Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Józefa Hennelowa

PYTANIA DO OBRAZU?

Zagadki reform zdrowia i oświaty

To już ostatni zakręt przed nami: reforma oświaty. Senat właśnie przyjął bez poprawek ustawę o rozpoczęciu reformy
w dniu 1 września br. - wtedy ruszyć mają gimnazja, uruchamiając to, co w reformie najwięcej zmienia: nową strukturę systemu oświaty. Prezydent zapewne ustawę bez oporu podpisze. Ostatni więc moment, by zgłosić znaki zapytania, wszystko jedno, co by one znaczyły: brak wiedzy czy też właśnie niepokój płynący z trzeźwych przewidywań,
a na doświadczeniu oparty.

Tylko czy w ogóle jest jeszcze jakaś pogoda dla pytań? Broniący się wczoraj w sejmie minister zdrowia (czyniąc to zresztą wyraźnie ze świadomością gwarancji swojego zwycięstwa nad wnioskiem o odwołanie - wnioskiem "ściśle politycznym"), na wszelkie zarzuty dotyczące wcielania w życie reformy zdrowia (poseł Dorn nazwał to początkiem funkcjonowania reformy już nie w stanie nieważkości lecz pod prawami grawitacji) miał jedną odpowiedź: "na zarzuty już za późno i jeszcze za wcześnie". Trzeba bowiem było zgłaszać je dawno temu (tak jakby się tego nie robiło...), a teraz już trzeba czekać cierpliwie, bo dobre owoce reformy dojrzeją później. Otóż ten klucz zastosować można zawsze, a gdy się jeszcze uzupełni go oskarżeniem mediów, oczywiście szkodzących, dobre samopoczucie reformatorów będzie zapewnione. I co wtedy ma zrobić pacjent, który nie potrzebuje oglądać telewizji, bo skutki reformy zna z własnego szpitala, przychodni, kolejki pod okienkiem rejestracyjnym, apteki, bezskutecznych, bo wiecznie zablokowanych telefonów informacyjnych? Co ma zrobić dziennikarz, przekonany, że jego obowiązkiem jest nie agitka, tylko krytyczna obserwacja i podnoszenie wszystkich kwestii, które uczciwie uzna za wymagające interwencji?

Konflikty dokoła reformy zdrowia wchodzą w nową fazę. Polityczna awantura wygasa, minister (poświęciwszy jedną tylko głowę podwładnego) zostaje na stanowisku. Złe intencje zamachów na niego wypunktowane zostały na wszelkie możliwe sposoby, media trochę przywołane do porządku, groźnie wzbierający nurt zawiedzionych oczekiwań w coraz nowych grupach pracowników służby zdrowia nie złagodniał wprawdzie ani trochę, ale przeniesiony został na płaszczyznę osobnej, niekoniecznie z reformy wynikającej trudności. Oczywiście, gdyby trwał i rozszerzał się, to wreszcie ugodzi w pacjentów nie tak jak w tej chwili, ale naprawdę masowo. Chyba jednak decydenci sami sobie dają na to trochę czasu, więc nic tu z naszej strony nie ma do zrobienia.

Jest natomiast doświadczenie z wprowadzania tej reformy, doświadczenie, którego ignorować nie sposób. I nie mam tu na myśli ani bałaganu (za który tak mocno gromi rodaków w poprzednim numerze "TP" Ewa Szumańska), ani niedociągnięć, ani działań umyślnie psujących. Istota doświadczenia - na pewno niełatwego - tkwi w specyfice owej reformy. Bo od początku nie miała to być sanująca ewolucja, jakieś stopniowe, elastyczne uprzątanie, dodawanie pożytecznych elementów, stopniowa wymiana cząstek mechanizmu. Pomyślano i zrobiono coś, co porównać można albo do wysadzenia paru wzgórz, wycięcia niejednego lasu i wyburzenia przeszkadzających budowli, by zupełnie inaczej poprowadzić nowy trakt, albo może do puszczenia rzeki innym korytem... W każdym razie w obu tych metaforach jest ten właśnie czynnik, co w reformie: stare znikło, przestało istnieć, nowe jest kompletnie inne, powrotu nie ma, inaczej już nie będzie, i stojący w oku cyklonu człowiek (a chodzi tu tak o leczących, jak leczonych...) musi się w tym odnaleźć. Musi, bo to jego być albo nie być.

Tajemnicze kasy chorych

Jeszcze dla jasności obrazu powtórzmy pokrótce, co się stało. Po pierwsze - resort zdrowia wycofał się na stanowisko biernego obserwatora. To już nie on odpowiada za całą tę dziedzinę, od pieniędzy po organizację. Tej zasady od 1 stycznia broni się jak najsilniejszej twierdzy. Po drugie - powstał monopolista organizacyjny - kasy chorych, bynajmniej nie oferta, lecz twór dla pacjentów przymusowy. Twór właściwie tajemniczy: rządzi składką od obywateli (obowiązkową), lecz nie wiadomo, jaka to na poszczególną kasę suma, kto i jak ją dzieli, kim jest ten kto dzieli, przed kim będzie odpowiadał, rozliczając się z wydawania naszej składki. Tajemnicą jest nawet liczba pracowników kas i ich wynagrodzenie. Stąd zapewne płynie największy niepokój lekarzy i placówek zawierających kontrakty, nie będących w stanie zaakceptować narzucanych im arbitralnie ograniczeń pieniężnych, liczby przewidywanych pacjentów, albo - co szczególnie drastyczne - odmowy dalszego funkcjonowania przychodni i ambulatoriów przyszpitalnych, m.in. kontynuujących opiekę nad dawnymi pacjentami tychże szpitali i klinik.

"Zawróconą rzeką" dla pacjenta z kolei jest obowiązek posiadania wybranego i stale tego samego "lekarza pierwszego kontaktu", który ma ponoć sprawować "opiekę całodobową", a nadto jedynie mocen jest wystawiać skierowania do specjalistów, także takich jak kardiolog, okulista, reumatolog, pediatra. Słuchając broniącego tej koncepcji ministra zdrowia ludzie muszą borykać się z pytaniami, bardzo niestety przyziemnymi: po pierwsze, z owym "prawem wyboru", które rychło okaże się tu i tam zupełnie fikcyjne, bo lista zgłoszeń do lekarza "pierwszego kontaktu" nie może przecie puchnąć w nieskończoność, jeśli jego opieka ma być rzeczywista. A wtedy co ma zrobić chory? Czy na pewno nie znajdzie się poza wszelkim przydziałem? Po drugie, czy akurat ta wizja nie oznacza, że lekarzowi przybywa drugie tyle pracy, i to biurokratycznej, owych wszystkich wypisywanych skierowań i późniejszych informacji od specjalistów, włączanych do własnej kartoteki pacjenta? Na razie jest to właśnie jeden z najgwałtowniej atakowanych punktów, a ataki idą spod okienek rejestratorów, nie z łam gazet czy ekranu TV.

Człowiek wpuszczony w tryby reformy jeszcze w jednym musi się odnaleźć: w niepewności finansowej. Część usług będzie opłacał - ale jaką i jak wysoko? Ludzie o niskich dochodach w ogóle nie są w stanie odpowiedzieć sobie, na co ich będzie stać. Ludzie pozbawieni zielonych recept (fakt, że źródła nieprawdopodobnych nadużyć) dowiadują się jednak i o tym, że odtąd środki opatrunkowe dla obłożnie chorych zredukowane zostają na przykład o połowę, a lekarstwo bezwzględnie ratujące czy podtrzymujące niepełnosprawnego drożeje tak, że w budżecie rodziny już się nie zmieści. Nie jest ani za wcześnie, ani za późno, panie ministrze, meldować o tych zagrożonych, postawionych w nowej sytuacji wobec dramatu albo tragedii: nie jest za wcześnie pytać - chociaż nie chce teraz nikt udzielić odpowiedzi - jaki jest zakres takich dramatów, i kto już teraz mobilizuje się do wychodzenia im naprzeciw.

A teraz oświata...

Twórcy reform, przekonani o ich wadze i swojej wielkiej roli, zawsze mieli i nadal mają tendencję prychania z niecierpliwością na pytanie o straty. Tylko że w reformie zdrowia i w przesądzonej właśnie reformie oświaty są to i będą straty ludzkie. Kiedy rwie nurt, patrzymy zafascynowani, a to, co rzeka wyrzuca na brzeg, nie musi spotykać się z zainteresowaniem. W reformie oświaty, o której zgodny chór coraz głośniej powtarza, że jest niezbędna ("Tygodnik" też o tym pisał niedawno), istnieje składowa zmian ewolucyjnych, z którą można wiązać wielkie nadzieje. To programy, podręczniki - w innym zakresie to także (oby jak najmądrzejsza) zmiana zasad awansowania nauczycieli. Tutaj można, zmieniając, obserwować, nieustannie doskonalić, na bieżąco wprowadzać korekty. Wiadomo również, niestety, z czego w reformie już przy założeniach zrezygnowano. Najdziwniejsza jest rezygnacja z objęcia szkołą sześciolatków - dla polskiej prowincji, gdzie więcej biedy i mniej dostępu do wysokiego poziomu oferty kulturalnej, sprawa decydująca. Tę właśnie sprawę doradca ministra p. Anna Radziwiłł wytłumaczyła niedawno w "GW" w sposób dziwnie nieprzekonujący, a mianowicie, że "trzeba utrzymać przedszkola, które przecież prowadzą zerówki" (ileż jednak dzieci do przedszkoli nie chodzi po prostu dlatego, że kosztują albo leżą zbyt daleko...), a po drugie, że trudno sześciolatka wtrącić nagle w nie odpowiadający jego psychice system ławek i 45-minutowych lekcji. Otóż, jeśli tak mówi doradca ministra - to jakże nas przekona, że w podstawówkach zmieni się tak zasadniczo na lepsze sposób nauczania, gdy równocześnie sądzi, że nie znaleźliby się nauczyciele zdolni w klasach najmłodszych zrobić przerwę w zajęciach choćby i po dwudziestu minutach, albo że można czasem usadzić klasę nie w sztywnych ławkach ale na przykład w kręgach ruchomych czy na podłodze... Taka mała zmiana z góry jest ogłaszana jako nie do wykonania, a zakłada się generalną zmianę profilu, metod i programu nowej podstawówki?

Słychać również, że główne niepokoje nauczycieli o to, jak wielki będzie wobec zredukowania liczby klas w podstawówkach i liceach zakres redukcji etatów, uspokajane są wyłącznie wizją zatrudnienia w nowym tworze: gimnazjach i ewentualną zgodą kuratorów na łączenie godzin z dwóch szkół. A wyjście byłoby jeszcze jedno: zgoda na klasy mniej liczne! Klasa mniej liczna, kilkunastoosobowa, to gwarancja powodzenia, lepszego poziomu nauczania i komfortu psychicznego tak uczniów jak pedagogów. A więc, wobec wszystkich nowości, po prostu uruchomienie energii, która będzie im sprzyjać. Tym łatwiejsze i oczywistsze do wykonania, że w szkołach zaraz pojawi się niż. Ale tu, niestety, słychać jedno: nie stać nas. Kompromitująca oszczędność na oświacie nie ulegnie zmianie. I w tych warunkach jedyną nadzieją zmiany na lepsze okazuje się zmiana najbardziej rewolucyjna: wprowadzenie w strukturę oświaty nowego tworu pt. gimnazjum.

Jest to zmiana nieodwracalna. Jak się je utworzy, już będą musiały istnieć. Oznacza to osobne wydatki na budynki i biurokrację, dyrektorów mianować trzeba, zanim pojawią się uczniowie, z dyrektorami sztab urzędników. Gimnazjów (za które odpowiadają gminy) będzie cztery razy mniej niż szkół podstawowych (5 tys. na 20 tys.), mimo że będą one równie obowiązkowe. Znaczy to, że będą tworami docelowo bardzo licznymi, a równocześnie dla bardzo wielu uczniów z prowincji okażą się dalekie. Rysują nam wizję autobusów dowożących dzieci. Ale tutaj właśnie musi paść pytanie o wyobraźnię decydentów. O dziecko docierające z dalekiej chałupy na jakiś przystanek przy szosie i czekające tam, zbiorowo i długo, w każdą pogodę, na autobus, który któregoś dnia akurat nie przebije się przez śnieg albo błoto, albo spóźni, albo będzie woził dzieci za wcześnie i odwoził za późno, według jakiejś średniej swojego własnego czasu. Tylko bardzo bogaty kraj potrafi tego uniknąć. Pytanie do decydentów: czy już na podstawie raportów gmin wiecie państwo, ile z nich sobie nie poradzi i ile może być takich dzieci wyrzuconych na brzeg przez rzekę zmian? Bo te dzieci, jeśli będą, już nie nadrobią dla samych siebie strat poniesionych we własnym wykształceniu, nawet jeśli za lat pięć wszystko w oświacie będzie funkcjonować o wiele sprawniej. Nawet parę roczników, w których ów "rozkurz" dzieci ponoszących skutki nie funkcjonującej jak trzeba wizji to za duża strata, za duża krzywda, za którą ktoś przecież będzie musiał odpowiadać. Choćby przed sobą samym, jeśliby głosowania w sejmie zgodnie z arytmetyką koalicyjną znowu wypadły pomyślnie.

Od odpowiedzi na pytania o owe straty w ludziach chorych i dzieciach zależy prawdziwa aprobata zainteresowanych reformami. Źle by było, gdyby, w myśl znanego przysłowia, były to pytania kierowane do obrazu...



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: szkoła polityka zdrowie pacjent sejm reforma nauczyciel oświata minister ministerstwo Senat Kasa Chorych gimnazjum
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W