Ciężki plecak

Czy traktowanie modlitwy codziennej jako rodzaju luksusu nie jest jednak nadużyciem?

Czy traktowanie modlitwy codziennej jako rodzaju luksusu nie jest jednak nadużyciem?

Schody przed budynkiem redakcji „Gościa Niedzielnego” są wyśmienitym punktem obserwacyjnym. Ruchliwa ulica, chodnik, plac przed katedrą – jest co obserwować. I kogo. Stałem kiedyś na tychże schodach, czekając na kolegę, podczas gdy chodnikiem przed redakcją przechodziło dziecko. Kruszynka taka, mała, chudziutka dziewczynka z ogromnym tornistrem. Wielkim niemalże jak ona. Ciężkim tak, że pochylała się do przodu, jak Pan Jezus pod krzyżem. Sapiąc i dysząc, niosła ten swój rezerwuar wiedzy na plecach, a mnie się niewiasty płaczące z drogi krzyżowej przypomniały, bo akurat w tym miejscu i o tej porze nad tym dzieckiem zapłakać należało. – Gdybyś tu wcześniej przyszedł – powiedziałem do kolegi – zobaczyłbyś coś, co nadawałoby się na zdjęcie roku. Biedne małe dziecko osaczone przez system stworzony przez dorosłych…

Przypominam sobie tę historię niekoniecznie dlatego, że tematem bieżącego numeru jest kwestia szkoły, szkolnictwa, uczniów i nauczycieli. Również dlatego, że każdy z nas bywa jak to małe dziecko przygniecione ciężarem. I to w zupełnie innym kontekście, raczej duchowym, choć niekoniecznie. Chodzi mi o modlitwę. Generalnie wiemy, że jest konieczna, żeby życie wiary mogło się rozwijać, żeby mieć kontakt z Panem Bogiem, żeby wzrastać w łasce. Pokuszę się o stwierdzenie, że wszyscy, którzy wierzą w Boga, raczej o tym wiedzą. I tak samo – niestety – wszyscy miewają z modlitwą problemy. W natłoku codziennych zajęć jakby nas przerastała, uwierała, powodowała odruch ucieczki albo przynajmniej zasapanie.

Myślałem o tym wszystkim w trakcie rekolekcji przeżywanych w kapłańskim gronie. Rekolekcje (taka moja definicja na prywatny użytek) są po to, żeby „się pozbierać”. Bo pochodzą od łacińskiego recolligo, czyli „zbieram powtórnie”, niejako na nowo. A że każdy takiego pozbierania co jakiś czas potrzebuje, jak najbardziej zachęcam do wybrania się na rekolekcje. W miarę możliwości, rzecz jasna. Te, w których wraz z trzydziestką innych kapłanów i biskupów brałem udział, prowadził ks. Leszek Gęsiak, którego głos z Radia Watykańskiego zna pewnie wielu z nas. Rekolekcjonista idealny, który swoją osobą nie przesłaniał ani treści, ani najważniejszej Osoby, czyli Chrystusa… Jakby schowany wewnątrz tego, co głosił. Rozpoczął od podkreślenia, że nie każdy ma taką możliwość, by na parę dni wycofać się z czynnego życia, więc powinniśmy sobie to cenić jako rodzaj luksusu. Owszem, doceniłem i cenię wciąż, bo wiem, że wielu na taki luksus pozwolić sobie nie może, czy to ze względu na obowiązki rodzinne, czy to z innych powodów. Ale czy traktowanie modlitwy codziennej jako rodzaju luksusu nie jest jednak nadużyciem? Wygodną wymówką – na pewno, bo „Bogu modlitwa niepotrzebna” i mówią o tym wprost osoby z doświadczeniem regularnej modlitwy (ss. 26–27). Nie jest łatwo pisać o modlitwie w felietonie wstępnym w taki sposób, aby nie popaść w ton kaznodziejski. Ale przecież chodzi o coś najważniejszego, czego nie wolno przemilczeć w tygodniku katolickim. Chodzi o życie. Ciężki plecak codziennych doświadczeń może przecież w końcu przeważyć. A po co?

ks. Adam Pawlaszczyk - redaktor naczelny tygodnika "Gość Niedzielny"

opr. ac/ac

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama