Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Adam Boniecki z Rzymu

Piotr Rzymianin

Kościoła się nie zrozumie patrząc nań jedynie w kategoriach instytucji jak inne: zarządzania, finansów, władzy.

Gdy papieski helikopter oder­wał się od płyty małego heliodromu w Ogrodach Watykańskich, rozległ się melodyjny dźwięk dzwonów wszystkich kościołów Rzymu. Tak jak wtedy, kiedy zmarł Jan Paweł II, i jak wieczorem 19 kwietnia 2005 r., kiedy ogłaszały wybór jego następcy – Benedykta XVI.


Rano tego dnia Benedykt XVI spotkał się z kardynałami i biskupami – szefami rzymskich dykasterii (byli też obecni papiescy ceremoniarze). Tak jak w ciągu ostatnich kilku dni, Benedykt nie wspominał „brudów w Kościele”, nie mówił o podziałach, rywalizacji, karierowiczostwie i innych plagach, lecz dziękował za wierną współpracę w kierowaniu łodzią Kościoła. Mówił o swoim wewnętrznym spokoju: „Jest we mnie w tej chwili wielkie zaufanie, bo wiem, każdy z nas wie, że Słowo Prawdy Ewangelii jest siłą Kościoła, jest jego życiem. Ewangelia oczyszcza i odnawia, przynosi owoce, gdziekolwiek wspólnota wierzących je słyszy i przyjmuje łaskę Bożą w prawdzie i w miłości. To jest moja ufność, to jest moja radość”.

Papież wyraźnie pozostawał pod wrażeniem środowej audiencji pożegnalnej. Zacytował Romana Guardiniego, że „Kościół nie jest instytucją wymyśloną i stworzoną przy stoliku, ale czymś żywym. Żyje on w ciągu dziejów, stając się, jak każda istota żywa, przekształcając się. Jednakże w swej naturze pozostaje taki sam. Jego sercem jest Chrystus”. I odniósł te słowa do spotkania z ludźmi na placu, których nie obchodzą spory w Kurii Rzymskiej i którzy przyjechali z całego świata, bo w papieżu widzą po prostu następcę św. Piotra i przedstawiciela Chrystusa. To jest prawdziwy Kościół. „To było nasze doświadczenie, jak mi się wydaje, wczoraj na placu św. Piotra. Dostrzeganie, że Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego, i naprawdę żyje mocą Boga. Jest on w świecie, ale nie ze świata. > Jest Boga, Chrystusa, Ducha Świętego – widzieliśmy to wczoraj”. I jeszcze raz zacytował Guardiniego: „Kościół budzi się w duszach”. Te słowa pokazują właściwą perspektywę postrzegania Kościoła, którego się nie zrozumie patrząc nań jedynie w kategoriach instytucji jak inne: zarządzania, finansów, władzy.

Kończąc Papież zapewnił o swej bezwzględnej czci i posłuszeństwie wobec następcy („który już jest wśród was, czyli wśród członków Kolegium”) i ponad godzinę, stojąc, żegnał się z każdym ze 144 obecnych, wymieniając z każdym kilka słów.

Nie były to słowa zdawkowe. Abp Zygmunt Zimowski, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Chorych i Służby Zdrowia, mówił mi, że żegnając się Benedykt wspomniał o liście, który otrzymał od jego dykasterii. Niektórzy dziennikarze pilnie notowali, kogo Papież objął, komu położył ręce na ramiona (kardynałowi Dziwiszowi), komu tylko podał rękę, a także to, kto całował papieski pierścień, a kto nie, i wyciągali z tego daleko (chyba zbyt daleko) idące wnioski.


Po południu na placu św. Piotra zgromadziło się sporo ludzi. Jedni spoglądali w zamknięte okno papieskiego apartamentu, inni w niebo, oczekując helikoptera. W telewizji pokazano Benedykta XVI, który wsparty na lasce opuszcza Watykan: idzie korytarzem, przekracza drzwi, wychodzi na Cortile San Damaso, pozdrawia żegnający go tłumek pracowników i mieszkańców Watykanu, oraz papieskiego kierowcę, który z płaczem ucałował pierścień. Mogliśmy mu towarzyszyć na krótkiej trasie przejazdu przez ogrody, podczas wsiadania do helikoptera, a nawet w czasie przelotu, bowiem inny helikopter z kamerą towarzyszył tej niecodziennej podróży.

Wszystko to bez patetycznych czy wzruszających gestów, bez przemówień: z prostotą taką, jaka cechowała każdy papieski wyjazd. Sam papież spokojny, pogodny. Lekko wspierał się na lasce, ale nie tak, jak się wspiera człowiek, który bez laski nie może chodzić.

Co czuł, co myślał w tym momencie? Trudno to było wyczytać ze spokojnej twarzy Benedykta. W Castel Gandolfo także powitał go dźwięk dzwonów i tłum przed papieskim pałacem. Kiedy wyszedł na balkon, po raz ostatni ozdobiony dywanem z jego papieskim herbem, nie miał napisanego tekstu. (Tu nawias: zapowiadano, że Benedykt nie wygłosi żadnego przemówienia do kardynałów, jedynie ich pożegna, jednak miał tekst napisany, prawdopodobnie w ostatniej chwili, nie dostarczono go bowiem dziennikarzom). Zaimprowizował ciepłe, krótkie pozdrowienie. Zachwyt nad „otaczającą nas pięknością stworzenia” (miał przed oczyma widok na wzgórza i ciemne, wulkaniczne jezioro Albano), i zaraz potem: „Wiecie, że ten mój dzień jest inny od dni poprzednich: nie jestem już Najwyższym Kapłanem Kościoła katolickiego” – i natychmiast się poprawił: „do ósmej wieczór jeszcze nim będę, potem już nie”. I dalej: „jestem po prostu pielgrzymem, który zaczyna ostatni etap swojej pielgrzymki na tej ziemi”...

W tym przyspieszonym „nie jestem już” wyraziło się napięcie ostatnich dni i godzin. Jakże musiał czekać na tę chwilę. Dla Benedykta Castel Gandolfo oznaczało zakończenie tego rozdziału jego historii.


Kiedy nieco po godzinie 19 szedłem przez plac św. Piotra, zauważyłem światło w oknach papieskiego apartamentu. Kto tam łazi i czego szuka? Do rozpoczęcia sede vacante, a więc do zapieczętowania apartamentu i prowadzącej doń windy pozostała jeszcze niemal godzina. Ledwo to pomyślałem, światło w papieskim oknie zgasło.

Moment rozpoczęcia sede vacante niczym się nie wyróżnił. Papieska gwardia w Castel Gandolfo opuściła posterunki i zatrzasnęła wrota pałacu. Cóż, historyczne wydarzenia nie muszą być spektakularne.

Tak zaczął się czas oczekiwania na nowego papieża. Przysłowie powiada: „Umarł król, niech żyje król”. Tym razem „król” żyje, choć umarł dla świata. Dziekan Kolegium Kardynalskiego kard. Angelo Sodano w sobotę rano rozesłał do elektorów zaproszenia na konklawe.

Nazwiska papabili się pojawiają, ale – jak słusznie twierdzi świetny watykanista Andrea Tornielli – nikt nic nie wie, nawet kardynałowie. Nie wiedzą z pewnością i ci, którzy twierdzą, że wiedzą. Tymczasem konstruuje się „roboczy portret” przyszłego pontifexa. Wielu powołuje się na słowa kard. Kaspera, cytowane przeze mnie w poprzedniej korespondencji, że ma to być człowiek o głębokiej duchowości, który zna Kościół w różnych częściach globu, bo znajomość jednej diecezji czy jednego kraju nie wystarczy. Kardynał wymienił jeszcze charyzmat porywania ludzkich serc oraz umiejętność rządzenia.


Ten ostatni motyw często wraca w rozmowach z ludźmi z Kurii Rzymskiej. Marzy im się papież, który z wszystkimi (nie tylko z niektórymi) dykasteriami Kurii będzie w stałej łączności, który przywróci praktykę stałych spotkań z szefami dykasterii i z którym będzie mógł się spotkać nuncjusz przybywający do Stolicy Apostolskiej.

Funkcjonowanie Kurii zależy w znacznym stopniu od sekretarza stanu. Kard. Tarcisio Bertone nie miał w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. Głosił wprawdzie piękną zasadę: „więcej Ewangelii, mniej dyplomacji”, jednak problemów w ten sposób nie uniknął ani nie rozwiązał. Wprost przeciwnie: to jemu przypisuje się winę za różne wpadki i skandale. Kuria cierpi na brak wewnętrznej komunikacji, brak roboczych spotkań szefów dykasterii, w ogóle szerokiej konsultacji i informacji. Kardynałowie, najbliżsi współpracownicy papieża, często o sprawach Kościoła dowiadywali się dopiero z mediów. Jeśli na najbliższego współpracownika papieża wiadomość o dymisji spadła na konsystorzu jak grom z jasnego nieba, to wygląda tak, jakby Benedykt XVI mógł szczerze rozmawiać tylko z bratem.

Biograf Jana Pawła II George Weigel stwierdził, że „przyczyna problemów pontyfikatu [Benedykta XVI] była jedna. Ci, którzy zostali wezwani, by służyć papieżowi, zbyt często służyli źle”.


25 lutego Papież przyjął członków komisji badającej sprawę kradzieży dokumentów z Watykanu („Vatileaks”): kardynałów Juliána Herranza, Jozefa Tomko i Salvatore De Giorgi oraz sekretarza komisji, o. Luigiego Martignaniego, kapucyna. Powołana przez niego komisja zakończyła prace i została rozwiązana. Raport przekazała Papieżowi, który zdecydował, że dokument ma trafić do rąk następcy. Jest ściśle tajny, jednak trzej kardynałowie zostali upoważnieni przez Benedykta XVI do poinformowania Kolegium o istotnych elementach jego zawartości. Było to konieczne. Australijski kard. George Pell publicznie powiedział, że „jeżeli jest prawdą to, co podają media, to uczestnicy konklawe powinni wiedzieć, co zawiera”. Podobnie z pewnością myślą i inni. Kard. Herranz (Opus Dei) stwierdził, że nie widzi problemu w przedstawieniu kardynałom takiej relacji.

Reformować Kurię próbowali wszyscy ostatni papieże, od Pawła VI poczynając. Efekty były raczej skromne. Jeśli kard. Joseph Ratzinger wielokrotnie mówił o potrzebie zmian i krytykował np. mnogość papieskich rad i sekretariatów, to Benedykt XVI niewiele zdziałał na tym polu – sam nawet ustanowił jeszcze jedną papieską radę. Papież w jakiś sposób jest zależny od Kurii. Jest ona mu niezbędna, sam nie jest bowiem w stanie ogarnąć wszystkich pól kościelnego zaangażowania. Ani ten, ani żaden inny papież. Każdy musi delegować władzę, problem w tym, że Kościołem nie może rządzić Kuria Rzymska. Co do tego w Watykanie istnieje zgoda, także co do konieczności reformy. Spór dotyczy nie „czy?”, ale „jak?”. Za obiektywny autorytet w tej materii jest uważany przewodniczący Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych, kard. Francesco Coccopalmerio.


Kiedy konklawe? Noszące datę 22 i ogłoszone 25 lutego papieskie Motu proprio o konklawe wprowadziło drobne poprawki do obowiązujących przepisów.

W sprawie daty rozpoczęcia Papież – zachowując istniejące przepisy (15 do 20 dni po ogłoszeniu sede vacante) – oficjalnie podzielił opinię tych kanonistów, którzy uważali, że decyzja należy do Kolegium Kardynalskiego (łącznie z tymi, którzy nie wchodzą na konklawe). Termin mogą przyspieszyć bezwzględną większością głosów (50 proc. plus jeden). Powtórzona zostaje zasada, że „kardynała-elektora nie można z żadnego motywu czy pod jakimkolwiek pretekstem wykluczyć z czynnego i biernego udziału w wyborach”. Do ważności wyboru konieczne jest 2/3 głosów obecnych i głosujących. Kardynał, który z niezależnych od siebie racji (np. z powodu choroby) nie jest obecny na rozpoczęciu konklawe, po ustaniu przeszkody (np. wyzdrowieniu) ma prawo na nie wejść i uczestniczyć w wyborze papieża. Kardynał, który nie usprawiedliwi swej nieobecności, takiego prawa nie ma. Tak będzie w przypadku od niedawna byłego arcybiskupa Edynburga kard. Keitha O’Briena, który publicznie oskarżony przez trzech księży i jednego eksksiędza o „niewłaściwe zachowanie wobec nich” (30 lat temu) i po zwolnieniu z urzędu oświadczył, że na konklawe nie przyjedzie.

Ostatnie słowo Benedykta XVI, wypowiedziane do nas na pożegnalnej audiencji generalnej, tchnie otuchą. Powiedział: „W pięknej modlitwie, którą należy odmawiać codziennie rano, mówimy: »Uwielbiam Cię, o mój Boże, i kocham Cię z całego serca. Dziękuję Ci, żeś mnie stworzył, chrześcijaninem uczynił«. Tak, jesteśmy szczęśliwi z powodu daru wiary. Jest to najcenniejsze dobro, którego nikt nie może nam zabrać! Dziękujemy za to Bogu każdego dnia, przez modlitwę i konsekwentne życie chrześcijańskie. Bóg nas miłuje, ale oczekuje, że także i my Go będziemy kochali!”.

Ks. Adam Boniecki

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: papież Rzym Kuria Rzymska abdykacja Benedykt XVI rezygnacja z urzędu marzec 2013
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W