Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

ANKIETA "ZNAKU"

TWARZE KAPŁAŃSTWA

Choć w numerze niniejszym wypowiadają się wyłącznie księża, rozesłana wśród nich ankieta spełnia rolę szczególną. Naszych respondentów prosiliśmy mianowicie o świadectwa, które ukazywałyby, jaki jest dzisiejszy polski ksiądz - jak wyglądało i wygląda jego życie, jego wiara, świadomość kapłańska, relacje z innymi ludźmi; jak myśli, czuje, ocenia rzeczywistość; jakim językiem mówi o swoich sprawach. Oto pytania, jakie zadaliśmy:

1. Dlaczego zostałem księdzem? Jak objawiło mi się powołanie i jaką miałem wówczas wizję kapłaństwa?

2. Czy ta wizja zmieniła się (lub stale zmienia), a jeśli tak, to co wpłynęło i wpływa na te zmiany? W czym pomogły mi lata spędzone w seminarium, a czego w wykształceniu seminaryjnym zabrakło?

3. Co stanowi największą trudność na drodze powołania: samotność? celibat? zbyt duża ilość obowiązków? zagrożenie rutyną? brak dostatecznej formacji duchowej? trudności w kontaktach ze świeckimi? postawy innych księży (kolegów, przełożonych)?

4. Co utwierdza w powołaniu, przysparza największej radości i satysfakcji, przekonuje o słuszności dokonanego wyboru? Co chroni przed rutyną, bylejakością, "zurzędniczeniem"? Co robię, aby moje powołanie stale wzbogacać?

5. Jak wyglądają moje relacje ze świeckimi? Co - wedle mojego rozeznania - myślą o mnie inni, jak mnie oceniają? Jak z nimi współpracuję? Czy w ostatnich latach coś się w tych relacjach zmieniło?

 


Józef Augustyn SJ

 

1. Moc słowa. W moim kapłańskim życiu wielokrotnie było mi dane doświadczyć mocy "kapłańskiego słowa" wypowiadanego w różnej formie: w indywidualnym dialogu w kierownictwie duchowym, w głoszeniu homilii, rekolekcji, jak również w formie słowa pisanego. Wydaje mi się jednak, że istnieje bardzo ścisła zależność pomiędzy mocą głoszonego słowa a prawdą Słowa przeżywaną wewnętrznie. Kiedy słowo wypowiadane przez księdza nie jest zakorzenione w jego osobistym doświadczeniu, brzmi "mało prawdziwie". W takiej sytuacji pokusą jest zakrywanie "nieprawdy głoszonego słowa" intelektualnym bogactwem czy też estetyczną formą. Ludzie, którzy w kontakcie z księdzem szukają przede wszystkim Boga, nie dają się łatwo oszukać. Wyczuwają pustkę naszych słów, także wówczas, kiedy przyjmują one piękną formę.

Stając twarzą w twarz wobec wielu ludzi, którzy proszą nas, księży, o posługę, doświadczamy nieraz głębokiego wewnętrznego rozdarcia. Jesteśmy bowiem zobowiązani do wypowiadania słów, które nas przerastają; i jesteśmy wówczas świadomi, iż nie przeżyliśmy jeszcze prawdy, jaką usiłujemy przekazać innym. W tej niełatwej sytuacji wewnętrznej potrzebna jest nam wielka szczerość. Ogromnym pocieszeniem i źródłem odwagi było dla mnie odkrycie, iż "wystarczy" wówczas wewnętrzne zawstydzenie przed Słowem. Z owego pokornego stawania przed sobą, przed ludźmi i przed Słowem spontanicznie rodzi się pragnienie wprowadzenia we własne życie tego, co głosi się innym. Pragnienie to jest łaską. Ksiądz głosi Słowo nie tylko innym, ale także i samemu sobie. I chociaż winien on widzieć dalej i głębiej od tych, których ma prowadzić, to jednak "ludzką rzeczą jest", iż sam także daje się poprowadzić wiernym, którym posługuje. Nie tylko ksiądz jest przewodnikiem dla wiernych, ale także wierni są dla księdza przewodnikami.

2. Modlitwa. Ważnym problemem kapłańskiego życia jest łączenie codziennej aktywności ludzkiej i duszpasterskiej z życiem modlitwy: z medytacją, kontemplacją, adoracją. Kiedy bowiem ksiądz staje w sytuacji bezradności (cudzej i własnej), wówczas modlitwa jest naprawdę jedyną "deską ratunku" dla innych i dla niego samego. Kiedy rezygnujemy z modlitwy, skupienia i ciszy, narażeni jesteśmy na zatracanie się we własnych lub cudzych obawach i lękach, w różnorakich pożądaniach, zapracowaniu itp.

Nierzadko doświadczamy bolesnego napięcia pomiędzy naszą aktywnością ludzką i duszpasterską a "aktywnością duchową". Dopóki cenimy sobie to napięcie, podtrzymujemy je w sobie i odpowiadamy na jego wyzwanie, nasza równowaga wewnętrzna jest uratowana. Winniśmy jako księża obawiać się takiej sytuacji, w której brak modlitwy, skupienia i adoracji przestanie nas wewnętrznie niepokoić.

Życie modlitwy księdza nie może być jednak budowane z odwołaniem się jedynie do obowiązku, czy tym bardziej "kapłańskiego poczucia winy", które niekiedy bywało wpajane w czasie formacji seminaryjnej. Ono samo nie wystarcza. Konieczne jest odwołanie się do wewnętrznego smaku, pragnienia, głodu Boga, do świadectwa wiernych, z którymi często spotykamy się w naszej posłudze. Pragnienie i smak modlitwy są jednak rzeczywistością ludzką i dlatego są one bardzo kruche. Można je utracić. Brak głębszego życia modlitwy - to nierzadko zasadniczy problem naszego kapłańskiego życia. Autentyczność naszej posługi przychodzi poprzez naszą modlitwę. Ale nawet przy "minimalnym choćby wysiłku modlitwy" Duch Boży przywraca nam ów smak spotkania z Bogiem, dialogu z Nim. W czasie rekolekcji dla kleryków i kapłanów byłem wiele razy świadkiem, jak ksiądz łatwo może odzyskać pragnienie modlitwy, jeżeli autentycznie zaangażuje się w wewnętrzne nawrócenie oraz szukanie intymnej więzi z Bogiem. I to właśnie jest źródłem mojej nadziei na przemianę najpierw nas, kapłanów, a później tych, którym pomagamy.

3. Ojcostwo. Ojcostwo i macierzyństwo w ostatnich dziesiątkach lat obecnego wieku weszło w głęboki kryzys. Niewątpliwie związane jest to między innymi z rozbiciem życia małżeńskiego i rodzinnego oraz z oddzieleniem ludzkiej seksualności od miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Wielu uważnych obserwatorów przemian społecznych i cywilizacyjnych stwierdza, iż żyjemy w epoce bez ojca i bez matki. Człowiek jednak nie znosi życia w pustej przestrzeni. Stąd też pojawiają się zastępcze postacie ojca, które mają wypełnić pustkę. Nie tylko scena polityczna została zapełniona takimi postaciami. "Nie podając w wątpliwość dobrych intencji wielu współczesnych »guru« i innych zastępczych postaci ojca, należałoby jednak postawić poważne pytanie, czy stają oni na wysokości swojego zadania. W ten sposób rodzi się słuszne podejrzenie, że osoby co dopiero wyzwolone, idąc za swoimi »nowymi ojcami«, narażają się na jeszcze większe zniewolenie" (Gabriel Bunge).

W niedawnej jeszcze przeszłości, kiedy małżeństwo i rodzina były rzeczywistością bardziej stabilną i bardziej scaloną, rola kapłana mogła ograniczyć się do roli nauczyciela, szafarza sakramentów, w sytuacjach szczególnych - społecznika. Dziś wielu ludzi, szczególnie młodych, poszukuje u kapłana także ojcowskiego wsparcia. Jest to nowe, wielkie kapłańskie wyzwanie naszych czasów. Dziś celibat winien być przeżywany przez księży także jako wyzwanie do pełnienia duchowego ojcostwa. Szczególnym miejscem ojcostwa kapłańskiego jest pogłębione sprawowanie sakramentu pokuty oraz kierownictwo duchowe. Jeżeli wielu wiernych uskarża się, iż trudno im znaleźć kierownika duchowego wśród księży, to między innymi dlatego, że nie umiemy jeszcze przyjmować na siebie roli ojca.

Ojcostwo dla wielu młodych księży i kleryków jest dzisiaj doświadczeniem trudnym, wręcz bolesnym. Sami bowiem wywodzą się nierzadko z rodzin o zranionym obrazie ojcostwa. Ponieważ sami nie mieli możliwości doświadczyć troskliwego i czułego, a jednocześnie mocnego i bezinteresownego ojcostwa, nie umieją przyjąć takiej postawy. W powołaniu do kapłaństwa zawarta jest łaska duchowego ojcostwa, stąd też zawsze możliwe jest pokonanie wszystkich ograniczeń i zranień na drodze do niego. Ta "trudniejsza" nieraz ludzka sytuacja młodych księży, jeżeli zostanie przez nich podjęta i zintegrowana, może zaowocować większą ojcowską wrażliwością. Doświadczenia wielu księży, których poznałem, wskazują, że jest to możliwe.

Ojcostwo kapłańskie musi być jednak zawsze pokorne. Jest ono bowiem na "służbie" ojcostwa samego Boga. Kapłan nie obdarza życiem duchowym, ale wskazuje jedynie drogę do niego; nie daje też poczucia bezpieczeństwa, a raczej ukazuje, gdzie można je znaleźć.

Osobiście było mi dane doświadczyć wiele razy radości duchowego ojcostwa; nie brakowało jednak także trudu z nim związanego. Jest wiele takich ludzkich sytuacji w życiu księdza, w których pełnienie roli ojcowskiej jest proste i przynosi niemal natychmiastową ludzką satysfakcję. Ale zdarzają się nierzadko i takie sytuacje, w których ksiądz boleśnie doświadcza duchowego ojcostwa. Jak w życiu rodzinnym radości, trudy i ofiary ojcostwa fizycznego stają się miejscem wyrastania młodych mężczyzn z ich różnych niedojrzałości, uwikłań i nałogów, podobnie może być także w życiu kapłańskim. Ich ojcostwo duchowe winno być jednym z zasadniczych motywów dojrzewania osobowego i kapłańskiego.

4. Otwartość na wszystkich. Bardzo trudnym, wręcz bolesnym zjawiskiem polskiej rzeczywistości jest wielka polaryzacja poglądów i postaw w wielu dziedzinach życia. Może najwyraźniej ujawnia się ona w dziedzinie politycznej. Polaryzacja ta dotyka także ludzi pracujących w Kościele i dla Kościoła. Dotyczy to zarówno świeckich, jak i duchownych.

W ostatnich latach było mi dane spotykać się z wieloma ludźmi "z bardzo różnych środowisk". Zdarza się niekiedy, że uprzedzenia do Kościoła uwidaczniają się w przykrych zachowaniach wobec księdza "Bogu ducha winnego". Ale muszę wyznać, iż takie sytuacje były niezmiernie rzadkie. Wiele razy doświadczyłem natomiast, iż minimum dobrej woli, ludzkiej życzliwości i partnerskiego traktowania sprawiło, iż łatwo nawiązywał się życzliwy kontakt z osobami, które przez długi okres konsekwentnie dystansowały się wobec Kościoła. Wierzę, że takie spotkania nie pozostają bez wpływu na ich sposób odnoszenia się do Kościoła i w ogóle do spraw ducha. Zdecydowana większość ludzi, którzy dzisiaj dystansują się wobec Kościoła, była kiedyś (najczęściej we wczesnym dzieciństwie) z nim związana.

Ich dzisiejsza postawa jest często wynikiem zranienia. Jako księża grzeszymy ciężko przeciwko naszemu kapłaństwu, jeżeli ludzi tych traktujemy z góry, potępiamy ich, oskarżamy, zrywamy z nimi kontakt. Powinniśmy bardziej otworzyć się na wszystkich, którzy potrzebują naszej duchowej pomocy. Jeżeli zaś nie stać nas, aby to uczynić "dzisiaj", winniśmy przynajmniej wyznawać przed sobą i przed Bogiem nasz brak odwagi i zaniedbanie. Dzięki takiej szczerości - być może - stanie się to możliwe "jutro".

Wychodząc do ludzi dystansujących się wobec Kościoła, musimy liczyć się z tym, że nie zawsze od razu będziemy przyjęci ze zrozumieniem. Ale autentyczność naszego powołania kapłańskiego zależy w dużym stopniu od pokornego przyjmowania wszystkich ludzkich reakcji, także tych negatywnych i przykrych. I choć nie zawsze są to reakcje proporcjonalne do naszych zachowań, pomyłek czy błędów (nierzadko bywają przesadnie zwielokrotniane), to jednak zawsze mogą być one przez nas odebrane jako znak. Kiedy reakcje te są słuszne i prawdziwe, są ważnym wezwaniem do wewnętrznego nawrócenia. Zarówno wierzący, jak i niewierzący (takich naprawdę jest mało) wybaczą nam wiele grzechów, jeżeli dostrzegą, iż - podobnie jak oni sami - także i my zmagamy się z naszą słabością. Ale także wówczas, kiedy ludzkie słowa i reakcje są przesadzone i niesprawiedliwe, stają się szczególnym wezwaniem do miłowania Jezusa w Jego Tajemnicy Paschalnej.

Uważam, że w przeszłości łatwiej było spełniać funkcję kapłańską. Byliśmy chronieni przez mocne struktury kościelne i społeczne. One pomagały nam przetrwać w chwilach niepewności, zagubienia i słabości ludzkiej. Silna społeczna tożsamość księdza mogła być pewną pomocą i uzupełnieniem w sytuacji braku osobistej tożsamości. Dziś od nas, księży, życie wymaga większej jasności - głębszej tożsamości osobowej i kapłańskiej. Tożsamość ta winna być pełniej zakorzeniona w osobistym doświadczeniu wewnętrznym.


JÓZEF AUGUSTYN SJ, ur. 1950, przyjął święcenia w 1976, kierownik duchowy i rekolekcjonista Centrum Duchowości w Częstochowie.

 



Ks. Henryk Bolczyk

 

1. W moim wypadku początki myślenia o kapłaństwie sięgają dzieciństwa, czasów ministranckich. Nikt jednak o tym nie wiedział, nie mógł wiedzieć. Głośne wypowiedzenie wewnętrznych pragnień kapłaństwa uchodziłoby za zuchwałość, przejaw pychy i wyniosłości. Nawet najbliższa rodzina nie miała prawa o tym wiedzieć. W tym przekonaniu kryła się najwcześniejsza interpretacja kapłaństwa jako tajemnicy, z szacunku dla Pana, który daje powołanie bez związku z przymiotami człowieka.

Kapłani mojego dzieciństwa byli dobrymi kapłanami, ale to nie oni ani inni dobrzy kapłani, których spotkałem w latach młodzieńczych, byli dla mnie wzorem do naśladowania. Nawet święci księża, i ci z dobrej literatury hagiograficznej, i ci współcześni, jak Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki, nie uosabiali w pełni owego ideału Kapłana, ideału realnego, aczkolwiek niewyrażalnego i stale nieosiągalnego. Dziś, z perspektywy 35 lat kapłaństwa, widzę w tych wzorcach i marzeniach lat dziecięcych Twarz Jezusa, Jedynego Kapłana, który coraz bardziej zbliża się do mnie w swojej wielkiej miłości i pokorze, chcąc mnie ostatecznie zjednoczyć ze sobą. Czy łatwo przychodzi Jezusowi pozyskać mnie całego?

2. W ostatnich latach mojej posługi kapłańskiej, związanej całkowicie z Ruchem Światło-Życie, z jego darami i trudnościami różnej natury, odkrywam dziwny związek znaków Bożej Opatrzności danych mi w latach młodzieńczych, nie zawsze czytelnych, których wymowę dopiero dzisiaj rozumiem. Nie wchodząc w szczegóły, mogę wyznać, że Bóg bardzo uważnie prowadzi każdego człowieka.

Podstawówkę kończyłem w 1952 roku, a więc w okresie ostrego ataku ideologii materialistycznej. Miałem pójść do najbliższego gimnazjum, ale przewidywano, że od nowego roku nabierze na wskroś laickiego charakteru, wyrażonego w nazwie TPD. Proboszcz przestrzegał przed taką szkołą i ta przestroga zaprowadziła mnie do gimnazjum św. Jacka, które dla ocalenia swojej egzystencji przemianowało się na Niższe Seminarium Duchowne. Szkoła miała internat, byli w niej świetni wychowawcy, codzienna Msza święta, wysoki poziom nauki i różnorodne zajęcia sportowe. Stalinizm przeszedł nade mną jak przejściowa chmura burzowa. Była, minęła. Zatrzęsło się w ostatnim roku: po wcześniejszym zaaresztowaniu biskupów przyszła kolej na naszą szkołę; powyrzucano wspaniałych profesorów, kapłanów-wychowawców. Ale mnie te wydarzenia zastały w klasie maturalnej. Jeszcze tableau przypieczętowała nazwa Stalinogród zamiast Katowice (tam mieściła się szkoła)... i wio do świata. On się stopniowo zmieniał. Zbliżał się październik. Wstąpiłem do Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, resztkami sił praktykującego wspólne wykłady z klerykami krakowskimi u profesorów Wydziału Teologicznego UJ, których Ojciec Święty z wdzięcznością wymieniał w czasie ostatniej pielgrzymki.

Na obrazku prymicyjnym zaznaczyłem wymowę roku naszych święceń kapłańskich: "1962 - rok II Soboru Watykańskiego". Czy mogłem wiedzieć, w jaki czas Kościoła wchodzę? Czy umiałem zdefiniować Kościół, w którym otrzymałem urząd pasterza? Pamiętam z wczesnych lat seminaryjnych popularną lekturę Tadeusza Brezy Spiżowa brama. Wyłaniał się z niej Kościół wysokiego urzędu lub acies bene ordinata. Wszystko w nim jest na swoim miejscu. A jaki był obraz Kościoła w moim sercu? Owszem, niezłe stopnie na studiach pozwoliły mi uspokoić się, że jestem przygotowany, ale drżałem na myśl o szerokim spectrum zadań Kościoła, duszpasterstwie od najmniejszych dzieci do dorosłych, od ludzi prostych, którzy mnie zawstydzali pięknem i prostotą swej wiary, do grup akademickich stawiających wiele pytań, których rezonans słyszałem i we własnym sercu. Czy Kościół jest instytucją doskonałą, zamkniętą? Co właściwie w nim podlega badaniu?

3. Pierwsze lata mojego kapłaństwa cechowała gorliwa praca, stosunkowo łatwy kontakt z wszystkimi grupami parafialnymi, radość sakramentów, z przykładami cudów nawrócenia, zwłaszcza w święta maryjne i w te zniesione przez władze cywilne. Szlaki pielgrzymek parafialnych i wakacyjne obozy młodzieżowe, sportowe rozgrywki, bardzo familijne odwiedziny kolędowe, braterski klimat życia kapłańskiego na plebanii i wiele przeżyć religijnych, które były ściśle powiązane z życiem parafian, ich pracą zawodową w dwóch typowych śląskich zakładach: kopalni i hucie - to przykład pewnej epoki, której kształt przypisuję wcześniejszym pokoleniom gorliwych duszpasterzy śląskich "z ludzi wziętych i dla ludzi postawionych". Dziękuję Bogu, że mogłem żyć na krawędzi tej epoki i cieszyć się jej wartościami.

Zbliżał się przełom w Kościele. Sam, mimo pozytywnych wspomnień z tamtych lat, oczekiwałem zmian. Nie umiałem sprecyzować, czego się spodziewam, ale byłem pewny, że coś zacznie się dziać. Przemiany zawsze kosztują. Niewielu ludzi przeżywa je naprawdę głęboko. Większość pozostaje na powierzchni zmian i traktuje je jak przejściową modę. I tak "nowe" utożsamia się z "lepszym". Nowinkarskie podejście do nauki soborowej pociągnęło za sobą niejedną ofiarę. W piątym roku mojego kapłaństwa odszedł z naszych szeregów kolega. Odchodził dziwnie uradowany, jak człowiek wolny. Nie umiałem się zgodzić z tak pojętą wolnością. Czy niewiernością można budować miłość?

W Kościele zrobił się przeciąg. Kardynał Danielou w jednym z wczesnych wywiadów wyznał, że otwarte przez Jana XXIII drzwi Kościoła Paweł VI pozostawił uchylone, aby przeciąg jednym zaszkodził, a innych wywiał. Ale to chyba był żart.

To "nowe", które przyszło do Kościoła razem z Soborem, ma sens jedynie biblijny, a nie socjologiczny, czyli o tyle jest "nowe" w Kościele, a przeto i "lepsze", o ile jest następstwem tchnienia Ducha Świętego, który odnawia oblicze ziemi, raz i na zawsze. W mojej pierwszej placówce duszpasterskiej nieźle, jak mi się zdawało, "poukładanej" modlono się dużo, a w dniach sesji soborowych bardzo dużo, w tym i nocami. "Nowe" zastało mnie już na drugiej placówce.

4. Zaczęło się od letniej oazy kapłańskiej w 1968 roku w Krościenku nad Dunajcem. Mój starszy kolega Damian był tam rok wcześniej i zachęcił mnie do wyjazdu. Dobrze mi znany, bo ze śląskiej diecezji pochodzący ks. Franciszek Blachnicki prowadził Oazę Żywego Kościoła. Narodziła się fascynacja. Rosła ona przez najbliższe lata w kolejnych formach oaz rekolekcyjnych, nie bez moich wewnętrznych oporów, ale stopniowo i konsekwentnie. Najwcześniej pozyskała mnie idea Żywego Kościoła. Od dotychczas przeważającego we mnie obrazu Kościoła acies bene ordinata, a więc dość zewnętrznego, zostałem wezwany do wnętrza, od obrazu organizacyjnego do organicznego, od Kościoła instytucji wielu parafii do więzi osobowej, która ma swoje źródło i odniesienie w jedności Osób Bożych.

Drugą inspiracją stała się nauka o człowieku-osobie, "który nie zrealizuje siebie w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie". Ks. Franciszek powtarzał to zdanie konstytucji soborowej Gaudium et spes nieskończoną ilość razy, ale ja dzięki tym powtórkom przejąłem się tym zdaniem i... zrozumiałem.

Po trzech latach, nieco przymuszony brakiem kapłana, zdecydowałem się poprowadzić oazę rekolekcyjną dla dziewcząt. To, co usłyszałem z ich ust po piętnastu dniach w formie podziękowania, nie miało uzasadnionego związku ze mną. Tak mi się zdawało. Przez całe 9 lat dobrej chyba służby kapłańskiej nie spotkałem się z taką wdzięcznością jak tutaj po 15 dniach. Nie miałem wątpliwości: Bóg złożył w oazie swój wielki dar. Z czasem pojąłem, że jest to dzieło Niepokalanej, Matki Kościoła, że myślą wiodącą, chrystologiczną jest ideał Chrystusa Sługi, że Światło rozumu, sumienia, Objawienia Bożego, Osoby Chrystusa i Kościoła - stanowi podstawowe źródło Życia.

Odtąd w moim kapłaństwie łatwiej rozpoznawałem naukę Soboru Watykańskiego II na szlaku rodzącego się ruchu odnowy człowieka, Kościoła-wspólnoty, ruchu nowej kultury.

Jako metropolita krakowski kardynał Karol Wojtyła mówił w 1972 roku do kapłanów: "Oaza to jest przetłumaczona na język pewnego ruchu, pewnego działania eklezjologia Vaticanum Secundum w jej elementach centralnych: osoba, wspólnota Ludu Bożego, wspólnota apostolska w najbardziej podstawowym znaczeniu tego słowa."

5. Czy jest to nadal wypowiedź o kapłaństwie? Można by zrobić zarzut, że się temat "rozjechał", bo bardziej widać oazy niż kapłana. Czy nie jest to piękne, gdy kapłan jest postrzegany w świeckich, w młodzieży, w rodzinach, w dzieciach, a potem razem się gromadzą w liturgii i kapłan jest niezastąpiony, zdecydowanie wyróżniony jako przewodniczący: prorok, pasterz, kapłan? A jednak czy jego jest słowo? "Tylko Ty masz słowa Życia", powiedział Piotr Apostoł o Jezusie. Czy kapłan prowadzi? "Ja jestem dobrym pasterzem." Wszyscy inni są złodziejami. Czy człowiek jest kapłanem? Jedynie in persona Christi.


KS. HENRYK BOLCZYK, ur. 1938, przyjął święcenia w 1962. Krajowy moderator Ruchu "Światło - Życie".

 

 


Ks. Zdzisław Chlewiński

 

Na wstępie muszę zaznaczyć, że w moim kapłańskim życiu - a jestem księdzem od lat czterdziestu trzech - nie wydarzyło się nic sensacyjnego ani specjalnie dramatycznego. Było ono - i jest - bardzo zwyczajne, "prozaiczne", chociaż dla mnie osobiście, jak je oceniam w retrospekcji - ciekawe.

Wraz z całym pokoleniem przeżyłem doświadczenie dwóch totalitaryzmów i towarzyszyło mi przeświadczenie, że zostałem pozbawiony wielu swobód i uprawnień przysługujących obywatelom wolnych politycznie krajów, że jestem anonimowym, pozbawionym wpływu na wydarzenia życia publicznego, szarym mieszkańcem Peerelu. Ale te sprawy wykraczają poza pytania ankiety.

Dlaczego zostałem księdzem? Odpowiedź na to pytanie kryje w sobie nie do końca jasne i objęte refleksją warstwy motywów psychologicznych, ale również, w co wierzę, jeszcze bardziej tajemniczą warstwę przyczyn nadprzyrodzonych ("nie wyście mnie wybrali..."). Ograniczam się do tych pierwszych. Rekonstrukcja własnej drogi do kapłaństwa z konieczności musi mieć charakter hipotetyczny. Zdana jest bowiem na kruchą pamięć o przeszłości, tym bardziej, że trzeba sięgać daleko wstecz - być może aż do pierwszych, dziecięcych jeszcze pytań egzystencjalnych, a zarazem religijnych: o Boga, o śmierć, o życie wieczne itd. Pamiętam swoje pierwsze "przeżycie metafizyczne", jeszcze z okresu przedszkolnego: uczucie głębokiego smutku, że wszystko przemija i ulega zniszczeniu - a chodziło o nietrwałą zabawkę. Na moją formację religijną z pewnością wywarła wpływ otwarta, uczciwa, życzliwa ludziom atmosfera domu rodzinnego, a także wczesne, dziecięce i młodzieńcze utożsamienia z osobami dla mnie ważnymi. Myśl, że w przyszłości zostanę księdzem, nasunęła mi się dość wcześnie, ale nikt mnie do tego nie nakłaniał. Ze szkolnych lekcji religii wyniosłem dość powierzchowną orientację w kwestiach wiary.

Okres dojrzewania przeżywałem "typowo": jako stan wewnętrznej rozterki, niepokoju, niezadowolenia z siebie, a także stan "przyciągania" i "odpychania" w dziedzinie religijnej - zapewne pod wpływem lektur. Zwątpienia pojawiały się "same przez się", przeżywałem je głęboko i emocjonalnie - bywało, że jako utratę sensu życia. Ksiądz, do którego zwróciłem się o pomoc, zbagatelizował moje kłopoty, potraktował je jako "zjawisko normalne", nie podjął rozmowy.

Dysponowałem nielicznymi książkami o treści religijnej - odpowiedzi na moje wątpliwości szukałem między innymi w dość "suchym" podręczniku do nauki religii w szkołach średnich. Wracałem często do zwięźle tam wyłożonych argumentów za istnieniem Boga. Zapadło mi głęboko w pamięć przeczytane gdzieś zdanie św. Augustyna: "stworzyłeś nas dla siebie i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie". Przeczytałem też Naśladowanie Chrystusa i wiele z tej książki, przypisywanej Tomaszowi ŕ Kempis, skorzystałem.

Nawyk myślenia, racjonalnej konfrontacji z coraz to nowymi pytaniami i wątpliwościami w kwestiach wiary utrwalił się we mnie na stałe. Uczyłem się radzić sobie w sposób coraz bardziej dojrzały z intelektualną materią wiary i religii. Własny rozwój religijny postrzegam jako samodzielną pracę wewnętrzną. Myśl o zostaniu księdzem coraz częściej mi towarzyszyła, choć nie w postaci kategorycznej decyzji. Wszystko to działo się podczas II Wojny Światowej, w niewielkim mieście powiatowym na Wileńszczyźnie.

Decyzję wstąpienia do seminarium duchownego podjąłem mając lat siedemnaście. Lata tam spędzone (1949-1954) przypadły na okres stalinowski - przygotowywano nas na wszelkie ewentualności z prześladowaniami włącznie. W roku 1951 rząd PRL usunął z diecezji ordynariusza, ks. Edmunda Nowickiego. Obawialiśmy się, że seminarium zostanie zamknięte. W roku 1953 aresztowano Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Krążyły pogłoski, że władze komunistyczne zamierzają utworzyć w Polsce jedno zbiorowe seminarium duchowne, jak to praktykowano w innych krajach "demokracji ludowej". Urząd do Spraw Wyznań (gałąź Urzędu Bezpieczeństwa) łatwiej mógłby wówczas kontrolować tok nauczania i tryb zatrudniania wykładowców. W seminarium nie było paniki. Byłem, wraz z innymi, świadomy, że sprawy mogą potoczyć się tak jak w Związku Radzieckim, gdzie księży więziono, zsyłano do łagrów, mordowano. To wszystko należało wpisać w koszty zostania księdzem w tamtych czasach. Działał wówczas bardzo aktywnie PAX. Nakłaniano księży, aby w ramach organizacji "księży patriotów" szli na współpracę z reżymem. Organizowano różne propagandowe imprezy (zjazdy "obrońców pokoju"). Zdecydowana większość nie godziła się na podejrzane kompromisy. I ja się nie zgodziłem.

W seminarium moja wizja kapłaństwa nie zmieniła się, ale pogłębiła intelektualnie. Chociaż edukacja seminaryjna pozostawiała wiele do życzenia (nie było na przykład zajęć z liturgiki w sensie wprowadzenia w liturgię, a nie drobiazgowego studiowania rubryceli; inne zajęcia oceniałem jako przeładowane zbytecznymi informacjami lub wręcz niepotrzebne), sporo się tam nauczyłem. Najbardziej inspirowały mnie wykłady z filozofii (ks. Gerarda Dogiela), miałem też świetnego wykładowcę biblistyki (ks. Józefa Wiejaczka) - do dziś wracam do jego egzegezy listów św. Pawła. Pogłębiło się również moje życie wewnętrzne. Wiele w tej mierze zawdzięczam ojcu duchownemu seminarium (ks. Zydorowi Ździebło) - nie był on typem intelektualisty, ale człowiekiem głęboko wierzącym, szczerym, życzliwym, skłonnym do słuchania i rozumienia drugich. Cenne okazały się lektury: niewielka książeczka Sacerdos ks. Aleksandra Żychlińskiego pomogła mi wniknąć w misterium Mszy świętej; Posiew kontemplacji Tomasza Mertona, drukowany w odcinkach w "Znaku" i urwany bez ostatnich rozdziałów, na skutek zamknięcia tego pisma przez władze (dokończyłem lektury po roku 1956), oraz klasycy mistyki - św. Jan od Krzyża i św. Teresa z Avila - wszystkie te dzieła ukształtowały mnie duchowo. Z zapałem studiowałem także medytacyjne teksty na temat Mszy świętej ks. Jana Pietraszki (późniejszego biskupa), dostępne wówczas w maszynopisie. Muszę wspomnieć ponadto o pracach z zakresu etyki o. Jacka Woronieckiego, a także o "Tygodniku Powszechnym" i "Znaku" - pismach czytywanych przeze mnie regularnie, którym pozostałem wierny do dziś.

Święcenia kapłańskie przyjąłem w pełni świadomie. Mszę prymicyjną, koncelebrowaną z biskupem Herbertem Bednorzem, przeżyłem jako wielkie misterium uobecnienia Rzeczywistości Nadprzyrodzonej. Przez wszystkie lata nigdy nie zwątpiłem w jego sens i nie doświadczyłem kryzysu swojej kapłańskiej tożsamości. Od chwili przyjęcia święceń "bycie księdzem" stało się głównym nurtem mojego życiowego doświadczenia, integrującym rozwój intelektualny i świadomość religijną.

Zawsze wiele zawdzięczałem lekturom, których zakres tematyczny stopniowo się poszerzał. Czytam z reguły "dogłębnie", z intencją uwewnętrznienia treści dla mnie cennych. Czuję się zobowiązany wymienić autorów, którym szczególnie wiele zawdzięczam: Leszka Kołakowskiego (zwłaszcza jego Obecność mitu Jeśli Boga nie ma...), spośród teologów - Karla Rahnera, a z polskich pisarzy - Antoniego Gołubiewa, Tadeusza Żychiewicza, Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Czesława Miłosza. Z przejęciem obcowałem z literaturą "łagrową", zwłaszcza z książkami Aleksandra Sołżenicyna. Moim czytelniczym hobby są prace popularnonaukowe z zakresu astronomii i kosmologii (m.in. ks. Michała Hellera), które nie tylko karmią moją poznawczą ciekawość, ale również nastrajają kontemplacyjnie i poszerzają perspektywy metafizycznego oglądu świata. Ostatnio lubię czytać Ryszarda Legutkę, którego cenię za przenikliwe diagnozy kulturowe i polityczne, a także Annę Świderkównę, świetną, teologicznie głęboką, popularyzatorkę Biblii.

Bardzo wiele, rzecz jasna, zawdzięczam spotkaniom z ludźmi - świeckimi i duchownymi, którzy nauczyli mnie, jak być chrześcijaninem i jak być księdzem. Bez takich spotkań moje rozumienie życia i drugich byłoby na pewno uboższe. Sądzę, że mam szczęście natrafiać na ludzi interesujących i wartościowych - uważam to za wielki dar losu.

Czy doświadczam ciężaru samotności? Z racji trybu życia wypełnionego kontaktami ze studentami i współpracownikami na uczelni oraz zaangażowania w pracę naukową raczej poszukuję samotności, niż od niej uciekam. Ale wiem, że dla wielu księży, zwłaszcza pracujących na parafiach, jest to dotkliwy problem.

A celibat? Cóż, wybór jakiejś wartości wysokiej z reguły pociąga za sobą rezygnację z innej - równie cennej. Tak widzę alternatywę: małżeństwo - celibat. Decydując się na wstąpienie do seminarium, dokonałem świadomego wyboru, biorąc pod uwagę całą przyszłość. Byłem przekonany o prawdziwości mojego powołania, wierzyłem w siebie, ufałem, że sprostam jego wymaganiom, bez względu na trudności, jakie mógłbym w przyszłości napotkać. Celibat zaakceptowałem dobrowolnie i możliwość jego "obejścia" - podwójnego życia, czyli w gruncie rzeczy zakłamania - z góry wykluczyłem. Takie nastawienie "przyszłościowe" psychologowie nazywają metadecyzją. Myślę, że bez tego perspektywicznego wyznacznika wszystkich dalszych decyzji, jakie wypadnie podejmować w przyszłości, trudno byłoby mówić o zobowiązaniu do wierności i o jej dochowaniu - czy to w celibacie, czy w małżeństwie.

Seksualność traktuję jako ważny i wartościowy współczynnik ludzkiej osobowości. Z obowiązku psychologa wiele na ten temat czytałem, myślałem, trochę pisałem. Wychowanie i samowychowanie tej sfery wymaga uznania własnej płciowości jako pozytywnego zadania, które zakłada odpowiedzialność i szacunek dla własnej i cudzej osobowej autonomii. Jestem przekonany, że tak zwana czystość (coś więcej niż tylko powściągliwość seksualna) jest szczególną postacią miłości - siebie i bliźnich. Ani miłość, ani seksualność nie są związane wyłącznie z prokreacją. W gruncie rzeczy każdy normalny kontakt międzyludzki zawiera pewien komponent emocjonalny, związany również z seksualnością, która może się urzeczywistniać na różne sposoby, ulegać transformacji, bo jest podatna na przeobrażenia zwane w psychologii sublimacją. Tak też dzieje się w celibacie, w którym jest miejsce na duchowe ojcostwo, przyjaźń, służbę innym.

Myślę, że w tej sprawie istotną rolę odegrało u mnie stopniowe nabywanie umiejętności nawiązywania wartościowych kontaktów z kobietami. Nie reagowałem lękowo na "płeć odmienną", ale dbałem o zachowywanie właściwego dystansu. Z czasem nabrałem praktycznego, intuicyjnego wyczucia, w jakiej mierze, z kim, w jakich okolicznościach taki dystans utrzymywać. Ważne w tym było kontrolowanie samego siebie, samokrytycyzm, by nie manipulować uczuciami innych, co tak często się zdarza, bo łatwo w tej materii o samooszukiwanie się.

Trudności. Problemem jest dla mnie wielość i różnorodność obowiązków. Rodzi to dylemat, czemu w danej sytuacji dać pierwszeństwo - pracy dydaktycznej i naukowej czy duszpasterstwu. Praca intelektualna wzbogaciła moje horyzonty poznawcze (chociaż oczekiwałem, że można poznać więcej...), pozwoliła spojrzeć głębiej i lepiej zrozumieć wiele ludzkich problemów w sposób, jak sądzę, niedostępny dla laika. Okazała się też pożyteczna w kształceniu świeckich studentów i kleryków, z którymi zajęcia, a zwłaszcza dyskusje, bywają korzystne dla obu stron. Ale podstawowy dylemat utrzymuje się w mocy: różni ludzie - starzy, chorzy, osamotnieni - byliby mi wdzięczni, gdybym ich częściej odwiedzał, a ja jestem wciąż zajęty "własnymi sprawami". Z drugiej strony, jestem zobowiązany przekazywać swoim słuchaczom i uczniom wiedzę rzetelną, przemyślaną, aktualną, a to pochłania mnóstwo czasu i energii. A ponadto, zdaję sobie sprawę, że to, co wiem i co wykładam, jest przemijające. Psycholog Donald O. Hebb pisał w roku 1975: "Każdy, kto skończył studia mniej więcej dziesięć lat temu, zrozumie mnie, gdy powiem, że większość tego, co jako student musiałem umieć, było już wtedy bezużyteczne lub w krótkim czasie takim się stało; była to wiedza nieistotna, trywialna, często wręcz błędna. Większość tego, co dzisiaj przedstawiamy studentom, musi mieć taki charakter - jest to wiedza ważna dzisiaj, ale bez znaczenia jutro. Co z tej wiedzy wybierać?" Jest to dylemat każdego pracownika nauki, zwłaszcza w dziedzinie, która się dynamicznie rozwija i gdy wciąż wzrasta liczba publikacji. Mam coraz więcej pytań, coraz mniej odpowiedzi. Oczywiście, poprawnie sformułowane pytanie jest czasem bardziej interesujące niż odpowiedź.

W początkach mojego kapłaństwa pracowałem w dużej parafii miejskiej, gdzie miałem wiele obowiązków. Żaden z nich nie sprawiał mi zasadniczych trudności, pracę duszpasterską lubiłem, ale moją piętą achillesową była katecheza, zwłaszcza dzieci. Nie z powodu braku przygotowania - w seminarium mieliśmy i wykłady, i praktyki z tego zakresu - lecz braku talentu. Przeżywałem głęboką frustrację, połączoną z poczuciem winy. To niefortunne doświadczenie zasiało we mnie wątpliwość, czy byłbym kiedykolwiek dobrym księdzem parafialnym. Życie "terenowego" duszpasterza oceniam odtąd jako o wiele trudniejsze niż to, które stało się moim udziałem. Mam więcej czasu na myślenie, czytanie, pisanie, dyskusje. Wybrałem życie kapłańskie w znacznej mierze łatwiejsze.

Stosunki z przełożonymi. Muszę wyznać, że nie miałem z nimi żadnych konfliktów - być może dlatego, że prawie całe życie spędziłem poza rodzimą diecezją, byłem więc daleko od swojej bezpośredniej władzy. Wszyscy biskupi, którym podlegałem, byli dla mnie zawsze bardzo życzliwi.

Kontakty z innymi księżmi. Nie przysparzają mi większych kłopotów - z jednym zastrzeżeniem. Martwi mnie, że u pewnej grupy księży (z różnych środowisk) zauważam brak krytycyzmu wobec stereotypów i uprzedzeń pleniących się w naszej kulturze, skłonność do ciasnego nacjonalizmu, ksenofobii, spiskowej teorii dziejów, a także do obsesyjnego "epitetowania" ludzi inaczej myślących i przypisywania im złych intencji. Widać w tym wyraźną agresję. Jako psycholog próbuję nawet badać to zjawisko. Istnieje ono zresztą nie tylko w Polsce. Smutny to fakt, skoro dotyczy ludzi, którzy opowiadają się za Ewangelią. Jak można, uznając i głosząc Ewangelię, manifestować tak sprzeczne z nią postawy bez wewnętrznego dysonansu? Jak można zapominać, że Chrystus szukał i szuka każdej zagubionej owcy? Tymczasem często potępia się nawet katolików o orientacji bardziej otwartej na dialog, tych, którzy ludzi odmiennych przekonań nie uważają tym samym za swoich wrogów, chociaż może ich dzielić wiele, niemal wszystko.

Co utwierdza w powołaniu? Mówiąc skrótowo, intensywne życie wewnętrzne. Moja religijność jest chrystocentryczna, od czasów seminarium centralne znaczenie ma dla mnie Msza święta, prawda, że jesteśmy wszyscy przybranymi dziećmi Boga, Pismo Święte, medytacja. Nie pociągają mnie praktyki folklorystyczno-dewocyjne. Oczywiście, nie lekceważę ich, ale myślę, że zbyt często różne elementy marginalne przesłaniają w naszej obyczajowości religijnej to, co w chrześcijaństwie naprawdę istotne. I to wprowadza wiernych w dezorientację. Najważniejsze jest, według mnie, pogłębione życie wewnętrzne - "w Duchu i w Prawdzie" - a to nie sprowadza się do kwestii czysto psychologicznej czy socjologicznej. Chrystus w jednej ze swych przypowieści mówi o "drogocennej perle": gdy się ją znajdzie (a nigdy nie można być pewnym, że się ją posiada i trzeba pamiętać, że łatwo ją utracić), wszystko inne wydaje się mało znaczące - i właściwie z wszystkiego poza nią można zrezygnować.

Co mi przysparza najwięcej radości i satysfakcji? Małych radości przysparza praca naukowa, dydaktyka, odkrywanie prawd, które się wprawdzie znało, ale nagle stały się osobiście ważne, przyswojone. Wielką radością jest to, że można służyć innym, że się jest potrzebnym, że się komuś pomogło. Uczciwie biorąc, księdzu trudno jest ocenić własne życie, bo to, co było i co jest w jego działalności wartościowe i, jak wierzę, nieprzemijające, pozostaje niewymierne, a przede wszystkim - nie należy do niego. Byłoby pychą przypisywać sobie zasługi z racji tego, że się po prostu spełniło swój obowiązek ("mówcie i wy, gdy uczyniliście wszystko, co wam polecono: »słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać«" - Łk 17,10). Kto z nas odważyłby się powiedzieć, że zrobił w życiu wszystko, co do niego należało?

Myślę, że mądrze jest nie liczyć na żadne satysfakcje i zdawać sobie sprawę, iż nasze samooceny i oceny innych są w znacznej mierze złudne.

Relacje ze świeckimi. Wydaje mi się, że podczas swego, długiego już, życia kapłańskiego nauczyłem się nawiązywać kontakt z ludźmi. Nabyłem umiejętności słuchania innych, rozumienia ich problemów, pytań i wątpliwości, a równocześnie akceptowania ich jako niepowtarzalnych jednostek. Słuchając innych, sam się uczę. Uczę się przede wszystkim pomagać innym w formułowaniu ich własnych problemów, a także w pozbywaniu się złudzeń, że istnieją proste i łatwe odpowiedzi na trudne pytania. Często ludzie oczekują odpowiedzi rozstrzygającej: "tak" lub "nie", a najczęściej takich odpowiedzi nie ma. I nie można tego przed nimi ukrywać. Czasem też trzeba powiedzieć, że my wszyscy nie bardzo rozumiemy Pana Boga...

Dość wcześnie ukształtowała się we mnie otwartość na "inne" myślenie, "inne" przekonania. Nie potrafię ustalić, co na to wpłynęło. Jeszcze w szkole średniej doszedłem do wniosku, że w różnych kierunkach filozoficznych kryją się jakieś "cząstkowe prawdy", tak też myślałem między innymi o marksizmie (nb. nauka o Polsce współczesnej w mojej klasie licealnej była wykładana interesująco, bez indoktrynacji). Będąc młodym, religijnym człowiekiem, nie miałem mentalności "posiadacza prawdy", więc byłem otwarty na różne źródła, skąd można by ją czerpać. Jako student przeczytałem u jednego z filozofów, że historia filozofii nie jest zbiorem błędów, ale świadectwem bogactwa rzeczywistości i dlatego ludzie mogą ją badać z różnych punktów widzenia, posługując się różną aparaturą pojęciową. Takie rozumienie poszukiwań poznawczych, nie tylko na terenie filozofii, otwiera drogę ku Tajemnicy. Wielki wpływ na moje myślenie wywarł Sobór Watykański II, zwłaszcza gdy chodzi o postawę wobec ludzi inaczej myślących i wierzących (Dekret o ekumenizmie, Deklaracja o stosunku do religii niechrześcijańskich).

Nie wolno zapominać, że świeccy, jako członkowie Kościoła, są za niego współodpowiedzialni. Powinno się częściej ich angażować do nauczania (katechizacji w różnych postaciach), pracy charytatywnej oraz w szerszym zakresie korzystać z ich inicjatywy w Kościele. Uważam to za sprawę palącą. Izolacja duchownych od świeckich jest czymś wysoce "niemoralnym". Ale nie jest to na pewno sprawa łatwa.

Jak mnie widzą świeccy? W moim odczuciu nie mam większych kłopotów w kontakcie ze świeckimi. Nie wiem jednak, co o mnie myślą i jak mnie oceniają. W środowisku tak dużym jak uniwersytet osobowości i poglądy ludzi są bardzo zróżnicowane. Mogą więc rozmaici ludzie różnie o mnie myśleć. Podejrzewam jednak, że większość wcale o mnie nie myśli. Natomiast sam chciałbym o nich myśleć i traktować ich jak swoich bliźnich, niezależnie od ich zapatrywań na moją osobę.


KS. ZDZISŁAW CHLEWIŃSKI, ur. 1929, przyjął święcenia w 1954; kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, profesor psychologii, kierownik Katedry i Zakładu Psychologii Eksperymentalnej na Wydziale Nauk Społecznych KUL.

Kolejne wypowiedzi kapłanów:
Część 2 Część 3 Część 4 Część 5 Część 6 Część 7


 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: duszpasterstwo klerykalizm modlitwa kapłan katecheza parafia świecki ksiądz celibat religijność pobożność kler duchowny duszpasterz duchowieństwo ojcostwo