Edukacyjne tsunami czy tylko reforma?

Rządowe deklaracje na temat reformy szkolnictwa nie pokrywają się z rzeczywistością. Niepokój wzbudza niedoinwestowanie szkoły, zbyt duże klasy, brak kompetentnych nauczycieli i program nauczania, który przypomina tresurę

Edukacyjne tsunami czy tylko reforma?

W tym roku do I klasy poszły dzieci urodzone w 2007 r. i w pierwszej połowie roku 2008. W szkolnych ławkach zasiądzie więc znacznie więcej maluchów niż w poprzednich latach. Rodzice martwią się, że w przyszłości ich latoroślom trudniej będzie się dostać do dobrego liceum, a potem na studia. Niepokoją się też o niedoinwestowane szkoły, o konieczność tworzenia dużych klas, pytają o kompetencje nauczycieli i program nauczania, który rodzice z ratujmaluchy.pl nazywają tresurą. Reforma oświaty wprowadzająca 6-latki do I klasy zaczęła się w 2009 r. Są więc już pewne doświadczenia w tym względzie. Mają je dyrektorzy szkół, nauczyciele i rodzice. Jak oceniają reformę po kilku latach od jej wprowadzenia?

Dlaczego potrzebna była reforma oświaty? — pytamy w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Otóż z wielu powodów. W odpowiedzi słyszymy: niż demograficzny i dorównanie europejskim standardom. Reforma państwa wymaga unowocześnienia oświaty. Ma ona dać polskim dzieciom większe szanse na godziwy start na europejskim rynku pracy, zrównać ich życiowe szanse.

Karolinę Elbanowską, która wraz z mężem Tomaszem zainicjowała społeczny ruch sprzeciwu wobec reformy oświaty — ratujmaluchy.pl i Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców, irytuje taka argumentacja: — Reforma wieku szkolnego nie ma na celu dobra dzieci. Chodzi o skrócenie edukacji o rok. Równie dobrze można sobie wyobrazić, że dokonuje się to przez zlikwidowanie np. klas maturalnych, a nie kosztem najmłodszych. W rzeczywistości chodzi jedynie o to, by młodzi o rok wcześniej weszli na rynek pracy. Propaganda rządowa, mówiąca o skoku cywilizacyjnym, o wyrównywaniu szans nie ma zupełnie pokrycia w faktach. Reforma obniżenia wieku szkolnego to drugi koniec reformy emerytalnej. Rząd wyszedł z założenia, że ktoś musi pracować na rosnącą armię emerytów. A skoro taki jest cel, to jakość wykonania tej operacji schodzi na dalszy plan...

Ministerstwo unika otwartej dyskusji z przeciwnikami reformy. Na swoich stronach internetowych publikuje natomiast m.in. wyniki badań, które przeprowadziło TUNSS. A z raportu tego wynika, że 96 proc. rodziców, którzy posłali 6-letnie dzieci do I klasy, jest zadowolonych z nauczycieli i sposobów nauczania. Co więcej, 93 proc. spośród tych rodziców dostrzega u dzieci bardzo wiele nowych umiejętności. Rodzice są zadowoleni również ze szkolnego zaplecza. Tak jak Maria, nauczycielka i mama 7-letniego dziś Paskala: — Gdybym miała kolejne dziecko posłać do szkoły rok wcześniej, nie wahałabym się. Moje dziecko nudziło się w przedszkolu, teraz — w czasie wakacji — mówi, że nie może doczekać się początku szkoły.

Co jest złe?

Protestujący zarzucają MEN przede wszystkim brak dialogu społecznego, ignorowanie protestu rodziców, mimo że zebrali milion podpisów. Elbanowscy uważają, że szkoły nadal nie są przygotowane do przyjęcia wrześniowej fali 6-latków. Kolejnym zarzutem są nieprzygotowani nauczyciele — zdaniem protestujących, mimo 5 lat wdrażania reformy nauczyciele nie są gotowi do pracy z dziećmi mającymi 5 lat i 9 miesięcy, a takie także znajdą się w szkołach we wrześniu. Dużym nadużyciem jest scedowanie przez rząd odpowiedzialności za reformę na samorządy, a te w większości nie mają pieniędzy. Na koniec wisienka na torcie — konieczność objęcia obowiązkiem przedszkolnym 5-latków w sytuacji, gdy jedna trzecia gmin w Polsce nie prowadzi przedszkoli.

MEN przekonuje, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Szkoły są gotowe, by zapewnić maluchom optymalne warunki do nauki. Klasy mają liczyć nie więcej niż 25 uczniów, sale mają składać się z 2 części — z ławeczek dostosowanych do potrzeb dzieci i z oddzielnego miejsca do zabawy. Lekcja będzie trwać nie dłużej niż 20 min, a potem dzieci mają się bawić. Nauczyciela nie obowiązuje dzwonek, pracuje zgodnie z własnym rytmem. W ciągu pierwszych 3 lat uczniowie mają nauczyć się jedynie czytać, pisać i rachować. Nie ma więc powodu do obaw...

Tymczasem na: www.ratujmaluchy.pl w raporcie przygotowanym przez Stowarzyszenie i Fundację Rzecznik Praw Rodziców, a powstałym z relacji rodziców z całej Polski, jawi się zupełnie inny świat: „W ubiegłym tygodniu karetka pogotowia odwiozła panią ze świetlicy, która zasłabła w wyniku stresu. Skąd ten stres? W szkole uczy się 1300 dzieci. Jest jedna świetlica. W najcięższym momencie dnia jest ich w małej sali 160. Szkoła jest przeznaczona dla 600 uczniów. Czy to jest zgodne z prawem? Czy nasze maluchy muszą stać na baczność z powodu braku miejsca w świetlicy?” — to tylko jeden z wielu wpisów.

Karolina Elbanowska dodaje: — Proszę znaleźć w Internecie wywiad z dyrektorką szkoły w Jabłonnej, niedaleko Legionowa. Grozi tam nauka na 3 zmiany. Dyrektorka użycza maluchom własnego gabinetu na salę lekcyjną. Takich sytuacji będzie w najbliższym czasie mnóstwo.

Skradzione dzieciństwo, czyli za wcześnie...

Karolina Elbanowska tłumaczy: — W życiu dziecka rok to jedna szósta życia. Owszem, 6-latek może nauczyć się czytać i pisać, ale emocjonalnie jest na zupełnie innym poziomie niż 7-latek. To dziecko, które nie osiągnęło jeszcze gotowości szkolnej, łatwo się dekoncentruje, ma kłopoty z dłuższym trzymaniem długopisu, problemy z koordynacją wzrokowo-ruchową. To nie są jakieś ułomności, tylko ograniczenia rozwojowe — ono po prostu jeszcze tych umiejętności nie zdobyło.

Agata Szczecińska, nauczycielka wczesnoszkolna z wieloletnim doświadczeniem, pracująca w częstochowskim Zespole Szkół Społecznych nr 1 Społecznego Towarzystwa Oświatowego, nie widzi nic złego w objęciu obowiązkiem szkolnym 6-latków, wyjaśnia jednak: — Świat się zmienia, i to z ogromnym przyspieszeniem. Wystarczy spojrzeć, w jakiej intelektualnej gotowości były dzieci 20 lat temu, a w jakiej są dziś. To jest niebo a ziemia... Jednak samo dziecko i jego gotowość do podjęcia nauki nie wystarczy. Aby proces uczenia był skuteczny i jednocześnie przyjazny dla dziecka, muszą być spełnione również inne warunki, takie jak: kompetencje nauczyciela, dobrze przygotowana baza lokalowa (stoliczki do nauki, ale i dużo miejsca na zabawę i zajęcia ruchowe). W całym nauczaniu wczesnoszkolnym nauczyciela nie obowiązują dzwonki odmierzające czas trwania lekcji. Dzieci nie siedzą 45 minut w ławkach w pełnej koncentracji. Od maluchów można jej wymagać najwyżej przez 15-20 minut, reszta to zabawa. Każdy zespół klasowy jest inny. Tempo pracy i jej kształt ustala nauczyciel, w zależności od potrzeb i możliwości dzieci. W ogóle maluchy powinny uczyć się jakby „obok”. Większość zajęć polega na zabawie, tyle że kierowanej. Zabawa wbrew pozorom, jest bardzo ważnym aspektem, gwarantującym prawidłowy rozwój. Badania dowodzą, że dzieci, które nie przeszły przez etap zabawy, w dorosłym życiu nie są kreatywne i mają kłopoty z odgrywaniem ról społecznych. Nie można też dzieci maltretować zadawaniem prac domowych, przekraczających 15 minut. Powinna obowiązywać zasada, że wszystkiego uczymy się w szkole, a praca domowa jest tylko po to, by wypracować u dzieci dobry nawyk na przyszłość.

— Jak słyszę zarzut o skracaniu dzieciństwa, to zaraz mi się przypominają dorośli, którzy od I klasy zapisują malucha na ileś tam zajęć pozaszkolnych. I nie pomyślą wtedy, że kradną mu dzieciństwo. Bywają rodzice, którzy panikują, że w wieku 6 lat ich dzieciak nie mówi płynnie po angielsku — mówi Maria, mama Paskala, która jako nauczycielka często obserwuje takie zachowania. — Balet, szkoła muzyczna, judo i oczywiście język obcy. Po co, pytam ich. Chcą wychować człowieka renesansu? Nie, oni chcą zaprogramować dziecko na sukces, nie na porażkę. A tak się nie da. W sytuacji jakiegoś drobnego szkolnego niepowodzenia to dorośli często gorzej reagują niż maluchy... Nie winią przy tym swoich wybujałych ambicji, ale szkołę — podsumowuje.

Nauczyciele nieprzygotowani?

Karolina Elbanowska uważa, że nauczyciel, który przez lata uczył dzieci mające tzw. gotowość szkolną, a teraz dostał do klasy także 6-latki, a nawet młodsze dzieci, może mieć kłopot. — W życiu dziecka w ciągu roku dokonuje się skok rozwojowy. 6-latek jest w stanie zdezorganizować każdą lekcję, będzie kładł się na podłogę, płakał, że chce do mamy. I to jest zupełnie naturalne zachowanie, ale nauczyciel może reagować zniecierpliwieniem, bo nie jest przyzwyczajony do takich reakcji u pierwszoklasistów. Musiałby być cyborgiem, żeby ogarnąć taki żywioł, zatroszczyć się o emocje 6-latków i prowadzić lekcję w ławkach dla 7-latków — wszystko w 30-osobowej klasie. Do naszej fundacji przychodzą listy od nauczycieli, którzy zmagają się z tym problemem od kilku lat.

Ministerstwo wyjaśnia, że z oferty placówek doskonalenia nauczycieli skorzystało do tej pory ponad 66 tys. nauczycieli szkół podstawowych i ponad 64 tys. przedszkoli. Z oferty skorzystało również 2944 nauczycieli innych form wychowania przedszkolnego.

Agata Szczecińska przekonuje, że jeśli ktoś ma stosowne wykształcenie, pracuje z dziećmi i oczywiście jest nauczycielem dlatego, że chciał nim zostać, a nie z przypadku, to da sobie radę. — Przecież nauczyciele, którzy mają 10-15-letni staż w zawodzie, kończyli kierunek nauczanie wczesnoszkolne razem z nauczaniem przedszkolnym. Powinni mieć więc wystarczającą wiedzę psychologiczną, pozwalającą rozumieć i uczyć małe dzieci w każdym wieku.

Co o reformie sądzą rodzice

Pytamy tych rodziców, którzy posłali dzieci do szkoły o rok wcześniej. Zdania są podzielone — najczęściej jednak ze względu na warunki, w jakich dziecko się uczy. Zadowoleni są głównie rodzice, których stać było na czesne w szkołach prywatnych lub społecznych. Gorzej, gdy dzieci uczęszczają do szkół publicznych, choć i tutaj sytuacja wygląda rozmaicie. Dużo zależy od miejsca na mapie. Ale przede wszystkim od gotowości dziecka.

Marek Jarski posłał syna do szkoły wcześniej, ale dziś nie jest pewien słuszności swojej decyzji. — Jasiek we wrześniu pójdzie do II klasy, a w naszej osiedlowej szkole II i III klasy uczą się na dwie zmiany. Oboje z żoną pracujemy, więc dzieciak od godz. 8 do rozpoczęcia lekcji będzie przebywał w świetlicy. Przed wakacjami powiedziano nam, że w związku z dużą liczbą pierwszoklasistów w tym roku może być jeszcze gorzej. Myślę, że rząd patrzy na kraj z wysokości Warszawy, a nie małej miejscowości, gdzie jest tylko jedna szkoła, do której można posłać dziecko.

Anita Pryciak-Pyzalska, mama Ani, nie żałuje swojej decyzji sprzed roku, ale na wstępie zastrzega: — Wszystko zależy od dziecka. Akurat moja córka nie miała najmniejszych kłopotów, dlatego nie baliśmy się. Znam jednak rodziców, którzy odraczali naukę dziecka. Uznali, że choć intelektualnie by sobie poradziło, to jednak nie wysiedzi w ławce.

Jacek, pracownik administracji, postara się odroczyć młodszego syna: — Bywa, jak w naszym przypadku, że skutki wcześniejszego posłania dziecka do szkoły wychodzą w III klasie. Byliśmy przekonani, że Henio — nasz starszy syn — da sobie świetnie radę w szkole. Zaczął nam jednak marudzić w połowie minionego roku. Robił wszystko, żeby nie iść do szkoły, płakał, zamykał się w łazience. Nie zachowywał się tak wcześniej. Skierowano nas do poradni pedagogiczno-psychologicznej, gdzie usłyszeliśmy, że dziecko ma fobie.

Różnice, które podzielą

Wiadomo, że sytuacja inaczej wygląda w szkołach prywatnych czy społecznych, a inaczej np. w gminnych zespołach szkół. Inaczej w podstawówce w Warszawie, a inaczej w małym miasteczku na „ścianie wschodniej”, gdzie gmina dwa razy ogląda każdy grosz.

— Złym pomysłem było łączenie szkół w duże placówki, złem była likwidacja małych szkół. Oczywiście, niewątpliwie dzięki takim zabiegom zaoszczędzono jakieś pieniądze, ale oszczędności te już odbijają się czkawką i będą odbijać się jeszcze w dalekiej przyszłości, a przecież nie istnieje chyba wiele rzeczy ważniejszych dla państwa niż dobra edukacja młodych obywateli, którzy za 20 lat będą budować nasz kraj — mówi Agata Szczecińska z częstochowskiej szkoły społecznej nr 1.

Maciej, ojciec małego Tomka, najchętniej posłałby syna do innej szkoły, ale ta leży za daleko. — U nas jest zespół szkół — wyjaśnia — czyli: przedszkole, szkoła podstawowa i gimnazjum. Od września będzie więc: 8 pierwszych klas, 7 drugich, 8 trzecich, 6 czwartych, 6 piątych, 5 szóstych. Do tego gimnazjum: 5 pierwszych klas, 5 drugich i 4 trzecie... Koszmar.

Karolina Elbanowska: — To, co robiło MEN przez ostatnie lata, to jest pokaz ignorancji, bylejakości i braku szacunku dla małego człowieka. Dziś MEN wyskakuje, jak filip z konopi, ze standardami typu: klasy po 25 uczniów, w sytuacji, kiedy ładuje do szkół półtora rocznika dzieci, a rocznik 2008 jest najliczniejszy od kilkunastu lat. Przez szkołę przejdzie edukacyjne tsunami.

Nade wszystko zdrowy rozsądek

— Jeśli rodzice widzą, że ich dziecko absolutnie nie poradzi sobie w szkole, powinni iść do przychodni pedagogiczno-psychologicznej. Bez względu na to, ile dziecko ma lat. W naszym systemie można odroczyć nawet 7-latka — wyjaśnia Agata Szczecińska. Posłanie do szkoły malca, który jest nieprzygotowany do zmierzenia się ze szkolną rzeczywistością, uznaje ona za przestępstwo równe naruszeniu praw człowieka. Natomiast Jacek, ojciec Henia, jest zdania, że nie zawsze rodzice wiedzą lepiej. Jako że nie są pedagogami ani psychologami, często nie wiedzą, na co zwracać uwagę. — Moi krewni np., i nie tylko oni, ulegli takiemu stadnemu myśleniu, że jak znajomi posłali 6-latka do pierwszej klasy, to jeśli ich dziecko nie pójdzie do szkoły, ludzie powiedzą, że mają w domu tumana... — opowiada.

Karolina Elbanowska: — Ciężar edukacji w pierwszych klasach spoczął na rodzicach. Jeśli nie pracują z sześciolatkiem wieczorami w domu, to dziecko nie daje sobie rady. Rodziców kosztuje to dużo wysiłku, a dziecko pracuje ciężko, jakby na dwóch etatach, żeby przyswoić sobie materiał, który rok później sam wszedłby mu do głowy. Nasi eksperci mówią, że to nie jest nauka, tylko tresura. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich dzieci i wszystkich szkół, ale mamy takie zgłoszenia od rodziców z całego kraju.

To nie koniec walki o maluchy

Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców i ratujmaluchy.pl niemal do końca roku będą zbierać podpisy pod obywatelską inicjatywą ustawodawczą „Rodzice chcą mieć wybór”, mającą zatrzymać samowolę rządzących. Liderzy ruchu tłumaczą, że to rodzice — a nie państwo — powinni mieć wybór, czy posłać dziecko do szkoły w wieku 6 czy 7 lat. Edukacja przedszkolna ma być prawem dziecka i obowiązkiem państwa, a nie odwrotnie. Rodzice mają mieć większy wpływ na program nauczania, a podręczniki powinni wybierać wraz z nauczycielami. — Widzimy ogromne zainteresowanie akcją, która wystartowała w połowie lipca, a już dziś w całej Polsce mamy ponad 130 koordynatorów oraz miejsc, gdzie można złożyć podpis. Bardzo prosimy rodziców małych dzieci i wszystkie osoby, które czują, jak bardzo sprawa jest poważna i istotna dla przyszłości całego społeczeństwa, o zaangażowanie i zbieranie podpisów — powiedziała „Niedzieli” Karolina Elbanowska.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama