Choć sekularyzacja postępuje, nie brakuje znaków duchowego przebudzenia – mówi o. Dariusz Kowalczyk, jezuita, wykładowcą teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, autorem książki „Bez Boga nie ma zbawienia”. Jego zdaniem Kościół nie znika, lecz się zmienia: rodzi się wspólnota mniejsza, ale bardziej świadoma i zakorzeniona w osobistej wierze.
Echo Katolickie: Patrząc na współczesny świat, pełen sporów, wojen, ludzkich tragedii, warto na nowo posłuchać słów wypowiedzianych przez Jezusa na krzyżu... O czym nam przypominają?
O. Dariusz Kowalczyk: Tradycja mówi o siedmiu słowach wypowiedzianych przez Jezusa z krzyża. Są to: słowo przebaczenia –„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34); słowo zbawienia – „Zaprawdę, powiadam ci, dziś będziesz ze Mną w raju” (Łk 23,43); słowo macierzyństwa i synostwa - „Niewiasto, oto syn Twój”/ „Oto Matka twoja” (J 19,26-27); słowo opuszczenia - „Eli, Eli, lema sabachthani?” – „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46); słowo pragnienia - „Pragnę!” (J 19,28); słowo tryumfu - „Dokonało się!” (J 19,30); słowo zawierzenia – „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,46). Co do wojen, to Jezus nie obiecywał, że ich nie będzie. Wręcz przeciwnie! W Ewangeliach znajdujemy np. takie wypowiedzi: „Będziecie słyszeć o wojnach i wieściach wojennych. Uważajcie, nie trwóżcie się! To musi się stać, ale to jeszcze nie koniec. Powstanie bowiem naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu” (Mt 24,6-7); „Wtedy wydadzą was na udrękę i będą was zabijać, i będziecie w nienawiści u wszystkich narodów, z powodu mego imienia” (Mt 24,9). Wszystkie te słowa Jezusa uczą nas zaufania Bogu pośród cierpień i zła. Bo ostatnie słowo należy do zmartwychwstałego Baranka, a nie do apokaliptycznych Bestii.
Rzeczywiście – o ile w czasie Świąt Wielkanocnych radujemy się ze zmartwychwstania Jezusa, w ciągu roku liturgicznego, zapędzeni doczesnymi sprawami, często o tym zapominamy.
Wydaje mi się, że wierni mają większą trudność z radosnym przeżywaniem Niedzieli Zmartwychwstania niż z przeżywaniem Wielkiego Piątku. Po prostu zmartwychwstanie przekracza naszą wyobraźnię. Łatwiej nam wejść w nastrój Męki Pańskiej. Dotykamy tu zresztą rzeczy dość osobistych, a także rodzinnych. Wierni różnie przeżywają święta. Rośnie w Polsce liczba ludzi obojętnych, a nawet wrogich wobec chrześcijańskich świąt, ale wciąż jest niemało tych, którzy na co dzień i od święta odnajdują Boga w Biblii i w liturgii Kościoła, a także w konkretnych wydarzeniach swojego życia. I pośród przeciwności doczesności niosą żywą nadzieję życia wiecznego. Przeżycie Świąt Wielkanocnych, jak i innych świąt zależy w dużej mierze od tego, jak w ciągu roku przeżywamy, praktykujemy naszą wiarę. Choć, oczywiście, mogą się zdarzać nagłe olśnienia i mocne przeżycia religijne, ale to są raczej wyjątki, a nie reguła.
Z każdej strony słyszymy, że liczba wiernych w Polsce – na wzór Zachodu – zmniejsza się, a laicyzacja postępuje niezwykle szybko. Tymczasem kiedy patrzymy na Francję, okazuje się, że od kilku lat mocno wzrasta liczba osób, które w wieku nastoletnim lub dorosłym świadomie przyjmują chrzest, także seminaria zaczynają tętnić życiem.
Od 15 lat uczę na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Każdego roku mamy 2,7-2,8 tys. studentów z całego świata – przyjeżdżają do nas z ponad 120 krajów. To prawda, że coraz więcej jest ludzi z Azji i Afryki, ale opowieści o śmierci Kościoła w Europie są jednak przesadzone. Co więcej, nie brakuje znaków katolickiego przebudzenia. Nie jest ono masowe, ale widoczne i znaczące – nie tylko we Francji, bo rośnie liczba chrztów młodych dorosłych także w Irlandii, Wielkiej Brytanii, USA. Co zaskakujące, motorem amerykańskiego katolickiego przebudzenia są młodzi mężczyźni. Co ich przyciąga do Kościoła katolickiego? Świadectwa konwertytów wskazują na pragnienie głębi, sensu i zakorzenienia oraz na zmęczenie coraz bardziej obłąkanymi lewicowo-liberalnymi ideologiami. W Stanach Zjednoczonych katolickie przebudzenie łączy się z zainicjowaną w 2022 r. Narodową Odnową Eucharystyczną, w której chodziło o pogłębienie wiary w realną obecność Chrystusa w Eucharystii oraz odnowienie życia kościelnego i misyjnego wokół Najświętszego Sakramentu. Wspomnijmy tu o sukcesie filmu o objawieniach Najświętszego Serca Jezusa we Francji. Nie wolno oczywiście popadać w naiwny triumfalizm. Chrzty dorosłych nie rekompensują spadku chrztów niemowląt, a ogólny trend sekularyzacji trwa. Potężne siły działają metodycznie, by Kościół osłabić, zohydzić. Dzieje się to także nad Wisłą. Niemniej jednak, można mieć nadzieję, że rodzi się katolicyzm bardziej świadomy, katolicyzm z wyboru, a nie z kulturowego przyzwyczajenia. Mniejsza, ale bardziej żarliwa wspólnota – to być może oblicze Kościoła na nadchodzące dziesięciolecia.
Coraz więcej osób zaczyna też rozumieć, że to Bóg jest miłością i miłosierdziem. Że w Nim powinniśmy szukać nadziei oraz ratunku.
Zapewne można by dyskutować z tezą, że coraz więcej osób rozumie, że Bóg jest miłością i miłosierdziem. A w ogóle, jak to policzyć? Niewątpliwie dużo mówi się o miłosierdziu. Niestety, często w sposób spłycony, banalny, a niekiedy nawet w duchu „róbta, co chceta”, bo przecież Bóg i tak okaże miłosierdzie. Kiedy prawie 100 lat temu s. Faustyna Kowalska zapisywała w swoim „Dzienniczku”, że „miłosierdzie jest największym atrybutem Boga”, to prawdopodobnie żaden z ówczesnych teologów na świecie by się z tym nie zgodził. Dziś taka teza wydaje się oczywista. Może zbyt oczywista. Może jest ona rozumiana w taki sposób, że przekreśla potrzebę bojaźni Bożej. Tymczasem autentyczne orędzie miłosierdzia nie oznacza żadną miarą, że przestajemy zło nazywać złem, a grzech grzechem, że uśmiechamy się do złej gry, aby nie zepsuć miłej atmosfery. Jezus nie potępił jawnogrzesznicy, bronił jej przed oskarżycielami, ale na koniec powiedział: „Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8,11). A zatem grzech nazwał grzechem i wezwał do zmiany życia. Jezus nie twierdził, że każdy ma swoją prawdę i swoje wybory moralne, i że w ogóle nie ma sprawy… Zło istnieje i zagraża naszym duszom. Trzeba je rozeznać, nazwać i odrzucić. Ale jednocześnie trzeba walczyć, tak jak Jezus, o zbawienie każdego człowieka. Kościół beatyfikuje i kanonizuje, jednak o nikim nie powiedział oficjalnie, że na pewno znajduje się w piekle. Głoszenie miłosierdzia Bożego i przestrzeganie przed popadnięciem w zatwardziałość grzechu – to dwa wymiary misji Kościoła.
Jakie jeszcze zadania stoją dziś przed Kościołem? Mury się chwieją, ale przecież fundament jest najważniejszy…
Jeśli chodzi o zadania Kościoła na dzisiaj, to warto powracać do Listu apostolskiego „Novo millennio ineunte” Jana Pawła II. Napisany na zakończenie Wielkiego Jubileuszu roku 2000 stanowi swoisty testament duchowo-duszpasterski Papieża Polaka na XXI w. Ojciec Święty przypomniał w nim pytanie, jakie zadano Piotrowi w Jerozolimie zaraz po jego mowie wygłoszonej w dniu Pięćdziesiątnicy: „Cóż mamy czynić?” (Dz 2,37). Po czym stwierdził: „Zadajemy to pytanie pełni ufności i optymizmu, chociaż nie lekceważymy trudności. Nie ulegamy bynajmniej naiwnemu przekonaniu, że można znaleźć jakąś magiczną formułę, która pozwoli rozwiązać wielkie problemy naszej epoki. Nie, nie zbawi nas żadna formuła, ale konkretna Osoba oraz pewność, jaką Ona nas napełnia: «Ja jestem z wami!». Nie trzeba zatem wyszukiwać «nowego programu». Program już istnieje: ten sam, co zawsze, zawarty w Ewangelii i w żywej Tradycji. Jest on skupiony w istocie rzeczy wokół samego Chrystusa, którego mamy poznawać, kochać i naśladować (…). Program ten nie zmienia się mimo upływu czasu i ewolucji kultur, chociaż bierze pod uwagę epokę i kulturę, aby możliwy był prawdziwy dialog i rzeczywiste porozumienie. Ten właśnie niezmienny program jest naszym programem na trzecie tysiąclecie” (nr 29). Bliski mi jest też „program” Benedykta XVI, który sformułował m.in. w książce-wywiadzie „Światłość świata”. Ratzinger mówi, że potrzebujemy swego rodzaju wysp, wspólnot przeżywających w prostocie wiarę w Boga, wiarę w Jezusa Chrystusa. „Naszym wielkim zadaniem jest – napisał Benedykt XVI – ukazanie na nowo pierwszeństwa Boga. Dzisiaj istotną sprawą jest, aby zobaczyć, że Bóg jest, że jest dla nas ważny i że udziela nam odpowiedzi”.
Źródło: Echo Katolickie 15/2026