Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jacek Woźniakowski

PRZED PÓŁWIECZEM

Jedyny instrument techniczny, jakim posługiwał się Jerzy jako redaktor naczelny "Tygodnika" (nie licząc ołówka i wiecznego pióra - długopisy pod koniec lat czterdziestych jeszcze chyba nie istniały?), to był sznurek. Za przykładem Jerzego jako sekretarz redakcji nosiłem zawsze taki sznurek w kieszeni: kilkumetrowej długości, miękki i wytrzymały, zakończony węzełkiem, z lekka umazany w farbie drukarskiej. Przy łamaniu numeru pisma sznurek służył do mierzenia długości szpalt, w miarę jak wiersz po wierszu wypadały z linotypu. Mieliśmy dużą wprawę w czytaniu ołowianych literek, widzianych do góry nogami - niekiedy ostatnie adiustacyjne muśnięcia następowały właśnie z okazji tej lektury. Potem trzeba było złamać kolumnę (czyli skomponować stronę), odbić ją, odnieść do cenzury, odczekać parę dni, wykłócić się z cenzurą i po jej tzw. ingerencjach niejednokrotnie przełamać numer, więc znowu redakcja - drukarnia - cenzura i tak wkoło, oczywiście na piechotę, rzadziej tramwajem.

Z powodu samego istnienia cenzury, to znaczy świadomości, że różnych tekstów nie warto nawet pisać, ileż to przepadło mądrych diagnoz, przenikliwych analiz i projektów. Jak wiele dobrego mogłyby one zrobić (myślałem nieraz, słuchając wypowiedzi Jerzego), gdyby udało się wówczas ujawnić je nie tylko w strzępach i mniej lub bardziej wymownych przemilczeniach.

Z tamtych czasów szczególnie ostro rysuje mi się w pamięci, prócz Jerzego, stojący nad obitym blachą stołem obok pana Janoty, naszego metrampaża, Lech Beynar (czyli Paweł Jasienica), widzę też na tle drukarni Antoniego Gołubiewa i Jana Józefa Szczepańskiego, a przy innym stole i przy innym metrampażu Andrzeja Kijowskiego. Odwiedzał nas też niespodziewanie pewien były metrampaż, niespełna rozumu. Wieść niosła, że zamiast spalić w kadzidlanym dymie próbne odbitki plakatu ze Stalinem, nieszczęśnik zaniósł tę makulaturę do ubikacji, wskutek czego świętokradcą zajęła się tak żwawie bezpieka, że postradał zmysły i tułał się między blaszanymi stołami jak widmo.

Jerzy nosił ze sobą schludnie narysowane, alternatywne plany numerów pisma, spisy artykułów, które napłynęły i takich, które chcieliśmy zamówić, także sporządzone ołówkiem, pionowe poliniowane calendaria z planem zajęć na kilka dni, i wreszcie stosy rękopisów, do przeczytania, kiedy się da i do omówienia z autorami, na koniec stosy czasopism - w różnych językach, jeśli o nas ktoś za granicą pamiętał, jeśli szmugiel się powiódł albo cenzura pocztowa się zagapiła. W rezultacie teczka lub torba Jerzego pęczniała do niemożliwości, uginał się niesymetrycznie pod jej ciężarem, ale o dziwo panował nad jej zawartością. Nawet hektolitry kawy, kiedy udawało się ją mieć, i coraz obficiej wypalane papierosy nie tłumaczą, jak przy takich zajęciach Jerzy znajdował czas na pisanie, na koncerty, na wystawy, na teatr, na filmy i zwłaszcza na książki: na ulubionych poetów (Miłosz, Gałczyński, Liebert?), na ulubionych myślicieli (Maritain, Mounier, kilku francuskich teologów, Bolesław Miciński?), na reprodukcje Skiry, nawet na powieści. Nie mówiąc o tym, ile musiał namarnować godzin, z racji swego redaktorstwa biorąc choćby bierny udział, konieczny dla istnienia pisma (do czasu!), w jakichś bezsensownych komitetach czy frontach.

Kiedy po roku 1956 zaczęliśmy z rzadka wyjeżdżać za granicę, nim ktokolwiek zdążył ochłonąć z wrażeń bardzo niekiedy uciążliwej podróży, Jerzy jakimś cudem wiedział już wszystko, co trzeba o kulturze danego miasta, a także, jak się gdzie dostać i po co. Ale pewnych form organizacji pracy bardzo nie lubił: latami trudno mu było wyperswadować, żeby zamykał drzwi swego zawalonego papierami gabinetu przynajmniej na czas zebrań redakcyjnych, które się tam odbywały, albo żeby w trakcie tych zebrań nie pędził na każde wezwanie do telefonu. Szczęściem nie opuszczało go łagodne, nie ostentacyjne, ale bardzo śmieszne poczucie humoru, ani ten sposób bycia, który zjednywał mu wszędzie tylu przyjaciół i pozwolił mu zgromadzić zespół - czy też kolejne zespoły - podobnie dążących ludzi, nie myślących ani o pieniądzach ani o karierze, którzy współpracowali, spierali się i przyjaźnili, bo mieli wzajem do siebie absolutne zaufanie.

Jerzy był po prostu organicznie niezdolny do zacietrzewień, zaślepień i fałszów. Jego poczuciu rzeczywistości i narzucanych przez nią ograniczeń (co wyrażało się nieraz w formie "ja, jako Krakauer, myślę, że...") towarzyszyła serdeczna dyskrecja, niechęć do wyrywania się naprzód z własnym zdaniem, niechęć posunięta czasem aż za daleko, zważywszy że własne zdanie zwykle miał i w momentach kluczowych umiał je ujawnić, zdanie często lepiej wyważone i solidniej ugruntowane niż wiele zdań cudzych, które jednak zawsze starał się brać pod uwagę.

*

Teraz tę dyskrecję Jerzego naruszę, ale nie weźmie mi tego za złe, bo przecież darem przyjaźni człowiek powinien się dzielić, choćby ów dar nie był ujęty w słowa i polegał przede wszystkim na długoletnim współdziałaniu i obcowaniu, na intensywnym i prawie niedostrzegalnym promieniowaniu osobowości Jerzego. Myślę, że jej fundamentem (więc także fundamentem tego wyjątkowego miejsca, jakie Jerzy zajmie w historii) jest nie tylko "zwyczajna dobroć", ale i to również, że kiedy Jerzy w modlitwie wypowiadał Credo, każde słowo miało pokrycie w jego przemyśleniach, przeświadczeniach i uczuciach. "Wierzę w Ducha świętego, święty Kościół powszechny..." Jerzy kochał Kościół. Zauważyłem, że niektórych naszych przyjaciół to jakby żenowało. Ten Kościół, przecież nie taki znów święty, mruczą pod nosem. Nie czas tu i nie moja kompetencja wchodzić w eklezjologię. Ale jednego jestem pewien. Jerzy Turowicz wierzył najgłębiej, że Duch tchnie kędy chce, że jest Panem i Ożywicielem - także Kościoła. Czy - przede wszystkim Kościoła. Kościoła powszechnego: tę powszechność Jerzy przeżywał głęboko. I zaraz potem następują w Credo tajemnicze słowa o świętych obcowaniu, grzechów odpuszczeniu i ciała zmartwychwstaniu: "Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie".

Módlmy się, byśmy umieli tak ufnie jak Jerzy zawierzyć temu oczekiwaniu.

Jacek Woźniakowski



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć kultura praca cenzura poczucie humoru Tygodnik Powszechny wspomnienie Jerzy Turowicz przyjaźń Jacek Woźniakowski gazeta redakcja epitafium sznurek
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W