę. Inaczej nie byłabym w stanie wytrwać”.
Poruszające świadectwo tej niesamowitej miłości złożyła m.in. Jadwiga Machaj: „Na długim piecu rodziły dwie kobiety. Dla mnie nie było już miejsca. Kazano mi czekać. Wtedy podeszła do mnie kobieta w białym fartuchu. Zapytała: No i co moje dziecko? mówiła cicho, a jej głos był bardzo kojący. Przyznałam się wtedy, że strasznie się boję, że mnie bardzo boli, i że chyba zaraz będę rodzić. Pogłaskała mnie po twarzy i uśmiechnęła się, zaprowadziła mnie za przepierzenie, gdzie znajdowała się część baraku nazywana izbą chorych, ułożyła mnie na pryczy i zaczęła rozmawiać. Pytała, ile mam lat, skąd jestem, pytała o dom, o męża, co chcielibyśmy mieć – syna czy córkę? Czy mam już wybrane imiona? Wciąż coś do mnie mówiła. Pewnie chciała odwrócić moją uwagę od bólu. Radziła też, jak mam oddychać, jak się ułożyć, jak pomóc dziecku przyjść na świat. Chwaliła mnie bardzo za to, że nie krzyczę. Przestałam się bać. Ręce miała malutkie, delikatne, ruchy łagodne, spokojne, a przy tym sprawne i szybkie. Poród stał się czymś zupełnie innym, niż oczekiwałam. Nie wiem nawet, jak długo trwał”.
Inna położnica, Kazimiera Bogdańska, zapamiętała sobie zwłaszcza konkretną radę, jakiej w tamtych koszmarnych okolicznościach Stanisława Leszczyńska, niestety, często musiała udzielać: „Kazała regularnie podawać dziecku nawet całkiem pustą pierś. Żeby tylko gruczoły nie przestały działać – tłumaczyła. Podtrzymywała nas na duchu nadzieja zbliżającej się wolności”.