Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Iść tam, gdzie jest trudniej

Brat Alois, przeor Ekumenicznej Wspólnoty z Taizé:
Jezus podziwia otwarcie na dobro ludzi nieznających Boga. Jako chrześcijanie musimy z uwagą rozglądać się, gdzie Chrystus jest już obecny.

Joanna Bątkiewicz-Brożek: W centrum Reguły napisanej przez Brata Rogera, założyciela Wspólnoty z Taizé, jest Jezus. A kim jest Jezus dla Brata osobiście?

Brat Alois, przeor Wspólnoty z Taizé: Na początku Reguły Brat Roger pisze, że „jeśli jesteśmy razem, to tylko z powodu Chrystusa i Jego Ewangelii”. Dla mnie to wewnętrzne ciągłe wołanie: w centrum życia postawić Chrystusa. Bo w Nim Bóg daje się nam cały. Przychodzi, żeby żyć ludzkim życiem. Staje się biedny, poznaje cierpienie. Kocha i wybacza aż do końca. We wszystkich tych aspektach chcemy naśladować Jezusa, idąc razem, jako bracia. W pojedynkę nie da się tego zrobić. Jezus przyszedł, żeby łączyć, a nie żeby powoływać indywidualistów. Kościół Chrystusa ma być komunią. Jezus dał tego przykład, żyjąc razem z Dwunastoma.

W świecie funkcjonuje wiele wizerunków Jezusa. Jedni widzą w Nim jedynie postać historyczną. Inni myślą o Nim jako o żydowskim proroku, jeszcze inni jak o rewolucjoniście.

W rozległych regionach Afryki, np. u Masajów, Chrystus jest po prostu starszym bratem. Tak przecież mówili o Nim pierwsi chrześcijanie — jako o „pierworodnym między wielu braćmi i siostrami” (Rz 8, 29). Spotykając młodych ludzi z całego świata, widzimy z braćmi, że coraz więcej z nich ma trudności z uwierzeniem w Chrystusa Zmartwychwstałego, a więc w Ewangelię. Jezus jest niewidzialny, ale idzie cały czas obok każdego z nas, jest zatem postacią na wskroś realną. To wyzwanie dla chrześcijan: pokazać swoim życiem, że głęboko ufamy w niewidzialną obecność Chrystusa.

W kościele w Taizé wisi ikona „Jezus z przyjacielem”. Jej przesłanie może wydawać się trudne do przyjęcia: Bóg przyjacielem człowieka...

Ta ikona pochodzi z VI w. z Egiptu. Przedstawia Chrystusa z przyjacielem, mnichem Menacesem. Jezus obejmuje go za ramię i towarzyszy mu. Trzyma w ręce Pismo Święte, Menaces trzyma zaś niewielki rulon papieru. Jest przekaźnikiem Słowa Bożego w świecie, ale potrzebuje Chrystusa. Jezus powiedział przecież w Ewangelii: „Nie nazywam Was już sługami, ale przyjaciółmi”!

Ale co oznacza być przyjacielem Chrystusa?

Zaufać w pełni Jego miłości. Wiedzieć i wierzyć, że On mnie kocha i pragnie mojego szczęścia. Zaufać, że dzięki Niemu moje życie się wypełni. Jezus mówi: jestem z Tobą w największym cierpieniu. Być przyjacielem Jezusa to także zgodzić się na życie takie, jakim ono jest. Obecność Jezusa daje siły, by móc je zmieniać. To paradoks, ale jeśli człowiek nie zaakceptuje rzeczywistości, nie będzie w stanie jej przekształcać.

Wejście w relację przyjaźni z Jezusem musi dokonać się w pełni wolności, a zarazem zakładać wolę zrezygnowania z niej w każdej chwili. Jak napisał Brat w Liście z Kenii, po spotkaniu w Nairobi w ubiegłym roku: „W Jezusie więź z Bogiem i wolność nie są przeciwstawne, ale wzajemnie się umacniają”.

Jezus był wyzwolony. Z jednej strony postępował całkowicie w wolności, z drugiej zawsze czuł się blisko związany z Bogiem Ojcem. We wspomnianym liście piszę, że zaufanie Bogu nie przekreśla naszej wolności, a raczej pomaga nam przekroczyć samych siebie. W każdym z nas tkwi tęsknota za absolutem. Pragnienie miłości, nawet jeśli niewypowiedziane, pali każdego człowieka, od niemowlęcia po starca. Nawet największa bliskość drugiej osoby nie jest w stanie w pełni zaspokoić tego pragnienia. I często odczuwamy pustkę, która staje się przyczyną naszego rozbicia. Takie odczucia, które są integralną częścią ludzkiej istoty, są poniekąd darem, bo w nich kryje się wezwanie Boga, żeby człowiek otworzył swoje serce.

Jednak dzisiaj wielu, nawet w takiej sytuacji, odrzuca wiarę, sądząc, że na tym polega bycie wolną osobą. Nie chcą od nikogo być uzależnionymi. Tymczasem jeśli nie będziemy przynależeć w życiu do nikogo, nigdy nie będziemy w pełni wolni. Należeć do Boga, odwoływać się do Niego, żyć Nim nie oznacza ograniczenia naszej wolności — jest otwarciem się na wolność wzorem Jezusa.

Św. Augustyn pisał, że kiedy Bóg przychodzi do naszego życia, często zakłóca jego porządek, krzyżuje plany. „Jezus swoim życiem otwiera przed nami właśnie taką perspektywę”, czytamy w Liście z Kenii. To chyba jednak perspektywa dla odważnych.

Jesteśmy kochani, więc mamy na tyle odwagi, by ją przyjąć. Nie bójmy się, nawet gdy w naszym życiu nagle pojawi się burza. Kiedy nic nie układa się zgodnie z naszą wolą, Bóg jest obok. Nawet z przeciwnościami On jest w stanie zrobić coś dobrego.

Kiedy jest więcej przeszkód, kiedy wydaje się, że doszliśmy do ściany, mnożą się przeciwności, to właśnie taka sytuacja staje się okazją, by głośniej wykrzyczeć swoje racje. Brat Roger, kierując się takim przekonaniem, osiadł w Taizé. Mała wioska znajdowała się w pobliżu linii demarkacyjnej dzielącej Francję na dwie części. Było to dobre miejsce, by przyjmować uchodźców, głównie Żydów. Przecież o wiele łatwiej byłoby wówczas spokojnie mieszkać w rodzinnej Szwajcarii. Po co więc tak się narażać? Trzeba w życiu iść tam, gdzie jest trudniej, bo wtedy właśnie możemy stać się najbardziej twórczy. To otwiera przed nami perspektywę życia w pełni, odnalezienia piękna.

Która z przypowieści Jezusa jest Bratu najbliższa?

Myślę, że ta o Synu Marnotrawnym (Łk 15, 11-32), gdzie jest mowa o bezwarunkowej miłości. Czy jesteśmy w stanie kochać taką miłością jak ojciec, który zawsze czeka, ale jednocześnie pozostawia wolną wolę synowi, który odeń odchodzi? Ale kiedy wrócił, ojciec otwarł szeroko ramiona, „wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go”, a potem wyprawił ucztę. Łukaszowy tekst jest jednym z najpiękniejszych, jaki napisano o miłości Boga.

Z drugiej strony to tekst bulwersujący.

Zgadzam się. Bo ojciec okazuje się w pewnym sensie niesprawiedliwy wobec starszego syna, który nie roztrwonił majątku, a całe lata przy ojcu wiernie pracował. W tej przypowieści nie chodzi jednak o sprawiedliwość. Pomaga ona zrozumieć, że w Bogu każdy z nas odnajdzie radość bycia z Nim w komunii. Ci, którzy od zawsze z Nim przebywają, i ci, którzy oddalili się i mogą wrócić. Jezus chce nam powiedzieć: taki jest właśnie Bóg.

W wielu fragmentach Nowego Testamentu znajdujemy ostrzeżenia przed wywyższaniem się chrześcijan, bo samo bycie chrześcijaninem nie oznacza bycia lepszym. Należycie do Boga, mówi Pismo, ale Bóg kocha także innych, i to w ten sam sposób. Bóg przyjmuje każdy gest miłości. Nawet u kogoś, kto nie zna Chrystusa, pojedynczy gest miłości powoduje, że niespodziewanie łączy się on z Chrystusem. Nieświadomie. Kiedy odwiedzaliście chorych, więźniów, dzieliliście się chlebem z głodnymi. Jezus nie mówi w takich sytuacjach, że dzięki temu wejdziemy do nieba. Nie! Podkreśla jedynie: „Mnieście to uczynili”.

Wielu niewierzących dzisiaj jest rozczarowanych postawą chrześcijan.

Zadaniem chrześcijan jest przekazać światu prawdziwy obraz Boga. Jezus przyszedł na świat nie tylko po to, żeby dać świadectwo Królestwa, ale żeby uświadomić ludziom, że ono jest już pośród nich. Jezus mówi: popatrzcie na tę ubogą kobietę, ofiarowuje ostatnie denary. Uczniowie, którzy stoją obok Jezusa, nie zauważają jej — a tymczasem to esencja życia w Bogu. Dać wszystko, co się ma. Jezus idzie też do rzymskich żołnierzy i podziwia ich wiarę. W Ewangelii jest mnóstwo fragmentów, w których Jezus podziwia otwarcie na dobro ludzi nieznających Boga. Mamy więc dzisiaj dwa zadania: spoczywa na nas odpowiedzialność głoszenia Ewangelii oraz musimy z uwagą rozglądać się, gdzie Chrystus jest już obecny. Tam, gdzie Jego imię nie jest wypowiadane, ale jest miłość i poświęcenie — On już tam jest.

Trochę jak ta Samarytanka, która podała wodę Jezusowi, nie oczekując na przyjście Proroka, nie wiedząc, że to Mesjasz.

I proszę zobaczyć, co Jezus mówi do niej w pierwszych słowach: „Daj mi pić”, a nie „Ty jesteś Samarytanką i masz inne poglądy”. To On potrzebuje czegoś od niej. Chce powiedzieć przez to: „każdy człowiek może mi coś w życiu dać; ja tego potrzebuję”. Nie ma znaczenia, iż Samarytanka nie odkryła, że to Mesjasz. Jezus przychodzi więc po cichu, ale bezwarunkowo, szuka miłości. Jeśli ją znajduje, cieszy się i zostaje.

Jezus oczekuje od nas poświęcenia?

Być może to słowo wydaje się współcześnie nie do przyjęcia, zbyt mocne. Lepiej kiedy mówimy o „rezygnacji z czegoś” przez miłość do Jezusa. Dzisiaj szczęście postrzegane jest w kategoriach posiadania wszystkiego, czego tylko człowiek zapragnie. Taka postawa ogranicza zdolność do kochania. Kochać naprawdę można tylko, jeśli jest się gotowym do rezygnacji z czegoś. Z rzeczy często pięknych, z obfitości, czasem i z tego, co wydaje się, że zapewnia nam rozwój osobowy czy zawodowy. Tylko gotowość do rezygnacji pozwala odnaleźć prawdziwą miłość w sobie i do innych. W naszych społeczeństwach komfort materialny stał się ważny na tyle, że często zapominamy o znaczeniu Stworzenia i nie potrafimy już znaleźć właściwej równowagi w relacjach międzyludzkich. Musimy nauczyć się dzisiaj umiejętności odmawiania w imię największego szczęścia i prawdziwej Miłości. To jedno z najpilniejszych zadań we współczesnym świecie. Kiedy mówi się o tym np. dzieciom, one świetnie to rozumieją. Żeby prawdziwie kochać i być razem, trzeba czasem powiedzieć „nie”.

W Ewangelii Jezus mówi, że przyszedł na ziemię nie po to, by dać pokój, a przeciwnie, zasiać niezgodę.

To jedno z trudniejszych zdań w Ewangelii. Jeśli oderwiemy je od kontekstu, jest niezrozumiałe. Jezus mówi tak niedługo przed swoją śmiercią, kiedy widzi, że jest odrzucany, że wielu jest przeciw niemu. Musi to zaakceptować, przejść przez to, żeby na siebie wziąć całą nienawiść ludzkości. To kontrowersyjne zdanie Jezusa dobrze jest zobaczyć w połączeniu ze zdaniem św. Pawła z Listu do Efezjan, że Jezus jest naszym pokojem, to On zniweczył nienawiść. Jezus przynosząc pokój, nie zaciera i nie wymazuje wszystkich trudności, przeciwnie, trzeba, żeby podziały się uwidoczniły, żeby ujawniła się nienawiść w ludzkich sercach. Po Zmartwychwstaniu może powiedzieć: „Pokój niech będzie z Wami”. Zaczyna się nowy okres dla ludzkości, my też w nim bierzemy udział. Świat współczesny jest poraniony przez podziały i niesprawiedliwość. Ale ufając Chrystusowi, wiemy, że to nie jest ostatnie słowo. Ostatnim słowem jest pokój Chrystusa.

Inne Jezusowe zdanie, którego sens trudno od razu uchwycić, to: „Tam, gdzie jest twój skarb, tam też i serce twoje”.

Dla mnie to zaproszenie do dokonania wyboru w życiu. Dla nas w Taizé to wybór radości, prostoty i miłosierdzia. Te trzy słowa zostawił nam Brat Roger w naszej Regule, ale trzeba je przyjąć świadomie. Naszym wyborem może być radość, która bierze się np. z dawania innym spontanicznie tego, co posiadamy. Tego chce od nas Chrystus. Wyraźnie mówi o tym w Błogosławieństwach. Domaga się też prostoty i miłosierdzia względem innych. W oczach Jezusa są to najcenniejsze skarby w naszym życiu. To trudny wybór, ale zawsze można go ponawiać. Bo nasze serce wybierając taki skarb, będzie blisko Chrystusa.

Słowo „radość” jest dominujące w Regule Wspólnoty. Skąd taki wyraźny akcent?

Przecież chrześcijaństwo nie jest religią smutną. Jezus przyszedł, żeby dać nam radość. Dlatego też tak mocno przeżywa z nami cierpienia. Nawet w trudnych sytuacjach przypomina o tym, że cierpienie nie jest ostatnim słowem.

Tymczasem w wielu naszych kościołach panuje smutek i przygnębienie.

Dzisiaj być może zostały zachwiane proporcje. Ale obserwujemy tysiące młodych ludzi, którzy od ponad 40 lat przyjeżdżają spędzić na naszym wzgórzu w Taizé przynajmniej tydzień. Wyjeżdżają, tryskając radością. Tej radości doświadczają i uczą się nią żyć, kiedy pracują razem, śpiewają na modlitwie, kiedy tańczą i mogą wypić kieliszek wina na koniec dnia. Ale każdy z nich nosi brzemię. Wielu przychodzi do nas po wieczornej modlitwie, żeby zrzucić z siebie ciężar nie do uniesienia, opowiedzieć o trudnościach w życiu, o problemach, cierpieniach. Najczęściej problemy te dotyczą bezpośrednio życia w rodzinie, gdzie tak wiele młodych osób czuje się nieakceptowanych, niekochanych; lub trudności z akceptacją choroby czy śmierci kogoś z bliskich. Te ciężary nie umniejszają jednak ich radości. Nie trzeba bowiem dorzucać swojego smutku do cierpień tego świata.  

Rozmawiała
Joanna Bątkiewicz-Brożek

BRAT ALOIS (ur. 11 czerwca 1954 r. w Bawarii) jest we Wspólnocie z Taizé od 35 lat, a jej przeorem został po śmierci Brata Rogera, w sierpniu 2005 r. Jest katolikiem, z pochodzenia Niemcem, od roku 1984 posiada obywatelstwo francuskie.


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: miłosierdzie komunia radość prostota niewierzący chrześcijanie Taize brat Roger brat Alois Wspólnota z Taize jednoć
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W