Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


O. Wacław Oszajca SJ

Czas szczęśliwie miniony

Gdyby nie było Soboru, pewnie i nas nie byłoby w Kościele, przynajmniej w takim Kościele, jaki zastaliśmy. Czego mieliśmy dość w tamtych czasach?

Patrzę na Sobór z perspektywy pokolena '68, które w tamtym okresie dochodziło do używania rozumu. Przed Soborem w Kościele zniechęcała nas przede wszystkim przecudna bezduszność, której przykładem była dla nas ówczesna liturgia. Najpierw język. Łacina. W zasadzie nie był przeszkodą, gdyż poza Mszami śpiewanymi i tak się niczego nie słyszało. Cała Msza odbywała się na zasadzie zgaduj-zgadula. Ksiądz, odwrócony plecami do zgromadzonych, coś tam szeptał do ministrantów. A to się odwracał twarzą do nas, a to składał i rozkładał ręce, coś tam tymi rękoma przebierał na ołtarzu, jakieś krzyżyki robił, ministranci dzwonili raz krócej, raz dłużej, a w tym czasie ludzie w kościele śpiewali pieśni, odmawiali różańce i litanie albo próbowali dopasować obrazki z książeczek do nabożeństwa do tego, co działo się przed ołtarzem.

Obcy

Na przykład ukazanie po konsekracji Hostii i kielicha było zilustrowane obrazkiem przedstawiającym ukrzyżowanie. Żartowaliśmy na seminarium z liturgiki z tych alegorycznych objaśnień obrzędów mszalnych, mówiąc, że obrzęd umycia rąk przez celebransa trzeba odnieść do biblijnej sceny obmycia rąk, ale przez Piłata. Jednym słowem, niezbyt wyraźnie, ale coraz mocniej, odczuwaliśmy, że na takiej Mszy nie ma dla nas miejsca.

Z jednej strony chcieliśmy brać udział w liturgii, z drugiej zaś czuliśmy się na niej jak nieproszeni goście. Innego zdania był oczywiście proboszcz. Po kazaniu, jeśli takowe było, a bywało z rzadka i po tak zwanej ostatniej ewangelii, proboszcz zdejmował z siebie ornat i ruszał na kościół zbierać tacę.

Kiedy więc odwrócono ołtarz i księdza, i ustawiono twarzą do kościoła, kiedy zaczęliśmy razem i po polsku odmawiać części stałe mszy, a potem usłyszeliśmy i kanon po polsku, poczuliśmy się u siebie. Wreszcie Msza zaczęła nas łączyć i zarazem stanowić nową trudność — stojący obok mnie uczestnik Mszy naraz się urealnił, przestał być obcy. Przestaliśmy też zazdrościć heretykom.

Z heretykami na strychu o dziewictwie

Rzym w tamtych czasach był daleko, dla licealisty i kleryka z lat sześćdziesiątych niewyobrażalnie daleko. Koszt wyjazdu ogromny, paszport praktycznie niemożliwy do zdobycia. Co się tam dzieje na Soborze dowiadywaliśmy się ze „Słowa Powszechnego”, „Za i Przeciw”, z „Przewodnika Katolickiego” i przede wszystkim „Tygodnika”. Że z „Powszechnego” nie trzeba było dodawać, każdy wiedział, o jaki tygodnik chodzi. Tyle tylko że aby zdobyć prenumeratę, trzeba było czekać aż ktoś, czyli aktualny prenumerator, proszę wybaczyć, umrze. Mimo to sporo wiadomości do nas docierało, a jak ktoś się postarał, to sporo wiedział.

I takich starających się było sporo. W Lublinie na przykład szarytka s. Stanisława Andronowska — powiedzieć: zaangażowana w Sobór, co jednocześnie znaczyło ekumenizm, to zbyt mało. Trzeba powiedzieć: zauroczona Soborem. Dzięki niej zaczęliśmy poznawać heretyków nie tylko w świetle prawa kanonicznego, ale od zupełnie innej strony i w całkiem niespodziewanych miejscach. Na przykład w niewielkim pomieszczeniu na strychu plebanii parafii kościoła ewangelicko-augsburskiego. Gromadziła się tam młodzież ze Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego. Spotkania z nimi, z ich sposobem modlenia się, pozwoliło... właściwie zmusiło niejednego z nas do nowego spojrzenia na naszą tradycję kościelną, na to, co w niej istotne, na modlitwę i dogmaty.

Na którymś ze spotkań z nie lada jaką odwagą zaczęliśmy rozprawiać o dziewictwie Maryi, jej niepokalanym poczęciu, dziewiczym narodzeniu Jezusa. Dla katolików chleb powszedni, ale dla naszych braci odłączonych, do wczoraj jeszcze heretyków, już nie. Ten temat był dla nich krępujący. Widać było, że trochę na przymus, czy z grzeczności, podejmują co prawda rozmowę, ale z wielkim zażenowaniem. Te zagadnienia, dla nas dogmaty, miały dla nich charakter nazbyt intymny, by o nich rozmawiać o tak, jakby się rozmawiało o chrzcie, niebie, piekle czy nawet czyśćcu.

To ich onieśmielenie wiele nas, katolickich kleryków i prezbiterów, nauczyło. Z perspektywy dłuższego czasu można powiedzieć, że nauczyło ekumenicznej, czyli chrześcijańskiej pokory. Po latach tak tę postawę nazwie bł. Jan
Paweł II: „Człowiek jest drogą Kościoła”. Jeśli tak, to Kościół, idąc tą drogą, musi uważać uważać na innych jej użytkowników. A ponieważ ta droga nie jest autostradą, ale raczej ścieżką, i to pod wysoką, stromą górę, nic dziwnego, że każdy wspina się, jak potrafi. Wydaje się, że trochę u nas w Polsce o tym, iż ta wyprawa na Górę Pana jest wspólnym wędrowaniem, zapominamy.  

Tymczasem wędrujący po górach, jeśli są porządnymi wędrowcami, przestrzegają żelaznej zasady stanowiącej, że najmocniejszy z uczestników wyprawy idzie na końcu grupy. Co znaczy, że dostosowuje się do możliwości najsłabszego. Mało kiedy o tym jednak pamiętamy. Nawet jeśli zapraszamy starszych innych Kościołów i religii na uroczystości, to sadzamy ich gdzieś tam z boku i mało kiedy pozwalamy przemówić. Rzecz drobna, ale znacząca. A przecież uznaliśmy ważność chrztu udzielanego w naszych Kościołach, a to znaczy, że uznaliśmy siebie za ludzi tej samej drogi. Z tego jednak wynika, że Drugi Sobór Watykański jeszcze się nie skończył, przeciwnie — trwa, skoro wciąż nam jeszcze daleko do spełnienia tego, co już uchwalono.

Durny subdiakon

Na wspomnianym luterańskim strychu zderzyliśmy się również z innym od naszego sposobem modlitwy. Wtajemniczono nas w naszym kościele w medytację, zapoznano ze skomplikowanym sposobem odmawiania brewiarza i innymi praktykami modlitewnymi. Nasi ewangeliccy rówieśnicy natomiast do modlitwy nie potrzebowali żadnych tego typu pomocy, nawet Biblii. Po prostu, własnymi słowami mówili wprost do Boga, do tego stojąc, a nie klęcząc. Mówili tak, jakby Bóg był tuż obok, na wyciągnięcie ręki, jakby mówili do kogoś sobie najbliższego. Dzisiaj taki sposób przebywania z Bogiem nikogo już nie dziwi, wtedy była to nieomal profanacja. Nie wiem, czy przetrzymałbym późniejsze życiowe perypetie, czy brewiarz i Msza wystarczyłyby do wyjścia z niejednej trudnej „przygody” nie tylko cało, ale jeszcze z zyskiem, gdyby nie ów protestancki strych i przykład modlitwy z serca do serca.

Tak to, na razie bardziej intuicyjnie niż rozumowo, chwytaliśmy trop, który zaprowadził nas później do Karla Rahnera, a przez niego do nowego odczytania Biblii już nie w kluczu filozofii greckiej, ale w jej pierwotnym, żydowskim duchu i treści. Zdaje się, że bardziej pasującym, bo lepiej odpowiadającym na pytanie nie tylko o los, przeznaczenie duszy, ale całego człowieka.

Gdyby nie było Soboru, pewnie dzisiaj również, jak dawniej, rozśmieszyłby nas taki oto obrazek. Podczas Mszy pontyfikalnej diakon, przekazując znak pokoju kanonikom zasiadającym w stallach i przeważnie odmawiającym brewiarz, zapomniał się i zamiast w milczeniu podać jednemu z nich pacyfikał do pocałowania, powiedział do niego: „Pax tecum!”. W odpowiedzi usłyszał: „Dureń!”. Śmieszne? Gdyby nie Sobór, wypowiadając słowa konsekracji, dalej trzęślibyśmy się ze strachu nad każdym słowem, bo najmniejszy błąd unieważniał Mszę. Dalej też utrzymywalibyśmy pseudodogmat o limbus puerorum, czyli o tym, że dusze zmarłych nieochrzczonych dzieci nie są, co prawda, strącane do piekła czy wysyłane do czyśćca, ale przebywają w jakimś miejscu, o którym jedno można powiedzieć: że szczęścia to tam nie ma, choć i nie ma cierpienia.

Oj mocno, dawał się nam we znaki ów, jak się to dzisiaj mówi, magiczny sakramentalizm i rzymskokatolicki ekskluzywizm. Na czym polega ów sakramentalizm, mówi stary dowcip. Zakonnicy zebrali się w chórze i pięknie śpiewają brewiarz. Nagle rozpętała się burza. Pioruny walą raz za razem, wicher zrywa poszycie kaplicy, woda cieknie po ścianach — głos więźnie w gardle. Gdzie szukać ratunku? Wtem odzywa się opat: „Ojcowie, zostawmy brewiarz, zacznijmy się modlić”.           

Przed tak
wielkim majestatem

Gdyby nie było Soboru i gdyby dzisiaj przyszło nam „złożyć wizytę w sprawie urzędowej księdzu biskupowi”, to wizyta ta miałaby następujący przebieg: „Wchodząc do pokoju, w którym (biskup) przyjmuje interesantów, żegnamy się wodą święconą, umoczywszy palce w kropielniczce przy drzwiach wejściowych. Gdy kropielniczki nie ma, tuż po zamknięciu drzwi kłaniamy się głęboko, a następnie mówimy: »Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!«. Pierścień biskupi całujemy przyklękając na jedno kolano. (...) Zakończywszy rozmowę (...) żegnamy się z księdzem biskupem, a wychodząc, od drzwi składamy ponownie głęboki ukłon. Przeżegnanie się wodą święconą kończy naszą wizytę” (Ks. L. Jeżowski, „Urbanitas sacerdotalis”, Poznań 1962).

Starszych od nas nie dziwiło takie zachowanie wcale, nas trochę dziwiło. Ich i nas uczono, że pastorom i nawet popom nie przysługuje tytuł ksiądza, tym bardziej biskupa, gdyż nie są oni prawdziwymi kapłanami, a tylko ministrami. Kiedy tymczasem, widząc jak sprawują oni liturgię i jak wierni ich Kościołów biorą w niej udział, nie pomijając sprawy sukcesji, musieliśmy przyznać rację jedynemu Kapłanowi, Chrystusowi, który obiecał, że tam, gdzie się zgromadzi z Jego powodu dwóch albo trzech, również On tam będzie.

Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, Sobór zwoływano przecież nie po to, by psuć Kościół, ale by go ratować. Jan XXIII i jego zwolennicy postępowali przecież zgodnie z Tradycją, ale żywą, służącą rozwojowi, a nie konserwowaniu tego, z czym należało się rozstać. Takie podejście nie było czymś niespotykanym w dziejach Kościoła. Ignacy z Loyoli, właśnie on, mówi w „Ćwiczeniach duchowych”, że owszem potrzebna jest znajomość Ojców Kościoła, ale jeszcze bardziej teologów scholastycznych, takich jak Tomasz z Akwinu, Bonawentura i Mistrz Sentencji, czyli Piotr Lombard, gdyż oni trafniej, mówiąc po naszemu, odczytują znaki czasu.

Cóż poradzić, po paru wiekach scholastyka też się zestarzała i dlatego trzeba było poszukać nowych słuchawek, które umożliwiłyby usłyszenie tego, co Duch mówi Kościołowi. Kościół żyje więc od soboru do soboru i wciąż, z lepszym lub gorszym skutkiem, zmaga się z tym samym znakiem zapytania, jakim jest Bóg, człowiek i świat. Dzisiaj już wiemy, dzięki Soborowi, że nie zmagamy się sami, ale razem z wyznawcami innych religii i ateistami. Wiemy też, że wynik tych zmagań jest i pozostanie tylko częściowo zadowalający. Ta pokora wobec rzeczywistości jest największym osiągnięciem ostatniego Soboru. Ilekroć Kościoły o tym zapominały, wtedy zaczynały płonąć stosy. A przecież: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni będą oglądać Boga”. Już, teraz.  


opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Sobór Watykański II Vaticanum II bracia odłączeni heretycy dziedzictwo soboru język łaciński liturgia łacińska