Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

ks. Adam Boniecki


Niewielka WIELKOŚĆ



„Zapiski” ks. Jerzego Popiełuszki, 11 stycznia 1984:
Wielką radością było spotkanie się z ks. Bonieckim z Watykanu. Bardzo serdecznie zainteresował się moimi sprawami po to, by zdać dokładnie relację Ojcu św. Był pełen uznania dla tekstów – ze Mszy św. Większość z nich przeczytał.


Spotkaliśmy się z inicjatywy wspólnych przyjaciół, Anny i Klemensa Szaniawskich. Odwiedziłem ich późnym popołudniem, Ania zatelefonowała do księdza Jerzego. Powie-działa, bez podawania racji (telefon na podsłuchu), że musi przyjść. Ksiądz się wymawiał, tłumaczył, że ma już umówione spotkanie, ale Ania nie ustąpiła. Po godzinie zadzwonił więc do drzwi mieszkania na Gojawiczyńskiej. Był z nim Waldemar Chrostowski.

Podczas kolacji popijaliśmy wino, a ksiądz Jerzy żartobliwie zauważył, że kiedy w parafii składano ślub abstynencji, on siedział w więzieniu, dzięki czemu przysięgi nie zło-żył i może się teraz napić. Opowiadał o aresztowaniu, serdecznie o towarzyszach z celi, którzy okazali mu wiele szacunku. Milicjantowi, który dokonywał upokarzającej rewizji – sam funkcjonariusz był zażenowany – obiecał, że ochrzci dziecko, które niebawem miało się urodzić.

Byłem pod wielkim wrażeniem. Szedłem na spotkanie z jednym z najsławniejszych ludzi w Polsce, podświadomie obawiając się, że to jeszcze jeden z politycznych kazno-dziejów-gwiazdorów, a przede mną siedział młody, drobnej postury ksiądz, który nie uważał się ani za wielkość, ani za bohatera. Był rozluźniony, pogodny i przejęty spotka-niem z kimś, kto – być może – niebawem spotka Papieża. Kiedy rozmowa zeszła na ewentualność uwięzienia, z jego ust nie padły żadne podniosłe deklaracje. Szczerze wyznał, że się więzienia boi, bo nie wyobraża sobie, jak mógłby żyć bez koniecznych lekarstw (cierpiał na chorobę wrzodową). Pamiętam to poczucie kontrastu: legenda, a niepokoi się o wrzody.

Spotkanie u Szaniawskich było za krótkie. By móc zdać pełniejszą relację Janowi Pawłowi II, umówiłem się z ks. Popiełuszką jeszcze na dzień następny. I niemal cały ten następny dzień przegadaliśmy – najpierw w naszym domu zakonnym na Marymoncie, a potem u niego, na plebanii u św. Stanisława Kostki. Oto zapamiętane i zanotowane wrażenia z tamtych rozmów.

Na gorąco

Mówiąc o Mszach za Ojczyznę, jakby nie przywiązuje wagi do tego, że na jego Msze, na jego kazania ciągną z całej Polski tłumy. Uważa, że został zagarnięty przez wielkie wydarzenia. Uderzająca jest jego skromność, rzadki u nas, księży, brak egocentrycznego eksponowania swojej roli.

Chętnie i obszernie mówi o owocach duchowych tych spotkań, o ludziach, którzy wrócili do Boga, o pojednaniach, o udzielanych po wielu latach rozgrzeszeniach. Znacznie mniej o aspektach policyjnych. Ten wątek pojawia się raczej jako zabawne anegdoty, opowieści o sposobach neutralizowania prób prowokacji.

Oczywiście wie, że jest na muszce. Wspominał o wrzuconej mu do mieszkania cegle z ładunkiem wybuchowym, ale mówił o tym, by opowiedzieć o ludziach, którzy wiernie go chronią.

Ogromnie go boli, że kiedy wypuszczony z więzienia poszedł z kwiatami do ks. Prymasa Glempa podziękować za interwencję (interweniował abp Bronisław Dąbrowski), ks. Prymas od progu zaczął go surowo upominać, że źle spełnia obowiązki duszpasterza pielęgniarek i że może odebrać mu facultates. Pytał mnie, co – z kanonicznego punktu widzenia – mu grozi, bo słowa Prymasa zrozumiał tak, że może być zredukowany do stanu świeckiego. Uspokoiłem go, że to wykluczone. Może, co najwyżej, otrzyma zakaz głoszenia kazań...

Opowiada to ze łzami w oczach, mówi, że tak nie rozmawiali z nim nawet esbecy. Jest rozżalony, bo przecież szedł dziękować, i dlatego, że czuje się niesprawiedliwie oceniony, bo wie, że duszpasterskie obowiązki wykonuje dobrze. Pyta, co moim zdaniem powinien zrobić. Jest coś wzruszającego w tym, że on, który pociąga setki tysięcy ludzi, pyta mnie, tak jak młodszy ksiądz pyta starszego brata...

Powiedziałem, że takie rzeczy w Kościele trzeba spokojnie wytrzymywać, i radziłem, by o tym incydencie nie opowiadał wszystkim znajomym – co chyba robił – bo nastawienia Prymasa przez to nie zmieni, a sobie zaszkodzi.

Mówimy też o ewentualności jego wyjazdu na studia do Rzymu. Powiedział, że zapytany przez któregoś z przełożonych odparł, iż nie może jechać, bo nie może sprawić zawodu ludziom, którzy mu zaufali, odniosłem jednak wrażenie, że ewentualności wyjazdu nie odrzuca. Powiedział coś takiego, że nie teraz, ale potem jednak będzie musiał pojechać.

W sumie: wielkość, która nie przywiązuje do swojej osoby wielkiej wagi. Wielkość sprawy, wielkość wydarzeń, w środku których się znalazł, ale nie wielkość jego samego.

Kazania

Po pierwszym spotkaniu ksiądz Jerzy dał mi skrypt zbioru swoich kazań. W nocy, przed drugim spotkaniem, przeczytałem go niemal w całości. Trochę o tym rozmawialiśmy. Mówił, jak na kilka dni zaszywa się w jakimś cichym miejscu, żeby pisać. Uważał, że należy pokazywać piękno i moc tego, co dobre, a nie malować obrazy szerzącego się zła. Wspomniał, że księdzu M., który walczył z przerywaniem ciąży, przedstawiając apokaliptyczne statystyki dokonanych aborcji, radził zmianę stylu. Informacja, że tylu ludzi to robi, nie powstrzyma, a raczej zachęci. Pytał mnie, czy ma rację.

Nie pamiętam, czy na jego prośbę, czy z własnej inicjatywy podjąłem się zabiegać o wydanie tych kazań poza Polską. Skryptu nie zabrałem, wymagał jeszcze uzupełnień, i ktoś mi go dostarczył potem do Rzymu. Oczywiście najpierw zwróciłem się z tym do Jerzego Giedroycia, który był ogromnie zainteresowany księdzem Popiełuszką. Uprzedziłem, że książka, mimo otoczki politycznej, jest typowo religijna. Redaktor szybko przeczytał i uznał, że rzeczywiście jako książka religijna nie pasuje do profilu „Kultury”. Zaproponował, by za pieniądze z Funduszu „Kultury” kazania wydała Libella, paryskie wydawnictwo państwa Romanowiczów. Na tym też stanęło.

Skrypt wymagał jeszcze pewnych drobnych wyjaśnień. Mam w moim archiwum list ks. Jerzego Popiełuszki, w którym ich udziela, i kończy: „Łączę serdeczne pozdrowienia i zapewniam o pamięci w codziennej modlitwie. Niech dobry Bóg wynagrodzi Księdzu swoją Łaską za to wszystko, co zrobił dla mnie, a tym samym dla wspólnej sprawy. XJP”.

Książka pod tytułem „Kazania patriotyczne” wyszła w 1984 r., już po śmierci księdza Jerzego.

Za spiżową bramą

Jeszcze w Watykanie zauważyłem, że niektóre dość miarodajne osobistości przyjeżdżające z Polski odnosiły się do księdza Jerzego z pewnym sceptycyzmem, kontrastującym z entuzjastycznymi opiniami, które słyszałem w Polsce. Z rozmowy z nim samym wyniosłem z kolei wrażenie, że nie czuje wsparcia miejscowej hierarchii. Owszem, abp Dąbrowski wyciągnął go z więzienia, miały miejsce życzliwe gesty, ale np. podczas papieskiej wizyty nie znalazł się na liście osób dopuszczonych do Papieża (choć jako duszpasterz służby zdrowia miał do tego tytuł).

Po powrocie z Polski, zaproszony – jak to zwykle po tych powrotach bywało – na śniadanie, obszernie zrelacjonowałem Papieżowi wszystko, co widziałem. Jan Paweł II nie komentował mojej opowieści. Kilka dni później przyjmował na kolacji pomocniczego biskupa warszawskiego Zbigniewa Kraszewskiego. Ten zaś zatrzymał się w naszym domu zakonnym i mnie przypadło przywiezienie go samochodem po papieskiej kolacji. Był bardzo poruszony, powiedział m.in., że Ojciec Święty polecił mu opiekę nad księdzem Jerzym. Biskup skomentował tak: to mój dawny uczeń i oczywiście muszę się nim zaopiekować.

Polskie wydanie „L’Osservatore Romano”, w którym wtedy pracowałem, działalnością ks. Popiełuszki się oczywiście nie zajmowało. Jego zawartość została ściśle określona w porozumieniu między władzami PRL, Episkopatem i Watykanem, i obejmowała wyłącznie działalność Papieża i Stolicy Apostolskiej. Jednak również główne wydanie „L’Osservatore” zachowało po porwaniu księdza Jerzego daleko idącą wstrzemięźliwość. Z ówczesnym wicedyrektorem „L’OR”, Gianfranco Svidercoschim, zabiegaliśmy o zmianę tej sytuacji. Nie pozwolono nam. Svidercoschi, człowiek szlachetny, a przy tym odznaczający się dość gwałtownym temperamentem, postanowił znaleźć autora tych decyzji i go znalazł. Było to już po śmierci księdza Jerzego: Svidercoschi udał się do ówczesnego asesora (dziś kardynała) Re i powiedział mu, że jest on współwinny śmierci księdza, bo przecież dzięki takiej postawie codziennie z polskiej ambasady w Rzymie szła do Warszawy depesza: „Watykan nie interesuje się księdzem Jerzym Popiełuszką”. Z ostatnich odkryć IPN wynika zresztą, że ambasada – a za nią Warszawa – wiedziały znacznie więcej i że relacjonowano nawet moje wrażenia z podróży do Polski.

4 czerwca 1987 r. Jan Paweł II odwiedził grób ks. Jerzego Popiełuszki. Było wiadomo, że ten punkt z programu władze usiłowały wykreślić, on jednak postawił na swoim. Na czwartej stronie okładki specjalnego, albumowego wydania „L’Osservatore Romano” poświęconego papieskiej podróży zamieściliśmy wielkie zdjęcie ozdobionego czerwoną stułą krzyża z przykutym łańcuchami Chrystusem na grobie ks. Popiełuszki. Biedny arcybiskup Dąbrowski nie krył dezaprobaty: wiedział, że znów będzie musiał wysłuchiwać pretensji o nasze – jak to urzędowo określano – „awanturnictwo polityczne”. 


opr. aś/aś



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: PRL Jerzy Popiełuszko historia Kościoła spotkanie kazania zapiski życie księdza Popiełuszki Boniecki Adam
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W