On, ona, ono

Niestety i u nas coraz wyraźniej rysuje się wizja państwa, dla którego rodzina jest podejrzana i niepewna, bo stanowi źródło wartości i norm.

Niestety i u nas coraz wyraźniej rysuje się wizja państwa, dla którego rodzina – jak stwierdził Michał Płociński w ostatnim numerze „Plusa Minusa” – jest podejrzana i niepewna, bo stanowi źródło wartości i norm.

Mały Franek ma tak króciutkie nóżki, że kiedy Dominika sadza go na kościelnej ławce, widać wyraźnie podeszwy bucików ruszające się w takt pieśni. Wielkie oczy ze zdziwieniem wpatrują się: raz w ekran z migoczącymi słowami, raz w księdza, raz w organistę. Mały Franek nie rozumie jeszcze prawdopodobnie zbyt wiele z tego, co dzieje się naokoło niego. I tego, że mama robi mu przed Ewangelią trzy krzyżyki zamiast jednego, i wielu innych rzeczy i spraw. Stanowczo wolałby, żeby to wszystko trwało krócej. O wiele krócej. Nie da się spojrzeć na małego Franka i się nie uśmiechnąć. Coraz częściej jednak uśmiechowi z mojej strony towarzyszy zamyślenie. Zastanawiam się i pytam samego siebie: do kogo należy to dziecko? Do mamy i taty? Do siebie samego? A może jednak do państwa? Głupie pytania, prawda? Okazuje się, że w XXI wieku niekoniecznie. W bieżącym numerze „Gościa” opisujemy jeden z absurdów naszych czasów, jakim jest odbieranie dzieci polskim rodzicom przez Jugendamt w Niemczech. Z przyczyn niewyjaśnionych. Czasem wystarczy jeden donos ze strony sąsiadów.

Niestety i u nas coraz wyraźniej rysuje się wizja państwa, dla którego rodzina – jak stwierdził Michał Płociński w ostatnim numerze „Plusa Minusa” – jest podejrzana i niepewna, bo stanowi źródło wartości i norm. Tak, tak... wartości i norm. Bo przecież (trzymając się Franka i Dominiki) owe trzy krzyżyki, składanie rąk i w ogóle prowadzenie do życia religijnego jest przekazaniem pewnych konkretnych, religijnych wartości i norm. A tych wartości i norm może być o wiele więcej i zawsze związane są z jakąś wizją świata, właściwą rodzicom. Niektórzy na wyrost twierdzą, że złą, o ile nie jest to wizja uznana za aktualnie obowiązującą, nowoczesną i neutralną w najważniejszych kwestiach. Nie jest to nowość. Ponad dwieście lat temu jeden z najważniejszych organizatorów rewolucji francuskiej, Danton, stwierdził, że nadszedł czas, by w końcu „wprowadzić w życie tę ważką zasadę, która wydaje się lekceważona: że dzieci należą przede wszystkim do Republiki, a dopiero w następnej kolejności do swoich rodziców”. Przywoływana już na łamach „Gościa” Chantal Delsol wprost twierdzi, że wojna pomiędzy państwem a rodziną oparta jest na traktowaniu rodziny jako zacofanej komórki społecznej zupełnie nierozumiejącej postępu i niepotrafiącej wychować dziecka na aktywnego członka „wielkiego ruchu ponowoczesnej emancypacji”.

On, ona, ono... Trzy słowa obecne prawdopodobnie w większości gramatyk. Żeby mówić o kimś jako o człowieku, trzeba poznać te trzy podstawowe formy: on, ona, ono. Ta najprostsza zasada gramatyczna jest jednocześnie zasadą przynależności. Myślę bardzo konkretnie: mężczyzny – męża i ojca, kobiety – żony i matki, oraz dziecka/dzieci. Osób w rodzinie do siebie nawzajem. Mąż naprawdę „posiada” żonę, tak jak ona jego, dziecko „posiada” ich i tak dalej... Na tym polega piękno tej naturalnej więzi. Ona jest i powinna być absolutnie chroniona i pielęgnowana. A jej kryzys, zarówno ten ewidentnie widoczny, jak i ten kreowany, jeśli się nie skończy, wyjałowi nasz świat do końca. I nie wiadomo, jak długo trzeba będzie go naprawiać. O ile w ogóle naprawić się da.

ks. Adam Pawlaszczyk - redaktor naczelny tygodnika "Gość Niedzielny"

opr. ac/ac

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama