Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Krzysztof Dorosz

Przyjdź Królestwo Twoje

Protestantyzm powstał z konfliktu, który nakazywał odrzucenie nie tylko błędów i grzechów innych wyznań, lecz także ich mądrości.
Czy nie nadszedł już czas sięgnięcia po tę mądrość?

Ludzie wierzący, zwłaszcza protestanci, są często nieufni wobec kultury. Wiedzą bowiem dobrze, że kiedy chrześcijanin utożsamia słowo Boże z kulturą, filozofią czy nauką, traci z oczu objawienie, a wkrótce potem traci wiarę. Łatwo wtedy o wniosek, że wiara i kultura nie idą ze sobą w parze, a chrześcijanin nie powinien ich łączyć. Ale sprawa nie jest w gruncie rzeczy taka prosta. Człowiek nie jest czystym duchem, lecz istnieniem wcielonym i Boże słowo często dochodzi do niego za pośrednictwem kultury.

***

Kultura stanowi naturalną sferę ludzkiego życia; bez niej człowiek traci orientację w świecie. Jednocześnie tę naturalną sferę przenika duchowa substancja. Ludzkie kultury bowiem na ogół powstawały wokół jakiegoś objawienia, boskiego lub demonicznego, religijnego lub świeckiego. Kultura zatem stanowi sieć idei, przekonań, sztuk, instytucji i obyczajów, które przekazują wartości wyznawane przez daną ludzką zbiorowość. W otaczającej go kulturze człowiek po raz pierwszy znajduje odpowiedzi na pytania o pochodzenie i cel życia. Z kultury we wszystkich jej postaciach płynie nasza wiedza na temat dobra i zła, prawdy i fałszu, piękna i brzydoty.

Kulturę kształtują wartości, pozytywne lub negatywne, płynące ze światła lub ciemności. Dla chrześcijan najważniejszą wartością zawsze była miłość skierowana ku Bogu i bliźniemu, dla radzieckich komunistów dyktatura proletariatu, dla nazistów Tysiącletnia Rzesza, której sukces zależał od ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. W obecnych czasach skłonni jesteśmy szczycić się tym, że żyjemy w kulturze religijnie neutralnej, nie opartej ani na wierze, ani na jej świeckich namiastkach, lecz na naukowych faktach.

Jednakże nasza duma jest iluzoryczna; nie płynie wcale z dającej się zweryfikować rzeczywistości, lecz z jednego z założycielskich mitów nowożytności. Ten mit, jak każdy mit od początku świata, dzieli ludzkie istnienie na dwie sfery: sensu i bezsensu. Do sfery sensu należy dzisiaj nauka i racjonalne poznanie, sferą bezsensu natomiast rządzi wiara, która w słowach pewnego brytyjskiego nastolatka oznacza „przyjęcie prawd, które są nieprawdziwe”.

Niemniej — powtarzam — mamy do czynienia tylko z mitem. Nie brak więc na świecie ludzi, którzy przeciwstawiają się temu mitowi, ponieważ zdają sobie doskonale sprawę, że jakakolwiek nauka, jakiekolwiek rozumowanie, włącznie z matematyką, przyjmuje przesłanki, intuicje lub ostateczne przekonania, których niepodobna udowodnić. Choć gmach nauki wydaje nam się niezależny od wiary i wartości, został w gruncie rzeczy wzniesiony na metafizycznych fundamentach, które z natury rzeczy nie podlegają empirycznej weryfikacji. Wszystko to powinno być oczywiste dla każdego myślącego i wykształconego człowieka. Powinno, lecz wcale nie jest, co dobitnie świadczy o potędze mitu, choćby świeckiego.

***

Jednym z pierwszych dwudziestowiecznych myślicieli, którzy usiłowali systematycznie zdemaskować i obalić ten mit, był niezwykły holenderski uczony Herman Dooyeweerd, który zmarł w 1977 r. Z wykształcenia i zawodu Dooyeweerd był teoretykiem prawa, z powołania natomiast filozofem, który świadomie przyjął inspiracje i wpływ chrześcijańskiej wiary w swoim myśleniu. Był ewangelikiem reformowanym, którego kalwińska perspektywa spoczywała na dwóch fundamentach: prymacie Boga we wszechświecie i prymacie wiary w ludzkim sercu. Twierdził, że jego radykalna chrześcijańska filozofia „może rozwijać się jedynie po linii zapoczątkowanej religijną wizją Kalwina”. Co miał na myśli?

Idąc śladami reformatora, utrzymywał, że rozum, spaczony upadkiem człowieka, nie jest w stanie sprawować nadzoru nad zasadami ludzkiej wiedzy ani wskazywać drogi naszemu poznaniu. Biblia — pisał Dooyeweerd — nie uprawnia poglądu, na mocy którego mielibyśmy uznać upadły rozum za suwerenny organ duchowy człowieka. Dlatego właśnie — twierdził — „objawienie Boże musi objąć serce, najgłębszy korzeń całej naszej egzystencji”.

Należy dodać, że ani Kalwin, ani Dooyeweerd nie uważali serca za siedlisko naszych emocji, choćby religijnych. W ich przekonaniu serce było czymś znacznie ważniejszym, a mianowicie duchowo najgłębszym i wszechogarniającym ośrodkiem ludzkiego istnienia. Kiedy Kalwin twierdzi, że naszemu umysłowi nie wystarcza oświecenie przez Ducha Bożego, „jeżeli jednocześnie jego mocą nie krzepnie serce i nie rośnie w siłę”, daje on zdaniem Dooyeweerda wyraz „czysto biblijnej koncepcji, która naszą wiedzę — a przede wszystkim wiedzę płynącą z wiary — lokuje w sercu, »bo z niego tryska źródło życia«” (Prz 4, 23).

Wiedza płynąca z wiary. Tu właśnie leży jądro filozofii Hermana Dooyeweerda. W jego mniemaniu obnoszona z dumą autonomia filozoficznego i teoretycznego myślenia jest iluzoryczna, ponieważ u najgłębszych podstaw ludzkiego myślenia zawsze leży świadomy lub nieświadomy akt wiary. Religijna neutralność jest mitem.

Ta teza może zdziwić katolików, którzy co najmniej od czasu Tomasza z Akwinu przyzwyczajeni są do dzielenia rzeczywistości na sferę objawioną i naturalną; w pierwszej panują prawdy wiary, w drugiej względnie neutralny rozum. Nie zdziwi natomiast ewangelików reformowanych, którzy zawsze podkreślali absolutną suwerenność Boga, wierząc, że od jego woli, mocy i łaski zależy wszystko, co istnieje. W ich przekonaniu zatem nie może być mowy ani o sferze neutralnej, ani o kulturze niezależnej, ponieważ kultury nie można oddzielić od służby Bogu.

***

Kalwin nie poświęcał myśli samej kulturze, ponieważ za jego czasów nie odeszła jeszcze od wiary i swoich chrześcijańskich korzeni. Był teologiem i reformatorem, nie antropologiem czy filozofem. W kalwińskiej perspektywie wiara oznacza służbę Bogu we wszystkich sferach życia. Bóg nadaje sens wszystkim rzeczom, podczas gdy chrześcijanin przyjmuje ów sens przez wiarę w objawienie i wyraża go w kulturze. Kalwin zachęcał wiernych, by uczestniczyli w życiu świata, który uważał za teatr Bożej chwały. Obowiązujące uprzednio rozróżnienie na dzieło święte i świeckie miało być zniesione.

„Podczas gdy duchowość zakonna traktowała powołanie jako wezwanie ze świata na pustynię lub do klasztoru — pisze angielski teolog, Alister McGrath — Luter i Kalwin widzieli w powołaniu wezwanie do świata i jego codziennego życia”. Wszelką swoją działalnością człowiek był w stanie oddawać chwałę Bogu. Chrześcijanie zostali powołani na kapłanów świata, oczyszczających i uświęcających jego codzienne życie od środka.

Kapłani świata. Ale jak mamy sprawować ten urząd? Na czym polega oczyszczanie i uświęcanie codziennego życia? Jak mamy oddawać chwałę Bogu we wszystkim, co robimy? Mamrocząc pobożne słowa i wykrzykując pochwały? Wzbudzając w sobie uczucie wdzięczności? Jak związać wiarę i kulturę, skoro zostały już rozłączone w naszych niereligijnych i zadufanych w sobie czasach? W jaki sposób w klimat zwątpienia i rozpaczy wnieść wiarę w objawienie? To są istotne pytania.

Nie tylko teraz, kiedy siła chrześcijaństwa słabnie, a wiara odchodzi w psychiczny niebyt. Wielu ewangelików reformowanych mówi o kulturalnym mandacie danym nam przez Boga i o nakazie uprawiania Jego ogrodu, ale to nie wystarcza. Wielu czerpie z dziedzictwa Jana Kalwina i twierdzi, że nie ma przecież podziału na wiarę i kulturę, ale to za mało. Wiara i kultura coraz bardziej od siebie się oddalają. Jak temu zapobiec? Nasza duchowa spuścizna wzywa nas do pełnienia urzędu kapłańskiego wobec świata. Ale co to dokładnie znaczy?

Co możemy zrobić my, chrześcijanie XXI wieku, którzy obchodzą rocznicę wielkiego Jana Kalwina? Możemy rozwijać jego intuicje i przemieniać je w twórcze inspiracje. Możemy czytać wielkich teologów naszej tradycji, wydobywając z ich dzieł idee żywe, zdolne do głęboko duchowego kształtowania naszego życia. Możemy spojrzeć na inne chrześcijańskie tradycje, także na judaizm, i uczyć się od nich, zachowując wierność własnemu dziedzictwu. Protestantyzm powstał z konfliktu, który nakazywał gwałtowne odrzucenie nie tylko błędów i grzechów innych wyznań, lecz także ich mądrości. Czy nie nadszedł już czas sięgnięcia po tę mądrość? Czy nie nadszedł czas odkrycia, że niektóre z duchowych skarbów katolicyzmu czy prawosławia nie są sprzeczne z tradycją reformowaną, lecz ją dopełniają i spełniają?

Modlitwa Jezusowa, na przykład? Czyż nie jest ona na wskroś biblijna? A takie duchowe praktyki, jak medytacja? Protestanci na ogół je odrzucali, ponieważ wydawały się podważać pierwszeństwo wiary wobec uczynków. Te praktyki nazbyt pachniały samozbawieniem, przekreśleniem absolutnego prymatu Boga. Lecz tak wcale nie było. Te praktyki jedynie przygotowywały ludzką duszę na przyjęcie łaski — sprawa na ogół zapoznana w protestanckiej tradycji.

Ewangelicy mieli skłonność kłaść tak wielki nacisk na łaskę, że zbyt łatwo przychodziło im wyobrazić sobie jej zgoła automatyczne działanie. Ale żaden dar, choćby ofiarowany w pełnej wolności, nie działa automatycznie. Dar — od Boga czy od drugiego człowieka — musi zostać przyjęty, a to przyjęcie czasami wymaga ogromnego wysiłku. Łaska jest jak światło słoneczne. By weszła do naszego domostwa, musimy otworzyć okna. Okna zaś są czasami nie tylko zamknięte, lecz dostępu światła bronią szczelne okiennice. Jeśli ich nie otworzymy, łaska nas nie dotknie. Tu właśnie przychodzą z pomocą modlitwa, medytacja, praktyka obecności Bożej.

W tradycji reformowanej wielką wagę przypisujemy oddawaniu Bogu chwały. Lecz czy chwalenie Stwórcy wystarcza? Czy możemy się zadowolić wysławianiem Go słowami, myślami i uczuciami? Czyż nakaz oddawania Bogu chwały nie oznacza szczególnego wyczucia Jego obecności? „Naucz mnie Boże i Królu — pisał siedemnastowieczny angielski poeta i duchowny George Herbert — we wszystkim widzieć Ciebie”. Czy nie na tym polega najwyższy sposób oddawania Bogu chwały? Na umiejętności widzenia Go we wszystkich rzeczach? Kalwin twierdził, że celem ludzkiego życia jest poznanie Boga.

***

Czy możemy naprawdę stać się kapłanami świata, oczyszczając i uświęcając jego codzienne życie, lecz nie będąc w stanie widzieć Boga we wszystkim? Widzieć nie tylko intelektualnie i emocjonalnie, lecz także duchowo. Widzieć Go całym sobą, wyczuwać Jego obecność w każdym ziarnku piasku, słyszeć muzykę Jego słowa, gdziekolwiek jesteśmy. Nigdy jednak nie będziemy w stanie ujrzeć Go mocą aktu woli płynącego z pobożnych myśli. Musimy wejść w modlitwę lub medytację i pozwolić im kształtować nasze życie; musimy obdarzać miłością ludzi, zwierzęta, całe stworzenie. Modlitwa i miłość są ważne nie tylko dlatego, że są miłe Bogu, lecz także dlatego, że poddają nasze serca oczyszczeniu. A jak wiadomo, tylko ci, którzy mają czyste serca, będą oglądać Boga (Mt 5, 8).

Lecz praktyka i metoda nie zdziałają cudów, same nie doprowadzą nas do Boga. Praktyka i metoda są zawsze owocem autentycznej wiary. Tylko wiara w objawienie, silna, pełna energii, gotowa do podjęcia ryzyka, pozwoli nam stać się kapłanami świata i wlać w kulturę chrześcijański eliksir. Tymczasem kultura i wiara stają się sobie coraz dalsze, a chrześcijaństwo, któremu brak żywotności i wizji, zazwyczaj nie potrafi przygotować człowieka do udziału w wieczności, a tym samym inspirować literatury i sztuki ani dnia codziennego. Zajęte codzienną krzątaniną, chrześcijaństwo wydaje się zmęczone, a nawet wyczerpane. Wyczerpane do tego stopnia, że niektórzy myślący ludzie próbują już niespokojnie wyobrazić sobie naszą kulturę, której kiedyś zabraknie zaczynu Ewangelii.

Czy zabrnęliśmy w ślepą uliczkę? Czy mamy oczekiwać końca nie tylko chrześcijańskiej cywilizacji, lecz także samego chrześcijaństwa? Być może. Lecz nie końca chrześcijańskiej nadziei i wiary. Cywilizacja, w której żyjemy od mniej więcej pięciuset lat, jest cywilizacją prometejską, opartą w dużej mierze na ideałach samowystarczalności człowieka i jego niezależności od Boga. Ale człowiek prometejski, który pragnąłby całkowicie wyzwolić się z zależności od Stwórcy i sobie samemu przypisać absolutny sens — twierdzi Karl Barth, największy teolog reformowany XX wieku — nie jest w stanie zrealizować swoich pragnień. Bo Bóg nie byłby Bogiem, gdyby nie stanowił granicy niezależności człowieka.

Gdzie szukać tej granicy? Tam, gdzie poszczególni chrześcijanie, jak również cała chrześcijańska społeczność modli się słowami: „Przyjdź królestwo Twoje”. Ta modlitwa, włożona chrześcijanom w usta przez samego Chrystusa, dowodzi w przekonaniu Bartha „majestatu i wielkości innego królestwa, które jako królestwo Boga radykalnie różni się od królestwa nieładu, gdzie panują bezpańskie moce” i gdzie wszyscy jesteśmy poddanymi. Teraz, gdy bezpańskie moce, które człowiek jak uczeń czarnoksiężnika sam wypuścił w świat, coraz bardziej panoszą się w naszej kulturze, często braknie nam ducha i ogarnia nas bojaźń i drżenie.

Lecz chrześcijanom nie wolno nigdy zapominać o danej im przez Boga wolności zwracania się do Niego słowami „Przyjdź królestwo Twoje”. Bo kiedy tak zwracają się do Boga — powiada Barth — „stoją już tu i teraz na twardym gruncie, kiedy wszystko wokół nich i wszystko w ich sercach, sumieniach i w życiu chwieje się i upada”. Ta modlitwa dowodzi, że Bóg stawia opór złu, a panowanie bezpańskich mocy nie zawisło nad nami jak nieuchronny los. Choć królestwo Boże jest niepojętą tajemnicą, choć człowiek nie może i nie potrafi go ustanowić, jego modlitwa wskazuje na działanie Boga. To działanie poruszyło świat, kiedy Słowo stało się ciałem, i zawsze jest skierowane ku ludzkim duszom, zawsze w drodze ku sercu człowieka. Jest ciągle nowe, jak łaska Boga jest ciągle nowa. Bóg — mówi Barth — jest dla nas nowy każdego ranka, a Jego królestwo widać nie tam, gdzie On jest, lecz wtedy, gdy przychodzi.

Przychodzi spotkać człowieka i całą odrębną od niego rzeczywistość. Przychodzi nie po to, by objawić nową filozofię czy moralność, lecz jako miłosierny, pełen świętości Pan i Władca. Przychodzi i stwarza sprawiedliwość — mówi Barth — unicestwiając tym samym nierząd bezpańskich mocy, ujawniając je jako twory naszej wyobraźni, przywracając człowiekowi wolność władania swoimi własnymi zdolnościami, ustanawiając go ponownie panem ziemi i sługą Boga. Przychodzi zatem — pójdźmy nieco dalej tropem Bartha — by powołać na nowo związek wiary i kultury, która roi sobie, że jest duchowo samowystarczalna.

Nie mamy oczywiście żadnej gwarancji, że tak się stanie, nie możemy sprowokować interwencji Boga. Wolno nam jednak wierzyć, że przyjdzie, ponieważ uznajemy w Nim suwerennego Pana. Jego przyjście nie zależy od naszej woli i naszych osiągnięć; ogranicza historię człowieka z zewnątrz i rozciąga nad nią panowanie. Jest eschatologiczne.

Ale „eschatologiczne” nie znaczy zamknięte w przyszłości. Przyszłość — twierdzi Barth — wyszła już naprzeciw tym, którzy wzywają Boga tu i teraz. Świat, jaki nadejdzie, pojawił się w tym świecie. Zarówno przyszłość, jak i teraźniejszość są zawsze nowe, zawsze nieoczekiwane. Przyszłości możemy wyczekiwać, możemy jej także poszukiwać, ale nie jesteśmy upoważnieni, by ją ustanawiać. Możemy tylko zwrócić się ku Bogu, odemknąć okiennice naszych dusz i prosić Go, by nauczył nas „we wszystkim Go widzieć”. Jeśli opanujemy tę sztukę choćby w pewnej mierze, będziemy w stanie przenosić góry, a raczej pozwolimy Bogu, by przenosił je naszymi rękami. Dlatego modlimy się: „Przyjdź królestwo Twoje”.  


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: duchowość kultura religia wiara nauka ewangelicy Herman Dooyeweerd Jan Kalwin
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W