Grzegorz Kleszcz – sztangista, trzykrotny olimpijczyk opisuje historię swojego upadku i nawrócenia: „Pan Bóg zadziałał przez moją żonę, która trwała przy mnie cierpliwie. Ze swojej strony robiłem wszystko, żeby wyrwać się z nałogów, z nieczystości, alkoholu, narkotyków, a Pan Bóg wykonywał swoją pracę, obdarzając mnie światłem Ducha Świętego”.
„Sztangista. Życie do udźwignięcia” – zatytułował Pan swoją książkę. Sport to rozdział życia, którego nie zamknął Pan wraz z zejściem z pomostu?
Podnosiłem ciężary przez 20 lat, więc nadal czuję się sportowcem i częścią rodziny olimpijskiej. Oczywiście moje życie się zmieniło. Nie spędzam już, jak kiedyś, 250-300 dni rocznie na zgrupowaniach, poświęcam ten czas rodzinie. Ale sport mnie ukształtował. Wybitni sportowcy, których spotkałem na swojej drodze, mieli wpływ na mój sposób myślenia. Co najważniejsze, dobre doświadczenia zdobyte przez sport przeniosłem na życie prywatne: wytrwałość, niepoddawanie się przeciwnościom, chęć osiągania czegoś więcej niż przeciętna, pracowitość.
Żeby osiągnąć sukces w sporcie, trzeba coś oddać. Liczył się Pan z tym?
Wszystko w życiu wymaga mniejszego bądź większego poświęcenia. Jestem teraz głową rodziny, szczęśliwym mężem, ojcem czwórki dzieci – to także wiele wyrzeczeń i olbrzymi wysiłek. Decydując się na zawodowe podnoszenie ciężarów, wiedziałem, że ta dyscyplina skazuje mnie na ryzyko kontuzji, ale nie miałem bladego pojęcia, że trenerzy i działacze w sposób bezwzględny będą wystawiać na szwank nasze zdrowie. Mówię o tym nie po to, żeby oskarżać. Stwierdzam fakt. Wspinaczka na Mount Everest też wymaga ogromnego trudu, jest niebezpieczna, często kończy się źle, a mimo to ludzie podejmują ryzyko. Nam także przyświecały idee, marzenia, więc szliśmy na całego. Ja zapłaciłem za to wysoką cenę, a poczucie porażki wepchnęło mnie w głęboki mrok.
Kiedy zaczęło się to wchodzenie w ciemną dolinę?
Bóg obdarzył mnie talentem do podnoszenia ciężarów. Najważniejsza część mojej kariery sportowej rozgrywała się w latach 1996-2000, między igrzyskami w Atlancie i Sydney. W 1995 r. na hali Torwar spaliłem próbę na brązowy medal i, schodząc z pomostu, wykrzyczałem, że za rok będę mistrzem świata. Rok później na hali Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie zostałem mistrzem świata juniorów w kategorii do 99 kg, miałem 19 lat. Spiker w głównym wydaniu wiadomości powtórzył moje słowa i zrobiło się o mnie głośno. Ale wszystko zmieniła wpadka dopingowa. W moim organizmie znaleziono ślady niedozwolonej substancji. Była to tragedia, bo zostałem zdyskwalifikowany na dwa lata i nie poleciałem na Igrzyska Olimpijskie do Atlanty. Gdybym w nich wystartował, to nawet nie zdobywając medalu, do Sydney jechałbym już z innym nastawieniem i na innych warunkach. A jechałem po powrocie z banicji. Trenerzy, działacze mogli sobie wobec mnie pozwolić na więcej, niż gdyby mieli utytułowanego zawodnika. Taki był początek wchodzenia w mrok. Ale ten najgłębszy nastąpił, kiedy zakończyłem karierę.
Co się wtedy działo?
Zderzyłem się z rzeczywistością, której nie znałem. Do 33 roku życia moja codzienność, począwszy od IV kl. szkoły podstawowej, to obozy, treningi, starty, później też dobre pieniądze, kamery, sława. Ministerstwo sportu zapewniało dobrą opiekę – drogie hotele, wyżywienie, kasę, podróże – byliśmy w końcu ambasadorami naszego kraju. Wszystko się urwało i mimo że miałem wykształcenie, byłem trenerem, prowadziłem klub, jako menadżer sportu organizowałem zawody, czułem się głęboko nieszczęśliwy – na każdym kroku towarzyszyło mi przekonanie, że przegrałem życie, bo nie zdobyłem medalu olimpijskiego. Poza tym dały o sobie znać kontuzje, które przeszedłem. Dla takiego mocarza jak ja fakt, że rano nie może sam założyć skarpetek, jest bardzo deprymujący. Potem zacząłem budować dom i przyszły problemy finansowe. Pracowałem całymi dniami, dorabiałem w ochronie w nocnych klubach. Jak przetrwać kilkadziesiąt godzin bez snu? Z pomocą przychodził alkohol i różne środki, z marihuaną włącznie, ezoteryka. Zaczęły się koszmary nocne, dręczenia. Były też konflikty z policją, awantury, sytuacje zagrożenia życia. Okres od 2010 do 2012 r. to ekstremalne chodzenie w ciemności.
Czy będąc na tej równi pochyłej, nie czuł Pan, że trzeba zrobić zwrot w tył?
To tak jak z gotowaniem żaby – wrzucona do zimnej wody, nawet nie zauważy, że woda jest podgrzewana, a w końcu staje się ukropem. Dzisiaj jestem całkowitym abstynentem – człowiek trzeźwy myśli trzeźwo, inaczej podejmuje decyzje. Jednak wtedy samo picie alkoholu, a było go w moim życiu naprawdę dużo, powodowało takie zaburzenie funkcji poznawczych, że działałem w innej sferze. Nawet gdy upijałem się tylko raz w tygodniu, mój umysł i tak był zainfekowany. W takim odurzeniu człowiek pakuje się w rzeczy, których normalnie nigdy by nie zrobił. Druga sprawa to adrenalina, która w skrajnych sytuacjach popycha nas do nieracjonalnych działań, na granicy prawa. Ale tak działa ten mechanizm: kiedy coś się wali, zaczyna szwankować zdrowie, brakuje pieniędzy, człowiek jest w stanie popełniać straszne głupstwa. I daje się ugotować. Podobnie było ze mną.
Jako młody chłopak służyłem do Mszy, byłem lektorem. Jestem przekonany, że słowo Boże było we mnie i nieustannie pracowało, tyle że nie mogło się przebić przez skorupę zniewolenia. Od Boga oddzielała mnie przepaść grzechu, ale w rozpaczy na różne sposoby Go wzywałem. Nawet wtedy, gdy żyłem jak poganin, w Piśmie Świętym szukałem wskazówek, jak wyrywać się z tej ciemności, z więzienia, które sam sobie stworzyłem. Walczyłem. Jak nie mogłem biec, szedłem. Jak nie dałem rady iść, czołgałem się. Pan Bóg mnie wysłuchał. I wyciągnął do mnie rękę.
Co było tym kamieniem milowym Pańskiego nawrócenia?
Pan Bóg zadziałał przez moją żonę, która trwała przy mnie cierpliwie. Koleżanki namówiły ją na udział w rekolekcjach charyzmatycznych w Toruniu. Nie chodziła wtedy do kościoła, nie była rozmodlona, ale pojechała. Rekolekcje prowadził o. James Manjackal. Bardzo poruszona, opowiadała potem o uzdrowieniach, jakie się tam dokonywały, a ja, słuchając jej, zapragnąłem zostać uzdrowionym. Kolejne takie rekolekcje odbywały się w Falenicy, coś mi mówiło, żeby wziąć w nich udział. Był 2012 r., na sali zebrało się 2 tys. osób. O. Manjackal powiedział w pewnym momencie: „Grzegorz, Pan obdarza cię łaską”. Kolega, który siedział niżej na trybunach, odwrócił się do mnie i ze śmiechem krzyknął: „Grzesiek, to do ciebie”, traktując to jak dobry żart, bo przecież mnie znał. Ale ja wiedziałem, że rekolekcjonista mówi konkretnie do mnie. Po powrocie pojechałem na nocną zmianę, a jak rano położyłem się spać, to pierwszy raz od długiego czasu nie miałem żadnych koszmarów. Był to wyraźny znak, że coś się naprawdę zadziało – że nie było to moje chciejstwo czy wyobrażenie.
Później zdarzyło się wiele cudów, o których opowiadać mógłbym długo. Ważne, że zacząłem radykalnie zmieniać swoje życie, trzymając się myśli: pracuj i działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie, a módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga. Ze swojej strony robiłem wszystko, żeby wyrwać się z nałogów, z nieczystości, alkoholu, narkotyków, a Pan Bóg wykonywał swoją pracę, obdarzając mnie światłem Ducha Świętego. Znalazłem wspólnotę w Otwocku, odbyłem spowiedź z całego życia, zacząłem się modlić.
Ten proces nawracania się trwa do dzisiaj. Wiem, że drogą, którą idę, jest dobra – choć czasami trudna.
Chętnie daje Pan świadectwo, nagrywa podcasty, udziela wywiadów, napisał Pan książkę. Dlaczego?
Człowiek, który doświadczył tak spektakularnego nawrócenia – ja nazywam to cudem – chce się tym dzielić, a przez to pomagać ludziom pogubionym życiowo. Pan Bóg używa do tego różnych narzędzi. Do pomocy wziął sobie sztangistę... Dla tych, którzy znali mnie z poprzedniego życia, to szok: co musiało się stać, że taki mięśniak, człowiek na maksa rozrywkowy, żądny przygód, sławy, teraz głosi, że Bóg jest drogą, prawdą i życiem?
Dzisiaj wiem, że On jest żywy i prawdziwy. Potrafi w naszym życiu zrobić porządek – jestem tego najlepszym przykładem – ale jest jeden warunek: trzeba Mu zaufać. Mówię o tym innym, wierząc, że kropla drąży skałę. Ale zaczynam od pracy nad sobą, bo bez tego nie da się zmienić świata. Pole do popisu ciągle mam: to relacje z moją żoną i dziećmi. Kochająca się i wierna Bogu rodzina jest najlepszym świadectwem.
Praca nad książka była dla mnie formą terapii, przepracowania natręctw i samooskarżeń.
Co jest na co dzień dla Pana źródłem siły duchowej?
Odnajduję ją w Eucharystii, w adoracji Najświętszego Sakramentu, w czytaniu znaków od Pana Boga, także w zaangażowaniu w mojej parafii w Warszawicach. Można mieć pieniądze, sławę, świat u swych stóp, ale jeżeli nie mamy tego duchowego pokarmu, to te zewnętrzne rzeczy nie dadzą ani radości, ani pokoju. Pokój i prawda są tylko w Panu Bogu.
Źródło: Echo Katolickie 14/2026