„Moi rodzice zaproponowali, żebyśmy razem wybudowali dom. Byłam zachwycona i nawet nie zapytałam męża o zdanie. Dziś widzę, jak bardzo go zraniłam” – mówi Ewa. Przez lata ich małżeństwo przechodziło poważny kryzys. Przełomem nastąpił dzięki WTM Sychar. „Dostaliśmy konkretne narzędzia: jak rozmawiać, jak się kłócić, żeby się nie ranić” – podkreśla Mariusz.
Aleksandra Angowska: Jak się poznaliście? Co Was w sobie zauroczyło?
Ewa: Poznaliśmy się w 1996 roku, czyli 30 lat temu, na wakacjach w Kołobrzegu. Co ciekawe, mieszkaliśmy na tej samej ulicy, na jednym osiedlu, a wcześniej się nie znaliśmy. Na pewno zaimponowało mi to, że chłopak starszy ode mnie o sześć lat zainteresował się taką „dziewczynką”. Oczywiście też pojawiły się te pierwsze motyle w brzuchu.
Mariusz: Pamiętam moment, kiedy wychyliła się przez okno – wtedy pomyślałem, że ona zostanie moją żoną. To była najpiękniejsza i najcudowniejsza osoba, jaką widziałem w życiu. Zakochałem się od razu, choć miałem też pewne wątpliwości, bo była wtedy bardzo młoda.
W jakim wieku się poznaliście?
Ewa: Ja miałam 17 lat, a mąż 23. Zanim zdecydowaliśmy się na wspólne życie, byliśmy razem przez długi czas, bo aż osiem lat.
Mariusz: Z perspektywy czasu myślę, że to, że tak długo byliśmy razem bez decyzji o małżeństwie, mogło świadczyć o pewnej niedojrzałości.
A mieszkaliście razem?
Ewa: Nie mieszkaliśmy razem i nawet nie przyszło nam to do głowy.
Mariusz: Jesteśmy z pokolenia, które nawet nie rozważało wspólnego zamieszkania przed ślubem. W przypadku żony wynikało to również z wiary, u mnie raczej z wychowania.
Skąd tak długie odkładanie decyzji o ślubie?
Ewa: Rozmawialiśmy o ślubie, ale były to bardzo ogólne rozmowy, bez konkretów. Wiedzieliśmy, że chcemy się pobrać, ale nie podejmowaliśmy decyzji. Z czasem doszłam do wniosku, że wynikało to z naszej niedojrzałości. Być może baliśmy się wspólnego życia? A przecież oboje chcieliśmy mieć dzieci, rodzinę, być szczęśliwi. Byliśmy przekonani, że stworzymy najlepszą rodzinę na świecie.
Myślę, że nie byliśmy w tym wyjątkowi – wiele par ma takie wyobrażenia. Wydaje się im, że od sakramentalnego „tak” aż do późnej starości wszystko będzie idealne. Niestety, po ślubie szybko przekonaliśmy się, że rzeczywistość wygląda inaczej. Każde z nas miało zupełnie inne wyobrażenie wspólnego życia i prowadzenia domu, mimo że znaliśmy się tak długo, znaliśmy swoje rodziny i środowiska, z których pochodzimy.
Czyli problemy pojawiły się dopiero po ślubie?
Ewa: Tak. Po ślubie uświadomiłam sobie, że nasza relacja nie była idealna. Wiedziałam, że przed wejściem w małżeństwo powinniśmy wiele rzeczy przepracować. Nie zrobiliśmy tego, bo wydawało mi się, że ślub w magiczny sposób wszystko rozwiąże. Miałam „klapki na oczach” i liczyłam, że wszystko samo się ułoży.
Patrząc dziś z perspektywy, mogę powiedzieć, że ta miłość nigdy w nas nie wygasła – żadne z nas nie wyobrażało sobie życia z kimś innym. Chcieliśmy być razem, nawet w czasie kryzysu. Problem polegał raczej na tym, że mieliśmy zupełnie inne wyobrażenia o małżeństwie.
Na jakim etapie była wtedy Wasza wiara?
Mariusz: Ja byłem wtedy daleko od Boga. Po ślubie, ponieważ wiara była bardzo ważna dla żony, zgodziłem się chodzić w niedzielę do kościoła i właściwie na tym się kończyło moje zaangażowanie. Trudno mi dziś jednoznacznie ocenić, dlaczego tak było.
Powiedzieliście, że spory pojawiły się po ślubie, a czego dotyczyły?
Mariusz: Po prostu przestaliśmy się dogadywać. Każde z nas ciągnęło w swoją stronę. Każde chciało rządzić w tym związku. Oboje byliśmy przekonani, że wiemy najlepiej, co to drugie powinno zrobić, żeby było dobrze.
Ewa: Ja byłam bardzo niedojrzała i silnie związana z rodzicami. Mąż z kolei ma raczej władczy charakter. To było dla mnie trudne, bo w moim domu rodzinnym dominującą osobą była mama. Miałam więc inne wyobrażenie tego, jak powinno funkcjonować małżeństwo.
Czym objawiała się ta „nieodcięta pępowina”?
Ewa: U mnie w rodzinie to mama miała dominującą rolę i często mówiła tacie, co ma robić. Ja w naturalny sposób przeniosłam ten schemat do naszego małżeństwa. Na przykład uważałam za oczywiste, że jeśli powiem mężowi: „dzisiaj na imprezie nie pijesz”, to on się do tego zastosuje. Tymczasem okazało się, że on nie zamierza spełniać moich poleceń i to było dla mnie bardzo trudne do zaakceptowania.
Mariusz: Dla mnie było to widoczne m.in. w naszej sytuacji mieszkaniowej. Mieszkamy praktycznie z teściami – wybudowaliśmy dom razem z nimi. Początkowo było mi bardzo trudno się w tym odnaleźć i porozumieć z teściami.
Wtedy myślałem, że problem leży „po dwóch stronach” – po stronie żony i jej mamy. Dziś patrzę na to inaczej. Co ciekawe, obecnie dogaduję się z teściową bardzo dobrze, czasem nawet lepiej niż żona (śmiech).
Od początku małżeństwa mieszkaliście z rodzicami?
Ewa: Nie, propozycja pojawiła się po kilku latach. Moi rodzice zaproponowali, żebyśmy razem wybudowali dom. Dla mnie to była świetna okazja, byłam zachwycona.
Niestety, nawet nie zapytałam męża o zdanie. To jest dla mnie do dziś trudne do przyznania – czuję wstyd, że tak postąpiłam. Z perspektywy czasu widzę, że postawiłam go przed faktem dokonanym. Decyzja została podjęta bez niego. Nic dziwnego, że przez długi czas nie czuł się w tym domu jak u siebie.
Mariusz: To był jeden z czynników, które wpłynęły na nasz kryzys. Włożyłem bardzo dużo pracy w budowę i wykończenie domu, ale mimo to nie czułem, że to naprawdę moje miejsce.
Ewa: A ja przez długi czas nie rozumiałam jego reakcji. Wydawało mi się, że ma wszystko – dom, rodzinę, więc dlaczego jest niezadowolony?
Myślę, że gdybym wtedy opowiadała o tym znajomym, mogłabym powiedzieć, że „mam męża, który nie potrafi docenić tego, co ma”.
Mariusz: To dobrze pokazuje, jak wtedy funkcjonowaliśmy – każde z nas było przekonane, że wie, co jest najlepsze dla drugiej osoby, zupełnie nie biorąc pod uwagę jej zdania.
Obiektywnie rzecz biorąc, sama możliwość wybudowania domu była czymś dobrym. Ale równie ważne było to, żeby była to decyzja wspólna, a nie jednostronna. Tym bardziej że wiązało się to z dużym zobowiązaniem finansowym.
Jako osoba o raczej pragmatycznym podejściu zastanawiałem się, skąd weźmiemy na to środki. Dla mnie to był realny problem. Dodatkowo miałem poczucie, że wiele decyzji nie zależy ode mnie, że to nie jest do końca „mój” dom.
Wspomniała Pani o swoich słabościach – potrzebie dominacji w małżeństwie oraz braku „odcięcia pępowiny”. A jakie były słabości męża?
Ewa: Narastające frustracje sprawiły, że w życiu męża pojawił się alkohol i to był moment, który bardzo mocno zaczął wpływać na naszą relację. Konflikty zaczęły się jeszcze bardziej nasilać.
Mariusz: Ja długo nie postrzegałem tego jako problemu czy nałogu. Wydawało mi się, że tak funkcjonuje wielu mężczyzn – wracałem z pracy, wypijałem drinka czy piwo i normalnie funkcjonowałem dalej, następnego dnia szedłem do pracy. Nie rozumiałem, dlaczego to tak bardzo przeszkadza żonie – przecież wydawało mi się, że tak żyje duża część społeczeństwa.
Z czasem zrozumiałem, że jednak wiele osób tak nie funkcjonuje, a nawet ilości alkoholu, które uważałem za niewielkie, mogą być problemem. Później alkohol stał się też dla mnie formą ucieczki – miałem poczucie, że żona mnie nie rozumie.
Czy te konflikty zaczęły narastać?
Mariusz: Na początku pojawiały się raczej drobne spięcia. Natomiast wyraźne nasilenie kryzysu nastąpiło mniej więcej po sześciu–siedmiu latach małżeństwa. Wtedy mieliśmy już dwóch synów.
Ewa: Można powiedzieć, że po około sześciu latach naszego małżeństwa było już między nami naprawdę źle. Zaczęliśmy się mijać, przestaliśmy się sobą interesować, nie rozmawialiśmy ze sobą. Właściwie trudno mówić, że wcześniej prowadziliśmy prawdziwe rozmowy, raczej wymienialiśmy informacje. Wtedy wydawało nam się, że to wystarczy, żeby małżeństwo funkcjonowało.
Mariusz: Niestety, jak się później okazało, to nie wystarczało. To był dla mnie jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Widziałem, że moja żona – osoba, którą kochałem nad życie i której chciałem dać wszystko, zaczyna mnie traktować jak powietrze. Pomyślałem wtedy: skoro mnie już nie kocha, to nie będę się narzucał.
Z czasem pojawiły się również problemy finansowe. Nałożyło się na siebie kilka trudnych kwestii i doszedłem do przekonania, że żona mnie nie rozumie i nie chce naszego wspólnego dobra. Uznałem też, że nie chcę jej „psuć życia”, więc postanowiłem się wyprowadzić.
Jak na wyprowadzkę zareagowały dzieci?
Mariusz: Dzieciom mówiliśmy, że tata jest w delegacji. Ustaliliśmy, że nie będziemy ich wciągać w nasz konflikt ani grać ich emocjami, bo były dla nas najważniejsze.
Oczywiście dzieci doskonale wyczuwały, co się dzieje. Pamiętam moment, kiedy wróciłem do domu po drugiej wyprowadzce – dzieci właściwie przestały mnie zauważać. Czułem, że mają do mnie ogromny żal. Nigdy o tym wprost nie rozmawialiśmy, ale wiedziałem, że widzą cierpienie swojej mamy i obwiniają mnie o tę sytuację. Wtedy dotarło do mnie, że jeśli stracę żonę, mogę też stracić dzieci.
Doszło do separacji lub rozwodu?
Mariusz: W pewnym momencie żona powiedziała mi wprost, że nie wyobraża sobie dalszego życia ze mną i ma już przygotowane dokumenty rozwodowe. To mnie bardzo przestraszyło.
Postawiła sprawę jasno: albo zaczniemy coś robić z naszym małżeństwem, albo to koniec. Zgodziłem się. I wtedy zabrała mnie na spotkanie wspólnoty trudnych małżeństw Sychar.
Czy poszedł Pan na spotkanie wspólnoty z nadzieją na poprawę w małżeństwie, czy raczej ze strachu przed utratą dzieci?
Mariusz: Nie chciałem tam iść. Miałem w głowie przekonanie, że nie będę się „spowiadał przed jakimiś nawiedzonymi katolikami”. Poszedłem właściwie tylko dlatego, że bałem się utraty dzieci.
I wtedy wszystko się zaczęło. Okazało się, że to nie są żadni „nawiedzeni ludzie”. Kiedy przyszedłem na pierwsze spotkanie i zobaczyłem, że wszyscy obecni mierzą się z własnymi problemami i potrafią o nich otwarcie mówić, pomyślałem dwie rzeczy.
Po pierwsze, że mam naprawdę wspaniałą żonę.
Po drugie, że coś tu jest nie tak, bo ci ludzie są poranieni, a jednocześnie wydają się szczęśliwi, spokojni, pracują nad sobą. To było dla mnie zaskakujące.
Jak wyglądało to pierwsze spotkanie?
Mariusz: Spotkanie prowadziła siostra Małgorzata Skonieczek, która jest psychologiem. Prowadziła wykłady, czasem też ćwiczenia.
Na początku byłem sceptyczny – zakonnica i wykład o małżeństwie? Siedziałem obok żony i widziałem, że jej się to coraz bardziej podoba, że czuje się tam dobrze.
Tamtego dnia nie było przygotowanego konkretnego tematu, więc ktoś zaproponował, żeby porozmawiać o alkoholu w rodzinie. I to był moment przełomowy.
Siostra nie mówiła o skrajnych przypadkach uzależnienia, tylko o takim piciu, które wydaje się „normalne” – dokładnie takim, jakie było u mnie. Pokazała mechanizmy, które rządzą człowiekiem: wybieranie miejsc, gdzie wiadomo, że będzie alkohol, niepicie przez tydzień i „nagroda” w weekend, czy pozorne ustępstwa wobec żony, żeby móc później napić się po swojemu.
To mnie bardzo poruszyło. Zobaczyłem, że tak właśnie funkcjonuję, że coś mną kieruje i nie mam nad tym kontroli. Do tej pory wydawało mi się, że problemem jest żona, że to ona „rządzi” i nic nie rozumie. A tu nagle okazało się, że problem leży też we mnie.
Ewa: Dostaliśmy na wspólnocie ogromną łaskę – uświadomiono nam, że trzeba pracować nad sobą i zobaczyć własne błędy. Wcześniej każde z nas chciało raczej usłyszeć, co to drugie ma zmienić, żeby było dobrze. Ja też szłam tam z takim nastawieniem, ale szybko się okazało, że to tak nie działa.
Czy po tym pierwszym spotkaniu była zauważalna poprawa w relacji?
Ewa: Po pierwszym spotkaniu, wracając samochodem, zaczęliśmy się kłócić – na bazie tego, co usłyszeliśmy. Na początku mieliśmy wrażenie, że jest jeszcze gorzej, że się cofamy.
Zdarzało się, że jechaliśmy na spotkania pokłóceni, nie odzywając się do siebie przez całą drogę. Podobnie bywało z rekolekcjami – do samego przyjazdu panowała cisza i napięcie. To nie było łatwe.
Ale z perspektywy czasu widzę, że stało się coś bardzo ważnego – zaczęliśmy w ogóle ze sobą rozmawiać. Może jeszcze nie w pełni świadomie, ale zaczęliśmy wymieniać myśli, odnosić się do tego, co przeżywamy.
Byliśmy we wspólnocie długo i intensywnie nad sobą pracowaliśmy, ale prawdziwe, szczere rozmowy pojawiły się dopiero po około pięciu latach. To był długi proces i do dziś nie jest to dla nas łatwe.
Często słyszy się radę dla małżeństw w kryzysie: „musicie ze sobą rozmawiać”. To bardzo dobra rada, tylko nikt nie mówi, jak się tego nauczyć.
Mówicie, że mimo trudności oboje chcieliście uczestniczyć w spotkaniach wspólnoty. Skąd ta determinacja?
Ewa: Efekty były, tylko nie od razu w postaci głębokich rozmów. Gdybyśmy nie widzieli, że coś się zmienia, że idziemy do przodu, na pewno nie chodzilibyśmy tak długo na spotkania. To nas realnie budowało.
Mariusz: Dla mnie te spotkania były przełomowe. Wiedziałem, że jeśli będę w nich uczestniczył, stanę się lepszym człowiekiem, nawet dla samego siebie. Czułem, że to mi służy.
Natomiast, kiedy zaczynało się między nami układać i wydawało się, że najgorsze mamy już za sobą, pojawił się kolejny kryzys. Żona dowiedziała się, że mamy bardzo duże długi, które zaciągnąłem i ukrywałem.
To był dla mnie moment graniczny – nie wiedziałem już, jak z tego wyjść, nie radziłem sobie sam ze sobą. Widziałem jednocześnie, że żonie zależy, żeby nasza relacja się układała. Pamiętam, że wtedy się modliłem i powiedziałem: „Jezu, ufam Tobie”. Niedługo potem, kiedy jechałem do pracy, żona zadzwoniła i powiedziała, że już wszystko wie.
To wydarzyło się po kilku latach naszej pracy w Sycharze. Pamiętam, że wtedy mnie przytuliła i powiedziała: „Damy sobie radę”. To było dla mnie bardzo poruszające.
Ogromną rolę odegrali też nasi przyjaciele ze wspólnoty – ich wsparcie było nieocenione. Udało nam się wyjść z tej sytuacji, ale przede wszystkim dlatego, że byliśmy razem. To był jeden z przełomowych momentów w naszym życiu.
Czy był więc widoczny przełom w naprawianiu relacji?
Mariusz: Pojechaliśmy na rekolekcje. Tam dowiedziałem się, jak powinien funkcjonować mężczyzna w małżeństwie – jakim powinien być mężem i ojcem. Zrozumiałem też, że to, że żona widzi coś inaczej, nie oznacza, że chce źle.
Z czasem zaczęliśmy ze sobą naprawdę rozmawiać, spędzać czas, cieszyć się swoją obecnością. Nadal uczestniczyliśmy w spotkaniach, podczas których uczyłem się dostrzegać własne błędy – bez usprawiedliwiania się i wybielania.
Dostaliśmy konkretne narzędzia, między innymi to, jak się kłócić, nie raniąc się nawzajem. To była ogromna zmiana.
Wcześniej każda kłótnia była dla nas zagrożeniem, mieliśmy poczucie, że prowadzi do rozpadu małżeństwa. Później nauczyliśmy się, że konflikt może prowadzić do rozwoju, a nie do rozwodu.
Ja zbliżyłem się wtedy do Boga. Zawsze powtarzam, że Pan Bóg ma bardzo wielkie poczucie humoru, bo kiedyś ci nawiedzeni katole, o których mówiłem na samym początku, stali się moimi przyjaciółmi.
Czy na spotkaniach wspólnoty dowiedzieliście się czegoś nowego o sobie?
Ewa: Ja przez bardzo długi czas funkcjonowałam w roli „poszkodowanej”. Wydawało mi się, że nie muszę nic zmieniać, tylko to mąż powinien się zmienić.
Pamiętam, jak usłyszeliśmy kiedyś, że wyjście z roli ofiary bywa trudniejsze niż wyjście z roli sprawcy. Bo rola ofiary przynosi pewne „korzyści” – choćby poczucie moralnej racji. I rzeczywiście, doświadczyłam tego.
Wzięłam też udział w programie Dwunastu Kroków, prowadzonym przez siostrę Małgorzatę. Wtedy uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy zrobiłam źle, w tym konkretne słowa, które powiedziałam mężowi, a które nigdy nie powinny paść.
Mariusz: To było trudne doświadczenie, ale bardzo ważne. Mnie również wiele dało. W tamtym czasie zobaczyłem też, że żona zaczyna mi „wymykać się z rąk”, że nie mam już nad nią kontroli. I to było dla mnie kolejne ważne uświadomienie.
Analizując nasz kryzys, doszedłem do wniosku, że jeśli żona miała w nim – powiedzmy – 10% udziału, to dla niej było to 100% jej odpowiedzialności. A moje 90% to było moje 100%.
Zrozumiałem, że muszę skupić się na sobie i swojej części. Włożyłem w to dużo pracy, ale dawało mi to ogromną satysfakcję.
A co musieliście więc w sobie zmienić, żeby małżeństwo przetrwało i wyszło z kryzysu?
Mariusz: Musiałem zrozumieć, że nie mam żadnego wpływu na to, jaka jest moja żona, kim jest i jak będzie postępować. Nie jestem w stanie tego kontrolować, choć wcześniej wydawało mi się, że potrafię manipulować rzeczywistością.
Ewa: Ja z kolei musiałam przepracować wiele rzeczy, chociażby odcięcie się od nadmiernej zależności od rodziców. Nauczyłam się też doceniać męża.
Okazało się, że to właśnie drobne gesty mają ogromne znaczenie. Wcześniej myślałam: „co się stanie, jeśli go pochwalę? Czy stanie się zarozumiały?”. Bałam się tego. A przecież to są proste rzeczy, które nic nie kosztują, a wnoszą bardzo dużo do relacji.
Dziś wiem, jak ważny jest szacunek. To, co teraz daję Mariuszowi, wraca do mnie i dzięki temu nasze małżeństwo po prostu lepiej funkcjonuje.
Mariusz: Jeśli chodzi o konkretne przykłady, to zacząłem brać odpowiedzialność za swoje zachowanie, także w kontekście wychowania dzieci. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że moje dzieci mogą się mnie bać, bo przecież ich nie biłem. Podnosiłem głos, ale tłumaczyłem to sobie „dobrym wychowaniem”. Dziś widzę, że to było tylko usprawiedliwienie.
Przełom nastąpił, gdy zaczęliśmy spędzać więcej czasu razem. Znaleźliśmy wspólną pasję i zaczęliśmy budować relację.
Dopiero wtedy zrozumiałem, że mimo moich wcześniejszych przekonań nie mieliśmy tak dobrego kontaktu, jak mi się wydawało. Kiedy zaczęliśmy spędzać czas tylko we trzech, bez Ewy, w takim męskim gronie, pojawiła się przestrzeń do szczerych rozmów.
Zaczęliśmy mówić sobie rzeczy, których wcześniej nigdy byśmy nie powiedzieli. Myślę, że pewne trudne doświadczenia nadal w nich są, ale dziś zdecydowanie łatwiej jest mi z nimi rozmawiać – nawet o sprawach trudnych.
Potrafię mówić o porażkach, o tym, że coś może się nie udać, ale warto próbować dalej. Łatwiej jest mi też rozmawiać z nimi o Bogu, bo dorastali w czasie, kiedy ja sam przechodziłem przemianę.
Kiedyś wspólne spędzanie czasu nie sprawiało Wam przyjemności?
Mariusz: Kiedyś wspólny weekend był dla nas męką. Dziś nie możemy się doczekać piątku, żeby pobyć razem.
Ewa: Pamiętam taki moment w naszym życiu, kiedy piątek był dla mnie najgorszym dniem tygodnia. Wiedziałam, że zaczyna się weekend i będziemy na siebie „skazani”. Trudno mi było nawet przebywać z mężem w jednym pomieszczeniu.
A dziś, wracając do domu, cieszę się na myśl, że on tam jest, że zaraz się zobaczymy. Spędzamy ze sobą czas, rozmawiamy, śmiejemy się. Kłócimy się, ale jesteśmy razem. I to daje ogromną satysfakcję, także dlatego, że nadal nad sobą pracujemy.
Jak zmieniła się Wasza codzienność, dzięki praktykowaniu wiary?
Mariusz: Pamiętam moment podczas innych rekolekcji, kiedy prowadzący mówił o wspólnej modlitwie w rodzinie. Podkreślał, że to mężczyzna jest odpowiedzialny za to, by o nią zadbać, że powinien wziąć żonę za rękę i zacząć się modlić, nawet jeśli nie jest to łatwe.
Zrobiłem wtedy dokładnie to, mimo że byłem jeszcze daleko od Boga. Wziąłem żonę za rękę i zaczęliśmy się modlić razem z dziećmi.
Myślałem, że dzieci nie będą chciały w tym uczestniczyć, ale okazało się inaczej. Modlitwa stała się częścią naszego życia. Nawet gdy wychodziłem do pracy na nocną zmianę, modliliśmy się razem wcześniej.
To bardzo nas umocniło. Dziś nasi znajomi mówią, że wiele rzeczy, o które prosiliśmy Boga, czy to w sprawach małżeńskich, czy finansowych – zostało nam dane.
Czy była jakaś konkretna forma modlitwy albo patron, do którego szczególnie się zwracaliście?
Mariusz: Nie, po prostu modliliśmy się razem jako rodzina. Prosiliśmy o różne rzeczy: o zdrowie, o dobre oceny w szkole, o sprawy codzienne, nawet bardzo prozaiczne.
Z perspektywy czasu widzę, że wiele z tych modlitw zostało wysłuchanych. Pamiętam sytuację, kiedy było nam naprawdę trudno finansowo i nie było nas stać nawet na wyjście do kina. Pomodliliśmy się o to i wkrótce potem wygrałem bilety w radiu.
Takich drobnych, ale znaczących doświadczeń było więcej. One budowały w nas przekonanie, że Bóg rzeczywiście jest obecny w naszym życiu.
Czy po tylu latach we wspólnocie widzicie dużą zmianę w funkcjonowaniu rodziny?
Mariusz: Zdecydowanie tak. Po pewnym czasie zostałem nawet liderem jednego z ognisk Sycharu.
Największą zmianę zauważyły chyba nasze dzieci – w domu jest dziś spokojniej. Oczywiście nadal mam impulsywny charakter, ale potrafię już nad nim pracować.
Ewa: Dla mnie ważne było też to, że sama praca nad sobą zaczęła nas fascynować. Na początku wkładaliśmy dużo wysiłku w to, żeby korzystać z różnych form wsparcia – spotkań, rekolekcji, nagrań. Jeśli nie mogliśmy pojechać na spotkanie, słuchaliśmy konferencji w internecie, nawet w drodze. To naprawdę bardzo nam pomagało.
Bardzo dużą rolę odegrali też ludzie ze wspólnoty – nasi przyjaciele z Sycharu. Zapewniali nas o swojej modlitwie, dzwonili, interesowali się tym, co u nas słychać, sprawdzali, czy wszystko jest w porządku. To było dla nas niezwykle cenne wsparcie.
Jak dzieci reagowały na Waszą przemianę?
Ewa: Powiedziały nam: „To dobrze, że pracujecie nad swoim małżeństwem, nam żyje się lepiej, ale gdzie w tym wszystkim jesteśmy my? Sychar to nie wszystko”.
To był dla nas ważny moment. Zrozumieliśmy, że nie chodzi tylko o uczestnictwo w spotkaniach, ale o przeniesienie tego wszystkiego do codziennego życia. Skupiliśmy się bardziej na naszej relacji, na domu, na byciu razem – na tym, żeby to, czego się uczymy, naprawdę działało między nami. Tym bardziej że chłopcy byli jeszcze mali: Adaś miał 7 lat, a Olek 4.
Przez długi czas widzieliśmy, że niosą na sobie skutki naszego kryzysu. To, co się działo między nami, bardzo ich obciążyło.
W jaki sposób to się objawiało?
Ewa: Kiedy mąż wrócił do domu i zaczęliśmy odbudowywać relację, z zewnątrz było już widać pewną poprawę. Ale dzieci wciąż żyły w napięciu.
Wystarczyło, że mąż wyszedł do kotłowni, a chłopcy stali pod drzwiami i sprawdzali, gdzie jest tata i czy na pewno tylko tam poszedł.
Bardzo bali się podniesionego głosu – nawet drobne napięcie powodowało, że mieli łzy w oczach.
Do dziś mamy świadomość, że ten okres mógł zostawić w nich ślad. Mamy obawy, jak to wpłynie na ich dorosłe życie, ale jednocześnie ufamy, że Bóg może uleczyć to, co było naszym błędem. Powierzamy Mu nasze dzieci.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.