Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Władysław Bartoszewski

MÓJ GIEYSZTOR

Zgon Aleksandra Gieysztora zbiega się w czasie ze schyłkiem stulecia i ostatecznym, nieubłaganym kresem działania w naszym życiu publicznym znakomitego pokolenia inteligencji polskiej ukształtowanego w II Rzeczypospolitej po stu dwudziestu trzech latach nieistnienia państwa. O sześć lat ledwie starszy, należał dla mnie, gdy go poznałem, do budzącej sympatię, szacunek i w pewnym sensie zazdrość grupy młodych ludzi o aspiracjach intelektualnych, którym dane było dojść do pełni dojrzałości przed kataklizmem Września 1939 r.

Spotkałem go zimą 1941/42 roku w antykwariacie przy znanej w Warszawie księgarni Arcta na Nowym Świecie. Antykwariaty należały w okupowanej Warszawie do nielicznych miejsc jawnych kontaktów miłośników książek i ludzi kultury różnych pokoleń, zarówno profesorów, jak studentów, przedwojennych i debiutujących pisarzy, dziennikarzy, aktorów, muzyków i plastyków. Stali bywalcy wiedzieli o sobie tyle, ile to było niezbędne do względnie swobodnej, a niekiedy tylko zażyłej rozmowy. Dwudziestokilkuletni wtedy Aleksander Gieysztor uderzał zarówno inteligencją, jak i męską urodą. Wiedziałem o nim od prowadzącego antykwariat Tadeusza Sokołowskiego, bibliotekarza i historyka literatury, że jest historykiem średniowiecza z Uniwersytetu Warszawskiego i miłośnikiem kultury francuskiej. On o mnie chyba tylko, że niedawno wyszedłem z Oświęcimia i interesuję się szczególnie historią Warszawy.

Spotykałem go niezbyt często i w następnych latach. Swoista pikanteria sytuacji wynikała ze złożoności ówczesnego życia: oto gdy w sierpniu 1942 r. złożyłem przysięgę w Armii Krajowej i przyjąłem pseudonim, stałem się młodszym kolegą "Olickiego" (taki był ówczesny pseudonim Aleksandra Gieysztora) ściśle w tym samym dziale pracy konspiracyjnej, w Wydziale Informacji Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, ale o tym nie wiedziałem. Spełniał tam już od dwu lat ważną rolę – był kierownikiem podwydziału "W" zajmującego się analizą całokształtu sytuacji wewnętrznej w okupowanym kraju. Cały Wydział Informacji był właściwie – jak to sam Gieysztor w kilkadziesiąt lat po wojnie objaśniał pewnemu młodemu historykowi – "konspiracyjnym biurem studiów". Działalność studyjna naszego całego Wydziału, w którym Gieysztor odgrywał z miesiąca na miesiąc coraz ważniejszą rolę, była niezbędnym fundamentem dla wszelkiej działalności propagandowej AK, jak też podstawowym źródłem informacji dla całego dowództwa AK oraz Naczelnego Wodza w Londynie w zakresie szeroko rozumianej problematyki społecznej i politycznej okupowanego kraju. Są dowody na to, że depesze dowódcy AK do Naczelnego Wodza oparte były w głównej mierze właśnie na materiałach Wydziału. Nadto – przy całym respekcie dla wysiłków i działalności różnych cywilnych ośrodków podziemia – Delegatury Rządu, stronnictw, partii i organizacji politycznych – tylko AK dysponowała wtedy, w drugiej połowie lat okupacji, tego typu biurem studiów, o tak znacznym zakresie zainteresowań i z obsadą o takich kwalifikacjach. Zwierzchnikami Gieysztora byli: płk dypl. Jan Rzepecki, inż. Jerzy Makowiecki, Eugeniusz Czarnowski; kolegami lub podwładnymi m.in.: Stanisław Lorentz, Leon Śliwiński, Antoni Wieczorkiewicz, Antoni Szymanowski, Stanisław Ostoja-Chrostowski, Michał Walicki, Witold Kula, Kazimierz Romaniuk, Ludwik Landau, Józef Siemieński, Wacław Szubert, Kazimierz Ostrowski, Adam Dobrowolski, Kazimierz Moczarski, Wacław Szyszkowski, Zygmunt Kapitaniak, Jan Topiński, Władysław Długosz, Stanisław Michałowski, Stanisław Herbst, Gustaw Nowotny, Ludwik Widerszal, Władysław Tomkiewicz, Henryk Woliński, Władysław Rostocki, Stefan Kieniewicz, Kazimierz Konarski, prof. Marceli Handelsman, Bohdan Sałaciński, Aleksander Płaczkowski, Jan Kozielewski-Karski.

Znałem oczywiście w 1942 r. pseudonim "Olicki", potem "Walda", a on czytał meldunki i opracowania podpisywane przeze mnie "Teofil", ale do osobistego spotkania, w jakimś sensie dekonspirującego nas wobec siebie, doszło dopiero w początku marca 1944 r. w jednym z lokali BIP-u przy ul. Słupeckiej. Chyba nie okazaliśmy wzajemnie zaskoczenia: tylko półuśmiech skwitował osobliwość sytuacji. Niebawem, po tragicznej śmierci naszego szefa Jerzego Makowieckiego w czerwcu 1944 r., Aleksander Gieysztor został naszym nowym zwierzchnikiem, kierownikiem całego Wydziału Informacji KG – w trudnym i ważnym okresie ostatnich kilku tygodni poprzedzających wybuch Powstania Warszawskiego. Pozostawał nim nadal w czasie Powstania, pełniąc zarazem funkcję sekretarza szefa całego VI Oddziału Sztabu (BIP) płk. Jana Rzepeckiego. Spotykaliśmy się wielokrotnie, szczególnie we wrześniu 1944, gdy Gieysztor (wtedy porucznik "Borodzicz") kwaterował w południowej części Śródmieścia, gdzie ja pełniłem służbę jako jeden z jego podwładnych. Mam go do dziś przed oczami z tamtych tygodni – opanowanego, spokojnego, rzeczowego, mądrego i dobrego – kolegę i szefa. Widzieliśmy się jeszcze 5 października 1944 r. na ul. Śniadeckich, gdy my, pozostający w kraju, aby prowadzić dalszą działalność konspiracyjną, żegnaliśmy kolegów odchodzących do niewoli niemieckiej. Od tej pory mieliśmy służyć na różne sposoby tej samej sprawie, w różnych miejscach i formach.

Gieysztor wrócił wiosną 1945 r. z obozu jenieckiego w Niemczech do swej rodziny, Warszawy i pracy na uniwersytecie. Dowiedziałem się później, że w oflagu w Gross-Born napisał razem z innym naszym kolegą z BIP-u, Stanisławem Płoskim, szefem Wojskowego Biura Historycznego AK, broszurę o Powstaniu Warszawskim, która mogła ukazać się drukiem w Polsce dopiero w okresie pierwszej "Solidarności" w 1981 r. W pierwszym dziesięcioleciu powojennym spotkałem się z Aleksandrem Gieysztorem – i to przelotnie – ledwie dwa czy trzy razy, głównie dlatego, że większą część tego czasu spędziłem w więzieniach. Od czasu jednak pierwszej "odwilży" w życiu politycznym i umysłowym kraju, w latach 1955-56, zaczęliśmy się stykać coraz częściej. Wiązała nas i zbliżała konspiracyjna i powstańcza przeszłość, a co więcej jej ocena i stosunek do niej. Gdy począwszy od 1956 r. podjąłem próby badawcze, publicystyczne, historyczne i edytorskie, dotyczące lat II wojny światowej, a w szczególności problemów walki podziemnej i Powstania Warszawskiego, mogłem liczyć zawsze na życzliwą, dyskretną i mądrą pomoc Aleksandra Gieysztora.

Uznawany i ceniony powszechnie jako historyk średniowiecza, kultury polskiej i europejskiej, sztuki, był w swoim jakby odrębnym wcieleniu zamiłowanym badaczem i znawcą spraw podziemia wojennego i Powstania Warszawskiego. Znalazł też czas, aby w latach siedemdziesiątych opiekować się wielu ambitnymi pracami doktorskimi o tej tematyce. Reagował czujnie, z zainteresowaniem i życzliwością, na wszystkie poczynania badawcze a szczególnie publikacje, o czym miałem sam okazję wielokrotnie się przekonać. Gdy Wydawnictwo Znak zabiegało, pokonując znaczne trudności, o możliwość wydania mojej książki "1859 dni Warszawy", to nie kto inny, jak Aleksander Gieysztor opatrzył ją pięknym i wnikliwym tekstem wstępnym pt. "O kronice konkretu". Pisał go gdzieś w końcu 1973 r., gdy już od trzech lat objęty byłem kompletnym zakazem druku, w świadomej chęci rzeczowego przyczynienia się do przełamania tej blokady.

Gdy nie udało się po śmierci naszego kolegi Kazimierza Moczarskiego, po wojnie długoletniego więźnia politycznego, ogłosić jego życiorysu w "Polskim Słowniku Biograficznym" w 1975 r. (nienawiść polityczna i zakazy cenzury sięgały tu poza grób), Aleksander Gieysztor przyjął bez wahania inne, zaproponowane przeze mnie wyjście: w pierwszą rocznicę śmierci Moczarskiego w 1976 r. ukazał się w "Tygodniku Powszechnym" (nr 41) życiorys "Rafała" (Moczarskiego) podpisany przez nas obu. Pozostaje to dla mnie do dziś niezapomniane nie tylko jako wyraz pamięci o naszym wspólnym koledze, lecz także jako jedyny przypadek, kiedy miałem zaszczyt współautorstwa jakiegoś tekstu z Aleksandrem Gieysztorem.

Dostrzegałem z upływem lat stałą i czynną wierność Gieysztora wobec kolegów z AK, ich spraw i problemów. Dotyczyło to nie tylko losów ludzi wybitniejszych, lecz także zwyczajnych, mało znanych i zapomnianych. Okazywało się nieoczekiwanie, że nasz "Olicki", nasz "Walda", nasz "Borodzicz" pozostawał w kontaktach z różnymi, przez innych nie pamiętanymi już ludźmi z dawnej AK – w kraju i za granicą.

"Mój" Gieysztor nie zawiódł też w godzinach szczególnie trudnej próby. Obok przyjaciół z "Tygodnika Powszechnego" systematycznie interesował się moim losem i sytuacją mojej żony w okresie stanu wojennego, gdy przebywałem w ośrodku internowania w odległym od Warszawy Jaworzu. Służył mądrą i zaufaną radą, był obecny na każde wezwanie. Należał też, w kwietniu 1982 r., po moim wyjściu z obozu, wraz z Janem Józefem Szczepańskim do mych pierwszych zaufanych rozmówców.

Po latach, już w nowej Polsce, gdy miałem zaszczyt reprezentowania Rzeczypospolitej w Wiedniu, parokrotnie gościliśmy tam profesora Aleksandra Gieysztora, prezesa Polskiej Akademii Nauk. W bardzo osobistych rozmowach rozważaliśmy wtedy fenomen polskich losów.

W 1992 r. Gieysztor raz jeszcze opatrzył wzruszająco życzliwą glosą wstępną wydaną wtedy bibliografię pięćdziesięciu lat mojego pisarstwa. W czerwcu 1994 spotkaliśmy się na Zamku Królewskim w Warszawie na sesji naukowej na temat "Powstanie Warszawskie z perspektywy półwiecza". Aleksander Gieysztor uczestniczył w pracy komitetu organizacyjnego tej sesji i był obecny cały czas w ciągu dwu dni jej trwania. Pamiętam naszą rozmowę przy kieliszku wina – z nim, Janem Nowakiem-Jeziorańskim i Jerzym Kłoczowskim (spotkanie utrwalone zresztą na wspólnej fotografii), gdy Janek Nowak powiedział: "To już zapewne ostatnie takie nasze wspólne spotkanie". Niestety, miał rację.


opr. ab/ab



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny 8/2587

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: inteligencja polityka stan wojenny Armia Krajowa Władysław Bartoszewski Aleksander Gieysztor
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W