Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Piotr Sikora

Trud niespoczywania na laurach

W Kościele w Polsce są tacy, którzy nie szukają, gdyż są przekonani, że już prawdę znaleźli.
Oraz ci, którzy nie szukają,
bo nie wierzą, że poszukiwanie Ostatecznego może mieć jakieś znaczenie dla codzienności.

Szukajcie zawsze Jego oblicza” — ów pojedynczy wers psalmu 105. wyraża myśl, która, niczym złota nić, przewija się przez całą historię Izraela i Kościoła. Twarz to najbardziej osobista część ciała. Patrząc w nią, rozpoznajemy daną osobę. Rysy twarzy mogą zdradzać wiele cech charakteru, pozwalają domyślać się historii życia, ujawniają nastrój, emocje, uczucia. Spotkanie twarzą w twarz to najlepsza sytuacja, by nawiązać i pogłębiać międzyosobową relację.

Odnaleźć i rozpoznać oblicze Boga znaczyłoby zatem rozpoznać Jego tożsamość (oto On, nie kto inny), dowiedzieć się, jaki jest, lecz także: znaleźć się w najbardziej bezpośredniej z Nim relacji. Czyż nie powinno to być celem człowieka?

Wezwanie psalmisty nie mówi jednak nic o odnalezieniu oblicza Bożego, lecz o nieustannym poszukiwaniu:  szukajcie zawsze. Chodzi o szukanie, które nie może zakończyć się znalezieniem. Biblia ostrzega: nikt nie może zobaczyć Boga twarzą w twarz i pozostać żywy (por. Wj 33, 20). Nikt z żyjących nie może oblicza Bożego odnaleźć. Stoimy wobec niezgłębionej Tajemnicy. Pozostaje nieustanne poszukiwanie jako cel. Zaprzestanie szukania jest niewiernością wobec natchnionego słowa.

Zaprzestać poszukiwań można z dwojakiego powodu. Po pierwsze, gdy straci się zainteresowanie szukanym przedmiotem, np. zagubi wiarę w sens poszukiwań. Po drugie, kiedy się już znajdzie to, czego się szukało. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj w Kościele w Polsce (i nie tylko) wezwanie psalmisty do nieustannego szukania nie jest słyszane, złota nić się rwie, tradycja poszukiwania Mądrości i zgłębiania Tajemnicy została nadwątlona. Przestajemy zaś szukać z obydwu wskazanych wyżej powodów.

Podróż w nieznane

Gdy patrzy się na współczesny Kościół w Polsce, coraz wyraźniej widać tych, którzy nie szukają, gdyż są przekonani, że już znaleźli. Uznają, że będąc katolikami, są w posiadaniu prawdy jasno określonej w doktrynie Kościoła: Roma locuta, causa finita. W zamęcie relatywizmu powinniśmy bronić prawdy, którą znamy, i głosić ją światu. Wiara mocna, misyjna to gotowość „obrony jasnej pewności” i głoszenie gotowych odpowiedzi.

Z drugiej strony są ci, którzy — sądząc po tym, co mówią i piszą — nie zawracają sobie głowy szukaniem Ostatecznego. I nie chodzi tu wyłącznie o zwolenników „letniego” relatywizmu, przekonanych, że w tej eterycznej sferze „wszystko ujdzie”, a w gruncie rzeczy szkoda na nią czasu. Chodzi również o tych, którzy wierzą w istnienie ostatecznej Prawdy, lecz postępują tak, jak gdyby sądzili, że są to kwestie trudne do pojęcia i, w gruncie rzeczy, odległe od codziennego doświadczenia. Sprawy religijne liczą się dla nich, lecz są to głównie kwestie władzy i zasad moralnych.

Postawa taka jest obecna zarówno w środowiskach konserwatywnych, wśród hierarchii, jak i w kręgach „progresywnych”. Ich świadomość nurtują pytania: kto i w jakim stopniu powinien decydować o obsadzaniu stanowisk kościelnych? Jakie kompetencje powinny mieć odpowiednie gremia i osoby? Jakie są właściwe źródła i wysokość dochodu osób „duchownych”? Czy należy (lub, broń Boże, nie wolno) zmienić taki lub inny fragment „kodeksu moralnego” lub przepisów kościelnych? Czy instytucja religijna może mieć jakiś wpływ na kształt państwa?

Nie przeczę, że są to kwestie ważne, mające wpływ na wiele codziennych spraw. Ale czy nie zajmują nieproporcjonalnie wiele miejsca w listach pasterskich, kazaniach, medialnych dyskusjach i bardziej kameralnych rozmowach toczących się w gronie rodziny i znajomych?

Mógłby ktoś oponować, że niektórych z wymienionych wyżej spraw, zwłaszcza kwestii norm moralnych, nie można zdegradować do rzeczy drugorzędnych. W odpowiedzi można wskazać na różnicę w dwojakim pojmowaniu chrześcijańskich zasad postępowania. Z jednej strony jako kodeksu jasno określonych nakazów i zakazów, których przestrzeganie służy zachowaniu ładu. Z drugiej strony jako drogi do pełni człowieczeństwa, do doskonałości i mądrego przeżywania swojej egzystencji. Jak zaś stwierdza św. Grzegorz z Nyssy (Ojciec Kościoła wyczulony na biblijne wezwanie do nieustannego poszukiwania), „na tym polega prawdziwa doskonałość, aby nigdy nie zatrzymywać się we wzrastaniu ku temu, co lepsze, i nie wyznaczać doskonałości jakiejś granicy”. W życiu chrześcijańskim nie chodzi o poprawność. Chodzi o nieustanny rozwój osobistych zdolności, o drogę, która posiada do pewnego stopnia określony kierunek, ale która wiedzie w nieznane i nie może być wyznaczona ani opisana z góry przez ogólne przepisy.

Sformułowanie „w nieznane” jest tu kluczowe. Nieustanne wzrastanie dotyczy bowiem, przy­­po­mina tenże Grzegorz, również poznania Boga: „Jeden jest tylko sposób postrzegania przewyższającej wszelki umysł mocy, to znaczy nieskupianie się na tym, co już zostało zrozumiane, ale nieustanne szukanie czegoś więcej od tego, co się rozumie, i niezatrzymywanie się nigdy”.

Wbrew przekonanym, że znajomość katolickiej doktryny jest równoznaczna z posiadaniem prawdy, żadne symbole i słowa, nawet słowa Pisma i dogmatów, nie są opisem odnalezionego Bożego oblicza, raz na zawsze gotową odpowiedzią na najważniejsze pytania. Skoro są ludzkimi słowami, nie wymykają się hermeneutycznej regule, zgodnie z którą zrozumienie jest zawsze interpretacją, ta zaś jest perspektywiczna i uwarunkowana przez okoliczności, a zatem nigdy nie jest ostateczna. Tym bardziej prowizoryczny i niedoskonały charakter mają takie symbole i słowa, gdy — skończone — usiłują wyrazić Nieskończonego. Raczej drogowskazy niż portrety, spełniają swą rolę, gdy pozostawiamy je za sobą. Choć są potrzebne, by nie pobłądzić, nie można przy nich się zatrzymać.

Żywa ortodoksja

Wizja dynamicznej ortodoksji nieobca jest oficjalnej samoświadomości Kościoła. W soborowej Konstytucji o Objawieniu Bożym czytamy: „Wzrasta bowiem zrozumienie tak rzeczy, jak i słów przekazanych, już to dzięki kontemplacji oraz dociekaniu wiernych, którzy je rozważają w sercu swoim (por. Łk 2, 19. 51), już to dzięki doświadczalnemu pojmowaniu spraw duchowych, już to znowu dzięki nauczaniu tych, którzy wraz z sukcesją apostolską otrzymali niezawodny charyzmat prawdy. Albowiem Kościół z biegiem wieków dąży stale do pełni prawdy Bożej, aż wypełnią się w nim słowa Boże” („Dei verbum”, 8). Czy jest to jednak wizja kształtująca naszą kościelną codzienność?

Czy nauczanie biskupów rzeczywiście służy coraz głębszemu wnikaniu w ostateczną Tajemnicę świata i naszego życia, rzeczywiście prowadzi w nieskończonym poszukiwaniu ostatecznego Sensu? A gdzie nasza pasja w dociekaniach? Czy łatwo znaleźć miejsca i grupy zgłębiające Pismo i Tradycję bez pragnienia bezpiecznego określenia własnej tożsamości, ustalenia jedynego właściwego obrazu Boga i świata? Wspólnoty, których członkowie myślą, dyskutują, interpretują nie skupiając się na tym, co już zrozumiane, lecz kwestionując swą aktualną samoświadomość i nieustannie szukając czegoś więcej? Ludzi podążających kontemplacyjną drogą, jaką opisywał m.in. św. Jan od Krzyża: wędrujących „nocą”, porzucających wszelkie obrazy, pojęcia, drogowskazy, niebojących się iść tam, gdzie nie ma już żadnej drogi, dla których pewność wiary nie wiąże się ze znajomością ostatecznych formuł, lecz z ufnością, iż „nie opuszczasz Panie tych, którzy Cię szukają” (Ps 9, 11b), że nie trzeba się bać wiecznego szukania, gdyż zostało się znalezionym?

Zapewne są tacy ludzie, wspólnoty i miejsca. Tylko rzadko rzucają się w oczy, często o sobie nawzajem nie wiedzą. Jednak „Pan spogląda z nieba na synów ludzkich badając, czy jest wśród nich rozumny, który szukałby Boga” (Ps 14, 2). Bo Kościół, Ecclesia — to wspólnota zwołana przez Pana jako poszukiwanie.        

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: duszpasterstwo wspólnoty parafia Katolicy laikat kazania wierni poszukiwanie prawdy samoświadomość Kościoła listy pasterskie dyskusje medialne