Chłopiec z charakterem

Jadąc do Zuzeli, miejsca urodzin Prymasa Tysiąclecia, zadajemy sobie pytanie: jakie było jego dzieciństwo i młodość?

Najbliżsi, dom rodzinny i miejsca związane z dzieciństwem bardzo często na całe życie kształtują osobowość człowieka. Wizytą w Zuzeli (miejscu urodzenia i wczesnego dzieciństwa) oraz w Andrzejewie (miejscu wczesnych lat szkolnych) rozpoczynamy wakacyjny cykl poświęcony Prymasowi Tysiąclecia, ks. kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Będziemy przypominać nie tylko miejsca z nim związane, ale także przytaczać jego słowa, wspomnienia i refleksje.

Droga do Zuzeli, małej wioski położonej na pograniczu województwa podlaskiego i mazowieckiego, wiedzie przez malownicze tereny nad Bugiem. Jadąc drogą kilka razy mija się piękne, zarośnięte, czasami rozległe zakola rzeki. Także w Zuzeli, tuż za dzisiejszym kościołem wiła się wstęga wody, ale na przestrzeni dziesięcioleci Bug zmienił bieg i oddalił się o 1,5 km na południowy zachód pozostawiając w tym miejscu tylko zielone mokradła. „Pamiętam pierwsze po obudzeniu się wejrzenie przez okno na niedaleki Bug, którym płynęły berliny ze zbożem, świecąc z daleka białym płótnem żagli. Było to dla nas niezwykle ulubione zajęcie: prosto z łóżka biegliśmy do okna, żeby je zobaczyć” - wspominał w 1971 roku kard. Wyszyński.

W takiej scenerii 3 sierpnia 1901 roku przyszedł na świat Stefan, syn Stanisława i Julianny z domu Karp. Ojciec był organistą w miejscowym kościele, więc cała rodzina mieszkała w organistówce, która w czasie wojny została zniszczona. Dziś stoi na tym miejscu drewniany budynek, ale wygląda już zupełnie inaczej. Kilka metrów dalej znajduje się drewniana szkoła, jedyny obiekt, który ocalał po wojennych zawieruchach. W niej zrekonstruowano dwupokojowe mieszkanie Wyszyńskich (dawniej w tych pomieszczeniach mieszkał nauczyciel). W trzecim pomieszczeniu pozostała dawna izba lekcyjna, w której przez dwa lata uczył się mały Stefan. Ale o tym za chwilę.

Kłótnie o skuteczność

Jeszcze tego samego dnia, 3 sierpnia, po urodzeniu dziecko Stanisława i Julianny zostało ochrzczone w miejscowym, zabytkowym drewnianym kościele. Chrzcielnica i obraz Matki Bożej w drewnianym ołtarzu, przeniesione z dawnej świątyni można dziś zobaczyć w nowej, murowanej. „Pozostała mi w pamięci ta chrzcielnica, z której kapłan, ówczesny duszpasterz tej parafii, czerpał wodę chrzcielną, aby omyć mnie i moje trzy siostry. Do sędziwego księdza kanonika Antoniego Lipowskiego często musiałem biegać, posyłany przez ojca z różnymi sprawami, głównie z metrykami do podpisu. Ksiądz Kanonik nie lubił, gdy się garbiłem. Nazywał mnie „garbulem”. Nieraz mi mówił: „Jak ci przyłożę sękala, to się wyprostujesz”. Prostowałem się jak mogłem. Do dziś staram się trzymać prosto. Pamiętam tego kapłana, gdy nauczając z ambony w starym kościele, niekiedy płakał, wspominając najrozmaitsze cierpienia, braki i grzechy wspólne wygnańcom, synom Ewy. Umiał też po swojemu godzić małżeństwa. Nieraz byłem świadkiem specjalnej metody godzenia zwaśnionych małżonków. Nie wszystko jednak nadaje się do opowiadania. Ale to, co najbardziej zapadło mi w pamięć, to rozpoczęcie budowy nowego kościoła. Wtedy budowano inaczej, z wielkim trudem. Stroną gospodarczą i rachunkową zajmował się mój ojciec. Do niego należało załatwienie wielu spraw z murarzami i majstrami. Pamiętam pierwsze wykopy pod fundamenty świątyni. Widziałem olbrzymie sterty wydobytych przy kopaniu fundamentów kości naszych pradziadów, dziadów i ojców, które później uroczystym pogrzebem pochowano pod tą świątynią. Pamiętam, że niekiedy byliśmy wzywani na pomoc gdy zabrakło cegieł na rusztowaniach. Dźwiganie cegieł było pierwszym przyczynkiem do budowania kościoła, najpierw materialnego, a dzisiaj duchowego” - pisał będąc w Zuzeli już Prymas Polski. Świątynia, tak jak i ostatnia drewniana - nosi wezwanie Przemienienia Pańskiego.

Wyszyńskim powodziło się całkiem nieźle. Organista w tamtych czasach był ważną osobę we wsi. Dlatego też w mieszkaniu rodziców Stefana nie zabrakło nawet biblioteczki z książkami, na którą mogli sobie pozwolić tylko bardziej zamożni obywatele. Nie to jednak w ich domu było najważniejsze. Centralne miejsce każdego dnia zajmowała modlitwa. „Mój ojciec z upodobaniem jeździł na Jasną Górę, a moja matka - do Ostrej Bramy. Razem potem schodzili się w nadbużańskiej wiosce, gdzie się urodziłem i opowiadali wrażenia ze swoich pielgrzymek. Ja, mały brzdąc, podsłuchiwałem, co stamtąd przywozili. A przywozili bardzo dużo, bo oboje odznaczali się głęboką czcią i miłością do Matki Najświętszej i jeżeli co na ten temat ich różniło, to wieczny dialog, która Matka Boża jest skuteczniejsza, czy ta, co w Ostrej świeci Bramie, czy ta, co Jasnej broni Częstochowy. W domu moim nad łóżkiem wisiały dwa obrazy: Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Ostrobramskiej i chociaż w onym czasie do modlitwy skłonny nie byłem, zawsze cierpiąc na kolana, zwłaszcza podczas wieczornego Różańca, jaki był zwyczajem naszego domu, to jednak po obudzeniu się długo przyglądałem się Czarnej Pani i tej Białej. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego jedna jest czarna, a druga biała?” - takie wspomnienia zanotowano w Stryszawie w 1965 roku. Atmosfera rodzinnego domu była przeniknięta modlitwą i czcią do Boga oraz Matki Jezusa. Drugą wielką miłością Wyszyńskich była Ojczyzna. Zuzela była pod zaborem rosyjskim i Stefan rozpoczął naukę w szkole właśnie w tym obcym języku. Jednak już jako zaledwie siedmioletni chłopiec buntował się przeciwko narzuconemu językowi zaborcy. Ojciec czasami zabierał go na nocne wyprawy po lasach, kiedy z innymi mężczyznami z wioski stawiali na drogach i różnych kopcach krzyże, co także Ks. Prymas potem wspominał. Mówił też o zakazanej książce „Dwadzieścia cztery obrazki” o historii Polski. Stefan wiedział, że musi to wszystko zachować dla siebie. W ten sposób od najmłodszych lat kształtował ducha walki i miłości do Ojczyzny. Obserwował też niesamowitą wiarę prostych mieszkańców nadbużańskich terenów. „Pamiętam do dzisiaj ludzi prostych, których obserwowałem jako chłopiec. Zdumiewająca była ich spokojna ufna wiara. Tego nie można nazwać żadną miarą - niewiedzą religijną, bo z tym się łączy patrzenie w głąb, niemal jakieś mistyczne obcowanie. Ci ludzie widzą to, w co wierzą” - wspominał w Gnieźnie w 1958 roku Prymas Polski.

Zastępcza Matka

Od samego początku mały Stefan był chłopcem z charakterem, wiedział, czego chce, ale zdarzały mu się także szalone wybryki. Choćby spalenie siostrom wszystkich lalek, za co ojciec miał wymierzyć mu sprawiedliwość. Kiedy malec schował się pod fortepianem, otoczyły go siostry i prosiły ojca, żeby jednak mu darował, bo przecież „Stefek się nawróci”. „Jak widzicie, nawróciłem się” - żartował w czerwcu 1970 roku w Warszawie kard. Wyszyński. Swój niezłomny charakter młody chłopiec pokazał jakiś czas później, kiedy rodzina przeniosła się kilkanaście kilometrów dalej do Andrzejewa. Tam ojciec dostał lepszą posadę organisty. Jednak będąca w zaawansowanej ciąży Julianna, zaczęła chorować. Pewnego dnia siostra przybiegła po Stefka do szkoły z wiadomością, że mama bardzo źle się czuje. Nauczyciel jednak nie pozwolił uczniowi wyjść z klasy. Reakcja młodego Wyszyńskiego była natychmiastowa, tupnął nogą i zaprotestował. Opuścił klasę samowolnie mówiąc, że już nie wróci do szkoły, w której nie podobało mu się nauczanie po rosyjsku. Mówiono o nim, że ma charakter. Choć na co dzień był cichy raczej i spokojny, to umiał się sprzeciwić i wyrazić swoje zdanie. W 1910 roku rodzinę Prymasa dotknęła tragedia, najpierw zmarła matka Julianna, rodząc kolejną córeczkę. Tydzień później odeszło dziecko. Wydarzenia te wstrząsnęły wszystkimi, szczególnie Stefanem. Naprzeciwko kościoła parafii Wniebowzięcia NMP znajduje się brama, a za nią Aleja Prymasa Wyszyńskiego. Drzewa osłaniające drogę prowadzą na cmentarz parafialny. To tutaj niemal po miesiącu cierpienia spoczęła matka Stefana, odprowadzona przez całą rodzinę. Jej grób znajduje się po prawej stronie głównej alei, na wysokości kaplicy stojącej w centrum nekropolii. To właśnie wtedy przyszły kapłan zaczął szukać pocieszenia w ramionach Maryi i otaczać ją szczególną czcią. Nie było to trudne, bo silna obecność Matki Bożej w domu Wyszyńskich panowała od zawsze. „Po śmierci matki naszej, służąca domowa, zacna Ulisia, często nam mówiła o Matce Niebieskiej. Byłem sercem związany z pięknym posągiem Matki Bożej, stojącym na cmentarzu kościelnym w Andrzejewie” - przypomniał sobie w Rywałdzie Ks. Kardynał w 1953 roku. Miłość do Matki Bożej rosła w nim, można powiedzieć, od tej pory z każdym dniem i naznaczyła całe jego posługiwanie w polskim Kościele.

W Andrzejewie Stefan przyjął I Komunię Świętą oraz rozpoczął służbę przy ołtarzu jako ministrant. „W tej świątyni w Andrzejewie kształtowało się, rozwijało i dochodziło do świadomości moje powołanie kapłańskie. Tutaj postanowiłem, że pójdę do seminarium i będą pracował nad tym, aby zasłużyć sobie na łaskę kapłaństwa. I tu po raz pierwszy wyjawiłem swoją tajemnicę mojemu ojcu, który tyle lat służył ku większej chwale Bożej. Nie bez oporu otrzymałem od ojca błogosławieństwo na drogę kapłaństwa Chrystusowego. Życie człowieka składa się z szeregu drobnych może, ale wiele niekiedy znaczących i decydujących chwil. Pamiętam jedną z nich. Było to w Wielki Piątek, w nocy. Cała niemal parafia zebrała się na ostatnie Gorzkie żale. Śpiewano wszystkie trzy części, jak wtedy było w zwyczaju, a w przerwach obchodzono Drogę krzyżową. Całą noc przesiedziałem w kościele skulony przy konfesjonale, który stał przy wejściu do zakrystii. Zapamiętałem mocno tę modlitwę przy Grobie Chrystusa. Przeżycia tej nocy rzeźbiły moją chłopięcą duszę, pomagały mi odkrywać piękno drogi, którą zamierzałem pójść. Uważałem, że to jest jedyna droga dla mnie i nie może być innej. I do dziś nie mam żadnej wątpliwości, że taka powinna być moja droga.” - pisał w Andrzejewie kard. Wyszyński w 1971 roku.

Kapłaństwo w trudnych czasach

Dalsza droga Stefana Wyszyńskiego wiodła przez Gimnazjum Górskiego w Warszawie, szkołę w Łomży, a następnie Niższe oraz Wyższe Seminarium Duchowne we Włocławku. Święcenia kapłańskie młodzieniec przyjął w dniu swoich 23. urodzin w katedrze włocławskiej z rąk biskupa Wojciecha Owczarka. Na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim studiował prawo kanoniczne, a następnie oddał się pracy duszpasterskiej jako wikariusz. Od 1932 roku redagował miesięcznik „Ateneum Kapłańskie”. Kierował też Sodalicją Mariańską, prowadził Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy i działalność społeczno-oświatową w chrześcijańskich związkach zawodowych. Ponadto został pierwszym kapelanem i działaczem Stronnictwa Pracy (powołane w 1937 roku). Po wybuchu II wojny światowej, za radą biskupa Michała Kozala, ukrył się przed Gestapo w wiosce Stanisławka na Lubelszczyźnie. W czasie Powstania Warszawskiego był kapelanem grupy AK Kampinos. Po wojnie wrócił do Włocławka i sprawował obowiązki rektora seminarium, próbując wznowić jego działalność. 4 marca 1946 został wyświęcony na biskupa lubelskiego, a już dwa lata później niespodziewanie mianowano go arcybiskupem metropolitą gnieźnieńskim i warszawskim oraz Prymasem Polski. Na początku 1953 roku ks. abp Wyszyński został kardynałem, członkiem watykańskiego kolegium.

 

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama