Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Elżbieta Isakiewicz

DUSZA W MIĘSIE

Porzucane, pętane łańcuchami, uśmiercane dla pieniędzy, żywcem zarzynane — to los tysięcy polskich zwierząt.

Zwierzęta rzadko wyją z bólu. Jakby przyglądały się śmierci od środka, w skupieniu. Z perspektywy człowieka, jej świadka, to wygląda jak medytacja — mówi Janusz Orzechowski, przedsiębiorca, współzałożyciel dwóch prywatnych uczelni w Warszawie. Gdyby sam nie stracił psów, pewnie nie przyszłoby mu do głowy kupić karetkę z wyposażeniem, która — tak jak do ludzi w zagrożeniu życia — jeździ do kotów i psów.

Prawo nie przewiduje pogotowia ratunkowego dla zwierząt, nie pozwala na zakup karetki komuś, kto nie ma lecznicy, więc Orzechowski ją zakłada. Logo pogotowia zdobią fotografie Mikusia i Tobiaszka, jego ukochanych kundli. Pierwszy umarł w samochodzie: lekarz kazał go wieźć na prześwietlenie na drugi koniec miasta. A tu popołudniowy szczyt, korki. Mikuś miał skręt żołądka, w takich przypadkach jak od razu nie trafi się na operacyjny stół, to szans na przeżycie nie ma.

Tobiaszek został pogryziony na spacerze przez obcego psa; pomoc i tym razem przyszła za późno.

Bo pies mi się znudził

Wizja zwierzęcego losu według Orzechowskiego i wydarzenia, które rejestrują organizacje obrony zwierząt — to dwa bieguny tej samej rzeczywistości.

Łeba, wrzesień 2009 r. Spacerujący brzegiem plaży Michał B. dostrzega w wodzie czarny worek, otwiera go. W środku są utopione szczeniaki.

Kaniowo pod Kielcami, teren wokół zalewu. Dwie nastolatki dostrzegają wystającą z ziemi głowę psa — ktoś zakopał go żywcem.

W tym samym czasie w lokalu Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Szczecinie pojawia się mężczyzna z dwiema suczkami. Od poparzenia żrącą substancją mają głębokie rany, które układają się we wzór. Przybysz mówi, że psy znalazł. Kłamie. To właściciel, który chce się ich pozbyć, bo wyjeżdża. W Towarzystwie podkreślają: typowa historia dla miesięcy urlopowych. Pół biedy, gdy ludzie przyprowadzają zwierzęta do schroniska — czasem udaje się znaleźć dla nich nowy dom. Bywa: przychodzą do weterynarza i chcą je uśpić, bo im się znudziły. W lecznicy Janusza Orzechowskiego zawsze się odmawia, ale w innych nie, choć zgodnie z przepisami eutanazję można stosować tylko wobec zwierzęcia agresywnego bądź śmiertelnie chorego, cierpiącego.

Najczęściej wakacyjny problem załatwia się darmową metodą: porzucenie na parkingu hipermarketu, na szosie za miastem, w lesie.

Opowiada Monika Hynko z TOZ we Fromborku: „Październikowy wieczór, zimno, deszcz. Na drodze w Braniewie zatrzymuje się samochód na bartoszyckich numerach. Z tyłu auta siedzą dzieci. Nagle drzwi otwierają się, na asfalt turla się maleńki szczeniak, za nim, po dłuższej szamotaninie, nieduża suczka, najwyraźniej jego matka. Samochód rusza. Suczka za nim nie biegnie, bo instynkt każe jej pilnować szczeniaka. Psy rozglądają się bezradnie, trzęsą się. Zdarzenie obserwuje stojąca na chodniku kobieta. Zawiadamia TOZ”.

W gminie Dębowa Kłoda w woj. lubelskim w przydrożnych krzakach od maja waruje rudy kundel. Wybiega tylko na odgłos przejeżdżających samochodów. Nie pozwala się zabrać okolicznym mieszkańcom. Czeka. Dopóki nie chwycą mrozy, nie zginie.

Od maja do września polskie drogi wypełniają się drepczącymi w kółko psami; ich nosy, niemal przyklejone po ziemi, szukają znajomego zapachu.

Bo pilnuje kartofli

Wyrzucone spotkasz wszędzie. Przytwierdzone głównie na południu. Kto spędza wakacje w Beskidach, zobaczy ten widok: pies w szczerym polu, na łańcuchu, w pełnym słońcu. Miejscowi go uwiązali, żeby pilnował przed dzikami upraw kartofli. Kto zajrzy do oddalonego o kilometr gospodarstwa i spyta,
- czemu pies nie ma wody, najpewniej usłyszy: „A kto by tam miał czas z wiadrem do kundla latać!”.

Polne psy, w przeciwieństwie do wyrzuconych, już nie szczekają, samotność wyrugowała z nich nadzieję.

Cezary Wyszyński z Fundacji Viva! Akcja dla Zwierząt potwierdza: na południu kraju z traktowaniem zwierząt jest najgorzej. Jeszcze niedawno, gdy do zrywki drewna na górskich zboczach używano koni, żeby ruszyły, górale rozpalali pod ich brzuchami ogniska. Pies, podobnie jak koń, to w tych stronach tylko sprzęt.

Ale pieskie życie na łańcuchu nie kończy się w polu. Trudno oszacować, ile zwierząt przytwierdza się do bud i komórek w gospodarskich obejściach. Rodzą się i umierają w świecie o średnicy metra. W lipcu, w Jaworzu, w ostatniej chwili udało się uratować Sarę, owczarka niemieckiego. „Przywiązany krótkim łańcuchem już tylko leżał w odpadach desek z gwoździami i potłuczonego szkła — relacjonowali świadkowie. — Prawie nie miał sierści, skóra była we wrzodach”. 53-letnia właścicielka wzruszyła ramionami: — Nie leczyłam, bo pieniędzy nie mam. Że tylko rozmoczonym w wodzie chlebem karmiłam? Mnie na rarytasy nie stać.

Kiedy na działkach i w ogrodach pojawiają się warzywa i owoce, inspektorzy TOZ intensyfikują kontrole, bo ludzie przywiązują psy, żeby odstraszały złodziei. To specyfika terenów podmiejskich. Właściciele, jak na działkach przy Konopnickiej w Gnieźnie, zapominają te psy nakarmić. Problem jest powszechny; tylko jednego dnia w Dańcu pod Opolem inspektorzy znaleźli sześć przytwierdzonych psów, bez miski z wodą.

Cezary Wyszyński uważa, że rozwiązaniem byłby prawny zakaz trzymania zwierząt na łańcuchu. Na razie w dużych miastach gwiazdy ekranu urządzają happeningi, podczas których, na znak solidarności z psami, przykuwają się do budy. W tym roku w Warszawie przykuli się aktorka Weronika Rosati i tancerz Michał Piróg.

Bo można na nim zarobić

Gdy w 1997 r. wchodzi w życie ustawa o ochronie zwierząt, wydaje się, że doszlusowaliśmy do krajów cywilizowanych. Jej pierwszy artykuł powiada przecież: „Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę”. Artykuł 11. nakłada na gminy obowiązek opieki nad zwierzętami bezdomnymi. Tadeusz Wypych, szef Biura Ochrony Zwierząt przy Fundacji ARGOS, jak mało kto wie, że za tym zapisem czai się śmierć.

BOZ prowadzi bowiem monitoring tej gminnej opieki. Jego raporty odsłaniają powtarzalny mechanizm: zarząd gminy podejmuje uchwałę (albo i nie) o konieczności wyłapania bezdomnych zwierząt. Powierza to zadanie wybranej w przetargu (albo i nie) firmie. W grę wchodzą pieniądze: za jednego złapanego i umieszczonego w schronisku psa firma dostaje średnio 2-3 tys. zł. Co się dzieje z wyłapanymi zwierzętami, gmina nie pyta. Wypych: — Firmy je masowo zabijają.

Błonie pod Warszawą. Hycel Zbigniew J. dostaje zlecenie z kilku gmin mazowieckiego i łódzkiego — inkasuje blisko 200 tys. zł.
Odbiór psów kwitują fikcyjne schroniska w gminie Żabia Wola i Sulejów, jak też w Żyrardowie i w Skierniewicach. Tylko w latach 2005-07 Zbigniew J. „upłynnia” co najmniej 521 psów — tyle znika z ewidencji. BOZ składa zawiadomienie o przestępstwie. Hycel nadal robi swoje.

Krzyczki koło Nasielska. Do działającego nielegalnie schroniska przywożone są psy z blisko 30 gmin — tysiąc rocznie; ich los w większości jest nieznany. W czerwcu 2006 r.
niezapowiedzianą wizytę w schronisku składa grupa obrońców zwierząt. Tuż za ogrodzeniem odkrywają fragmenty sierści. Koparka odsłania doły z dziesiątkami tysięcy psich zwłok.

Mazowsze. 47 gmin opłaca „opiekę” nad bezdomnymi psami trzem firmom, prowadzącym działalność pod szyldem „usług weterynaryjnych”. Znika 3 tys. psów. Firmy inkasują 1,6 mln publicznych pieniędzy.

Tadeusz Wypych zapewnia, że nie ma w kraju województwa, które jest wolne od tego procederu; uśmiercanie idzie pełną parą. I prokuratura — mimo że gminy łamią prawo — notorycznie umarza postępowanie wobec wójtów i burmistrzów.

Wyroki skazujące za znęcanie się nad zwierzętami zapadają przeważnie w zawieszeniu, choć przewidziana prawem górna kara — dwa lata — do surowych nie należy. Tak było kilkakrotnie w sprawach przetapiania psów na smalec.

Dwa lata temu do Fundacji Viva! dotarł sygnał, że schronisko w Białce koło Iłży, utrzymywane przez urząd miasta, to fabryka tego specyfiku. Wcześniej obrońcy zwierząt wykryli, że usypia się tu rekordową liczbę (86 proc.!) przyjmowanych psów. Cezary Wyszyński jedzie na miejsce z grupą przyjaciół i ukrytą kamerą. Udają amatorów smalcu. Zostają skierowani do jednego z budynków gospodarczych. Płacą za słoik znaczonym banknotem.

Psi smalec, wedle ludowych wierzeń panaceum na owrzodzenia i brak odporności, znajduje nabywców w całym kraju. Centrum jego wyrobu to znowu południe. Proceder kwitnie. Tylko w ciągu roku krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami skierowało do prokuratury 30 zawiadomień o przestępstwie, zazwyczaj przeciw właścicielom prywatnych hodowli, gdzie psy trzymane są w makabrycznych warunkach. Polska nie podpisała dotąd (w przeciwieństwie do m.in. Bułgarii, Azerbejdżanu, Rumunii) konwencji o ochronie zwierząt domowych, która przewiduje nad takimi hodowlami państwowy nadzór.

Bo kot stoi niżej

Mogłoby się wydawać, że w porównaniu z psami polskie koty to szczęściarze: nie wyłapują ich hycle, ludziom nie smakuje ich tłuszcz.

Nic bardziej błędnego: w świadomości przeciętnego Polaka kot stoi niżej niż pies. Jest przecież bezużyteczny: nie popilnuje domu ani pola.

Od kiedy w powszechnym użyciu są trutki na gryzonie, znaczenie kotów — jako ich pogromców — się zmniejsza. Nie bez znaczenia jest aspekt socjologiczny: po II wojnie miasta zasiedliły masy chłopstwa, zmieniając swój status społeczny na chłopo-robotników.

Kot, niegdyś nieodłączny lokator wiejskiej chałupy, w nowych warunkach kłócił się z „miejskością”, nie do zniesienia stał się jego zapach. W PRL Kowalski zatrzasnął przed nim drzwi, przegnał z piwnic; w wolnej Polsce ich nie otworzył. W sukurs przyszło prawo: wolno żyjące koty zostały pominięte w ustawie o ochronie zwierząt, ich sytuacja prawna jest nieokreślona.

Gdy przed paroma tygodniami warszawscy radni apelowali do wspólnot mieszkaniowych, by udostępniały im przynajmniej jedną piwnicę w bloku, podniosła się wrzawa. Lokatorzy kotów nie chcą.

W czerwcu przy rondzie Santockim w Gorzowie zostaje znaleziona martwa 4-miesięczna kotka z obciętymi łapkami. Cięcia nożem są równe — jasne, że zwierzę wykrwawiało się w męczarniach.

W Płotach w zachodniopomorskim dwóch mężczyzn ucina kotu głowę nożycami do metalu. W Zabrzu 56-letni Krzysztof K. uderza kotem o drzewo rosnące przy ul. Wiarusów i wrzuca do pobliskiego stawu.

We wrześniu wybucha sprawa „działkowa”: Jan W., mieszkający na działce w Wójtowej Roli niedaleko Elbląga, karmi psy kotami. Świadek zeznaje: „Wlazł po kota na drzewo, chwycił jedną ręką za przednie łapy, drugą za tylne i rozciągnął tak, że go rozerwał, a potem rzucił psu na pożarcie”.

W tym samym czasie na kilku kieleckich osiedlach ktoś regularnie unicestwia koty, „tylko” rozsypując truciznę. Niedobitki tutejszemu TOZ udaje się umieścić w schronisku. — Ale to nie jest miejsce dla kota — zaznacza Tadeusz Wypych. Płochliwa kocia wolność nie człowieka czyni swym centrum, lecz terytorium; jej granice wyznacza obszar panowania, własne ścieżki. Upokorzony kot w schroniskowej klatce zamyka się w sobie, wycofuje, w końcu ostatecznie.

To dlatego nie opuścił stoczni.

Jesienią lokalna prasa alarmuje: w zamkniętych stoczniach w Gdyni i Szczecinie błąkają się setki kotów. Przez lata polowały tu na szczury, a stoczniowcy je dokarmiali. Gdy 7 lat temu „Szczecin” upadł po raz pierwszy, a ludzi zwolniono, powymierały. Trzeba było potem szuflami wygarniać ich szkielety spod rur, z zakamarków.

Teraz zdarza się cud: byli pracownicy zawiązują Komitet Pomocy Kotom Pracującym w Stoczni. Koty zostaną na swoim.

Wypych, pracujący także w prowadzonym przez Fundację ARGOS projekcie „Koteria”, który ma na celu pomoc w sterylizacji bezdomnych kotów, uważa, że w polskim społeczeństwie nie ma wystarczającej świadomości, jak umożliwić im godne przetrwanie. W bardziej cywilizowanych krajach zrozumiano, że aby nie były tępione, należy zapobiegać ich niekontrolowanemu rozmnażaniu. Wysterylizowane są silniejsze, zdrowsze, nie znaczą terytorium przykrym zapachem, widok zaropiałych, konających przy śmietnikach młodych nie prowokuje do agresji.

Prof. Andrzej Elżanowski z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN, działający na rzecz humanitarnego traktowania zwierząt (i opiekujący się kiedyś bezdomną kotką), nie ma wątpliwości:

— Powinny żyć. Choćby dlatego, że w skomplikowanym ekosystemie ludzkich osiedli spełniają nadal ważną rolę, bo trutki są zagrożeniem dla wszystkiego, co żyje i nie wszędzie można je stosować.

— Ale co tu mówić o świadomości społeczeństwa, skoro brakuje jej nawet posłom — uzupełnia Cezary Wyszyński, który brał niedawno udział w spotkaniu ze świeżo powstałym Parlamentarnym Kołem Przyjaciół Zwierząt i wysłuchał, jak jeden z posłów oburza się: „Sterylizacja? Ależ to ingerencja w naturę!”. Wyszyński: — To co? Alternatywą ma być naturalne dawanie kotu łopatą w łeb?

Bo świnia jest smaczna

W dwubiegunowej rzeczywistości wizja losu zwierząt też ma swoje podbieguny, odrębne racje. To racje podzielane lub odrzucane przez miliony z nas.

Janusz Orzechowski, który do późna w nocy jeździ charytatywnie jako kierowca karetki dla zwierząt, wegetarianinem nie jest. Mówi: „Całego świata nie uratuję”. Cieszy się, że ocalił ponad 800 psich istnień.

Tomasz Wypych, który tropi producentów psiego smalcu, jada smalec świński, choć zdaje sobie sprawę, że świnia jest inteligentniejsza od psa. Powiada: „My nie zwierzęta chronimy, tylko własne prawo do empatii”. Argumentuje, że w kulturze Europy pies i kot jest człowiekowi bliższy niż świnia. Bunt przeciwko psiemu smalcowi jest więc odruchem samoobrony: stop, przekroczono granicę.

Po tej stronie jest większość z nas, pogodzonych z bezwzględnością reguł rządzących piramidą pokarmową i uprzywilejowaną pozycją człowieka wśród ssaków, która pozwala pożerać braci mniejszych. Według badań CBOS z 2006 r. 67 proc. Polaków uważa, że można zabijać zwierzęta dla mięsa i skór. Co ciekawe, w porównaniu z sondażem wcześniejszym o 10 lat, tak myślących ubyło niemal o jedną czwartą, a przecież jaroszy nie przybyło — to wciąż zaledwie 1 proc. — Poziom wykształcenia i dobrobytu oddziałuje na wrażliwość etyczną — interpretuje ten wynik prof. Elżanowski, wegetarianin, który, podobnie jak Cezary Wyszyński, nie dostrzega różnicy między zjadaniem psiego i świńskiego smalcu. To ten drugi, elitarny podbiegun.

Ale to z jego perspektywy widać więcej.

Latem 2003 r. działacze Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt Animals, używając podstępu, wchodzą do kilku rzeźni na Pomorzu. Kręcą film ukrytą kamerą.

Scena: pracownik ogłusza świnię prądem, nieskutecznie. Przytomną wiesza na haku, podrzyna gardło. Nie do końca wykrwawioną, żywą, wrzuca do oparzarki z gotującą się wodą. Jej krzyk. Najazd kamery na obserwujące to, czekające w kolejce na rzeź, trzęsące się świnie. Dzięki filmowi prokuratura stawia pracownikowi zarzuty; według prawa przed rozpruciem zwierzę musi być nieświadome.

Po tej aferze ubojnie zwiększyły czujność: z zewnątrz mysz się nie prześlizgnie, więc nie wiadomo, czy coś się zmieniło. Gdy pod naciskiem obrońców zwierząt do rzeźni wkracza Najwyższa Izba Kontroli, stwierdza nieprawidłowości w 80 proc. z nich, w tym niewystarczający nadzór Inspekcji Weterynaryjnej. — To absurdalne, że ten nadzór nie podlega, jak przed wojną, MSW, tylko ministerstwu rolnictwa, zainteresowanemu wyłącznie produkcją mięsa — mówi prof. Elżanowski.

Ponad dwie trzecie Polaków uważa, że zminimalizowanie cierpień zwierząt rzeźnych jest sprawą ważną. A że w tej dziedzinie jest dużo do zrobienia, świadczą nie tylko rzeźnie. Wystarczy, jak Cezary Wyszyński, wybrać się o świcie na targ, powiedzmy w Bodzentynie, zobaczyć prosiaki przywożone w nieprzystosowanych samochodach (raz naliczyli ich 60 w peugeocie-pickupie), przeraźliwie kwiczące, bo pierwszy raz bez matki, za ogon i uszy wrzucane do plastikowych worków na kartofle, a potem do bagażnika, i wiezione kilometrami w ciemności. Albo krowy, zmuszane paralizatorem i kopaniem do wskakiwania na ciężarówki bez rampy, na wysokość stołu, leżące bez siły z półprzymkniętymi powiekami, utytłane w zaschniętym gnoju, z odłamanymi rogami, z których tryska krew, bo są mocno unerwione.

Prowincjonalne festyny, przywodzące na myśl krwawe groteski Quentina Tarantino.

Bo to nie ma duszy

Cezary Wyszyński twierdzi, że to polska specyfika; szwedzki czy austriacki gospodarz traktuje zwierzęta gospodarcze lepiej. Uważa, że w podniesieniu kultury relacji człowiek—zwierzę ogromną rolę miałby do odegrania Kościół. Ale kiedy w październiku z okazji Światowego Dnia Zwierząt Fundacja Viva! rozesłała do stu warszawskich parafii list z prośbą, żeby proboszczowie napomknęli o zwierzakach coś dobrego, przyszła tylko jedna, anonimowa odpowiedź: „co wy się takimi pierdołami zajmujecie!”.

Prof. Elżanowski dostrzega różnicę w poszanowaniu zwierząt między północną Europą a śródziemnomorską i słowiańską Europą. Ten podział niemal pokrywa się z religijnym: tam protestantyzm, tu katolicyzm i prawosławie. Dlaczego, skoro u podstaw obu leży ta sama doktryna? — Przyczyn należy upatrywać w jej stosowaniu, w klimacie, jaki dany Kościół wytwarza wokół tematu — przekonuje naukowiec. Ten nasz nazywa demonstracyjną obojętnością. Podaje przykłady: w Katechizmie, owszem, jest o tym, że ludzka godność kłóci się z zadawaniem niepotrzebnych cierpień zwierzętom, ale zaraz o tym, że „równie niegodziwe jest wydawanie na nie pieniędzy, które mogłyby w pierwszej kolejności ulżyć ludzkiej biedzie”. Dla ilu katolików te słowa oznaczają: nie wspieraj schronisk, nie odpisuj na nie 1 proc. swoich podatków, nie ładuj oszczędności w ratującą psy karetkę?

Podczas gdy w Wlk. Brytanii wprowadzono zakaz hodowli zwierząt na futra, bo ich produkcja „obraża moralność publiczną” (a inne kraje już się do tego przymierzają), w Polsce futrzane fermy przeżywają boom. Dla ilu katolików zawarte w Katechizmie przyzwolenie: „uprawnione jest wykorzystywanie zwierząt do wytwarzania odzieży” będzie usprawiedliwieniem dla obdarcia ze skóry foki, lisa, norki?

Z drugiej strony, o czym świadczą gorzkie wpisy na forach internetowych, wierzący coraz częściej oczekują, że w kościele parafialnym znajdą zrozumienie dla prozwierzęcych postaw.

Z portalu Makbet.pl: „Dokarmiam koty na warszawskim Mokotowie, w pobliżu klasztoru, gdzie mieszkają bardzo sympatyczne siostry. Kiedyś jedna kotka miała tam w piwnicy młode. Raz przychodzę i kociąt nie ma. Siostry poleciły dozorcy, żeby je wrzucił żywcem do pieca. — Dlaczego? — pytam. Odparły: — Przecież to nie ma duszy”.

Jednak w dwubiegunowej rzeczywistości i ta kościelna wizja przeznaczenia zwierząt nie jest już monolitem. Podczas gdy biskup diecezji bielsko-żywieckiej Tadeusz Rakoczy w liście duszpasterskim do młodzieży i dzieci z 30 listopada 2007 r. nawołuje: „Bądźcie współpracownikami Stwórcy, który chce zapełniać Ziemię ludźmi, nie psami, nie kotami”, do parafii mikstackiej pod Kaliszem, w odpust św. Rocha, patrona zwierząt domowych, ściągają na Mszę ze swymi psami i kotami, z papugami, chomikami, gołębiami i rybkami ich właściciele z całego kraju. I konia tu zobaczysz, i krowę — istna Arka Noego. Takie Msze odbywają się już w kilku miejscach Polski; człowiek próbuje zwierzęciu przychylić nieba. Czy to niebo wspólne dla ludzi i zwierząt? O. Leon Knabit, benedyktyn, autor książki „Czy zwierzęta mają duszę?”, zwykł mawiać: „Któż to wie? Pomysłowość Pana Boga nie zna granic”.

Bo to odpad

Człowiek chce w to wierzyć. Zakłada dla swoich zwierząt cmentarze. W Polsce jest ich 6, w Niemczech 120. Pierwszy w Europie powstał w 1812 r., u nas — 110 lat później. Dziś na polskich cmentarzach leży ponad 10 tys. pupili, głównie psów, a zapotrzebowanie jest dużo większe. W obowiązującym prawie padłe zwierzę to odpad, śmieć.

Człowiek czasami pogodzić się z tym nie może: jesienią mieszkanka Olsztyna chowa swego Reksia na cmentarzu ludzkim, bo tego dla zwierząt w okolicy nie ma. Tłumaczy: „Chciałam, żeby godnie spoczywał”. Grozi jej kara dwóch lat więzienia.

Na wsi pod Oławą ludzie nie zgodzili się, by w ich sąsiedztwie powstał cmentarz dla zwierząt, bo „to zachodnia fanaberia, świętokradztwo”. Tam, gdzie cmentarze udało się przeforsować, człowiek odwiedza je co najmniej raz w roku, w Dzień Pamięci o Zwierzętach. Na mogiłach kładzie smycze, kagańce, lateksowe kości. Tam, gdzie cmentarzy nie ma, tworzy groby wirtualne — „sadzi” kwiatki na internetowym grzebowisku. Pisze: „Bubciu, tęsknię, przepraszam”, „Lucky, udanej wyprawy na Tęczowy Most”. Tęczowy Most to metafora wieczności, tej wyodrębnionej w niej przestrzeni, w której kiedyś się spotkają człowiek i jego zwierzę. Ten Most pojawia się we wpisach bardzo często.

Czy pomieści również miliony zwierząt utylizowanych co roku w wielkoprzemysłowych ubojniach?

Cezary Wyszyński jest optymistą: skala ich zabijania na pożywienie się zmniejszy. Lecz nie etyka odegra w tym nadrzędną rolę, tylko biznes. Raport ONZ z 2006 r. stwierdza,
że gigantyczne hodowle produkują znacznie większe ilości CO2 niż jakakolwiek inna działalność człowieka. Już teraz pewne miasto w Belgii ogłosiło z tego powodu jeden dzień w tygodniu dniem bezmięsnym. Mieszkańcy przyklasnęli. — Za chwilę — przekonuje Wyszyński — świat zacznie podążać tą drogą. W końcu i Polska.

Janusz Orzechowski planuje założyć przy swojej Fundacji Serce Serc prozwierzęcy Sejm, który będzie miał tylu posłów, ile ten na Wiejskiej — takie lobby nacisku w sprawach zwierząt; w jego skład wejdą wybitne osobistości. I tak jak zwierzęta w wigilijną noc gadają ludzkim głosem, tak oni, na co dzień, przemówią zwierzęcym.

Elżbieta Isakiewicz

Telefon alarmowy do warszawskiej karetki ratującej zwierzęta: 660 444 111.
Przypadki znęcania się nad zwierzętami zaczerpnęłam m.in. z „Głosu Pomorza”, „Echa Dnia”, „Ziemi Gorzowskiej”, „Gazety Braniewskiej”, „Dziennika Elbląskiego”, „Nowej Trybuny Opolskiej”, „Gazety Wyborczej” z Lublina i Szczecina.


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kot pies zwierzęta mięso towarzystwo opieki nad zwierzętami dręczenie zwierząt weterynarze zczeniak suczka ustawa o ochronie zwierząt znęcanie się nad zwierzętami psi smalec wolno żyjące koty
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W