Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Stefan Swieżawski

OPOKA JERZEGO

Od dnia śmierci Jerzego rozmyślam o Jego roli w Kościele. Myślę o tym bardzo spokojnie, sine ira et studio. Uważam, że Jerzy był wśród ludzi Kościoła w Polsce człowiekiem, który najlepiej pojął ducha Soboru. Należał do tych, którzy w jakimś sensie przygotowywali to wydarzenie, a później znakomicie zrozumiał, czym jest Sobór, co to znaczy realizować jego posłanie i jak to jest trudne. Moim szczęściem było to, że tak długo się znaliśmy.

Nasza przyjaźń sięga lat trzydziestych. Gdy ja kończyłem studia we Lwowie, Jerzy je zaczynał. On, krakowianin, ukształtowany został przez środowisko lwowskie. Wyszedł z "Odrodzenia", podobnie jak ja i wiele innych postaci, takich jak Gołubiew, kardynał Wyszyński czy Stomma. Łączyła nas deklaracja ideowa i jeden duch, który rozpalał swoje ogniska w różnych częściach Europy i nawet świata. Te ogniska przygotowywały Sobór, ale nie wszystkie były do siebie podobne: były różnice i odcienie. Odrodzeniowe środowiska warszawskie i lubelskie skłonne były uczynić z "Odrodzenia" coś w rodzaju "wylęgarni" idealnej chadecji. Panowało tu przekonanie, że partia katolicka może zbudować przyszły świat. "Odrodzenie" wileńskie z Henrykiem Dembińskim uważało z kolei, że trzeba "uchrześcijanić" komunizm, skrajne nurty lewicowe i że to będzie przyszłość chrześcijaństwa. We Lwowie było zupełnie inaczej. Myśmy naprawdę żyli Kościołem. Zasadniczą sprawą była dla nas eklezjologia; nie teoretyczna, ale jako życie. Zastanawialiśmy się, co należy czynić, by Kościół mógł zacząć na nowo żyć pełnym życiem ewangelicznym; główną sprawą było aggiornamento. W prężnym środowisku lwowskim dominował duch otwartości, bardzo znamienny dla późniejszej działalności Jerzego. Otwartości także ku Żydom, a był to czas antyżydowskich bojówek i rugowania Żydów ze wszystkich stanowisk. Zdecydowane "nie" ze strony "Odrodzenia" lwowskiego było bardzo silne. Było to też bodaj jedyne środowisko na terenie Lwowa, które - mimo nieprawdopodobnych trudności - przerzucało mosty ku Ukraińcom.

Jerzy - podobnie jak cały nasz krąg - był ogromnie wyczulony na wszystkie totalizmy. Mimo sympatii dla środowiska wileńskiego i osobistej przyjaźni nas wszystkich z Henrykiem Dembińskim, którego ideą byłą uchrześcijaniona lewica, jak ognia baliśmy się jakiegokolwiek totalizmu lewicowego - podobnie jak prawicowego. Obydwa uważaliśmy za deformację chrześcijaństwa; coś, czego absolutnie w chrześcijaństwie być nie może. Stąd starcia z Młodzieżą Wszechpolską, z potężnym ONR-em i wszystkimi rozgałęzieniami ruchu narodowego, który stawał się coraz bardziej szowinistyczny, nacjonalistyczny i totalistyczny właśnie.

Od chwili, kiedy pobraliśmy się z Maryś w 1933 roku, "patronowaliśmy" zawiązującemu się nowemu małżeństwu Anny i Jerzego Turowiczów, które zrealizowało się tuż przed wojną. Okupację przeżyliśmy w Szczawnicy, a Turowiczowie pod Krakowem. Tak się złożyło, że któregoś dnia w 1941 lub 42 roku musieliśmy przybyć do Krakowa i - pamiętam, że było to na ulicy Batorego - spotkaliśmy się z Jerzym. Idąc ulicą, snuliśmy marzenia o spełnieniu się kiedyś naszych ideałów. Jerzy powiedział wówczas, że marzy o tym, by kiedyś, gdy wszystko się uspokoi, założyć silne środowisko prasy katolickiej. Ja zwierzyłem się z wielkiego pragnienia, by otrzymać kiedyś katedrę filozofii i nauczać takiej filozofii, o jakiej marzę... Znakomicie się rozumieliśmy, bo już wtedy naszym wspólnym mistrzem był Jacques Maritain. Jerzy zawsze "żył" Maritainem, rozczytywał się w jego dziełach Maritaina, głównie w "Humanizmie integralnym". Spotkał go dopiero w Rzymie z okazji zakończenia Soboru. Wspaniała była ta długa, niezdawkowa rozmowa, choć nie pamiętam już jej przebiegu...

Tuż po wojnie marzenia Jerzego zaczęły się urzeczywistniać. Powstał "Tygodnik", wkrótce potem "Znak". Jerzy stworzył opokę, skałę. Jego praca była realizacją owych przedwojennych idei, co w pewnych sytuacjach wymagało wielkiego męstwa i mądrości. Coraz wyraźniej postępowała okupacja sowiecka. W czasach stalinowskich postawa Jerzego była bardzo zdecydowana. Żeby wobec sowieckiego olbrzyma powiedzieć "nie" i nie wydrukować pochwalnego nekrologu Stalina? Wymagało to wręcz heroizmu. Oczywiście, olbrzym powoli trzaskał, ale był jeszcze bardzo potężny. "Na szczęście" skończyło się to "tylko" przejęciem "Tygodnika" na kilka lat przez PAX. Całą tę sytuację Jerzy znosił z ogromną odwagą i męstwem. W latach 1949-55, które były epoką cierpień, heroizmu, męstwa i mądrości - Jerzy był jednym z głównych filarów; działał na pierwszej linii frontu. To było chodzenie po linie. Ów czas cierpień, trudu i upokorzeń był jednak równocześnie czasem wspaniałości; epoką, w której przygotowywało się coś wielkiego. Dlatego śmierć Jerzego jest końcem epoki.

Gdy nadszedł Sobór, początkowo nie zdawaliśmy sobie sprawy, do jakiego stopnia jest on realizacją naszych młodzieńczych marzeń. Jestem głęboko przekonany, że rację miał Jean Guitton, uważając Sobór za największe wydarzenie mijającego wieku. Soborowa rola Jerzego jest ogromna. Owszem, dziennikarzy na Soborze było wielu, ale On był korespondentem ze świata komunistycznego i tylko tutaj mógł nawiązać niezwykle ważne kontakty. Jego głęboka przyjaźń z bratem Rogerem i wieloma innymi wspaniałymi ludźmi zaczęła się podczas Vaticanum II. To właśnie Jerzy zawiadomił mnie telefonicznie, że wraz z Maritainem mam odebrać z rąk Pawła VI soborowe przesłanie do intelektualistów. Paweł VI, jeszcze jako monsignor Montini, był tłumaczem "Humanizmu integralnego". Wręczając posłanie wstał (co uczynił bodaj tylko wobec przedstawicieli intelektualistów) i uściskał Maritaina, jakby chciał podkreślić, że tę właśnie linię uznaje za linię Soboru.

Być może największy powojenny dramat Kościoła w Polsce polegał na tym, że w systemie komunistycznym realizacja Soboru była w 90 procentach niemożliwa. Myślę, że tragedią kardynała Wyszyńskiego było to, iż nie mógł pokierować należytą recepcją Vaticanum II. Wyobraźmy sobie choćby ekumenizm przesiąknięty agentami UB! To było przecież straszliwie trudne, nierealne, niemożliwe. Równocześnie Kościół w Polsce potrzebował soborowej rosy jak sucha, spragniona ziemia. "Tygodnik" robił tu, co mógł. Jerzy jest tym człowiekiem, który od samego początku głęboko zrozumiał eklezjologiczny program Soboru, czyli dążenie ku Kościołowi prawdziwie wspólnotowemu, służebnemu i otwartemu. W tej dziedzinie trzeba było właściwie jeszcze większego męstwa niż wówczas, gdy "Tygodnik" został odebrany prawowitej redakcji i przekazany PAX-owi...

Mimo wszystkich ataków czy kpin Jerzy pozostał wierny wielkiej tradycyjnej myśli filozoficznej. Przy całej swojej nowoczesności i otwarciu na to, co wartościowe, w tym, co nowe, widział niewiędnącą wspaniałość metafizyki, wielkiej klasycznej filozofii św. Tomasza. Jerzy był prawdziwym renesansowym uomo universale; człowiekiem, który miał ogromne poczucie humoru, zrozumienie dla piękna, spokój i dominującą nad wszystkim mądrość. Posiadał bezbłędną skalę wartości: widział jasno, co jest wartością większą, a co winno pozostać na dalszym planie. Równocześnie zaś cechował go umiar; nigdy nie szedł ku skrajnościom. Wiązało się to ze swego rodzaju dynamizmem: to był dynamizm szukający umiaru. Wreszcie ogromna umiejętność, która objawiła się w jego znamienitej działalności pisarskiej: wiedział, gdzie postawić akcent. Jako historyk filozofii mogę powiedzieć, że wszystkie przemiany w dziejach myśli ludzkiej nie dokonują się poprzez spektakularne rzucanie zupełnie nowych haseł, tylko przez przestawianie akcentów. Umiejętność akcentowania była niezmiernie ważna, zwłaszcza pod rządami komunizmu.

Dzisiejsza rola "Tygodnika"? Nie ma innej, jak tylko rola nieustraszonego dzwonu, który ciągle przypomina, że realizacja Soboru jest sprawą zasadniczą dla całego XXI wieku. Nie ma innej drogi. Jeżeli nie podejmie tego "Tygodnik", zrobią to inni. Realizacja Soboru nie może się urzeczywistniać przez dekrety, decyzje synodów etc. One są bardzo potrzebne, ale realizacja Soboru musi dokonywać się przez metanoię, przez wewnętrzną przemianę, przez nawrócenie intelektualne i duchowe człowieka. Temu działaniu musi towarzyszyć odwaga mówienia prawdy, dyskusji także z hierarchią. Dzieło to winni prowadzić ludzie głęboko wierzący. Czasy wymagają połączenia wielkiego męstwa z wielką wiarą.

Stefan Swieżawski



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Żydzi śmierć kultura praca Opoka Tygodnik Powszechny wspomnienie Gołubiew Jerzy Turowicz eklezjologia znak Stefan Swieżawski gazeta redakcja epitafium Pax Wyszyński Stomma Henryk Dembiński Ssobór Watykański II
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W