Minimalizm w finansach – mniej znaczy więcej

Określenie „minimalizm” w kontekście finansowym może budzić negatywne skojarzenia – nie chodzi jednak o ciągłe wyrzeczenia i liczenie najdrobniejszych wydatków. Wręcz przeciwnie. Minimalistyczne podejście do zarządzania finansami pomaga w odzyskaniu kontroli, bez tworzenia skomplikowanych systemów. Czasem wystarczy trzymanie się kilku prostych zasad.

Minimalizm finansowy to styl zarządzania pieniędzmi, który polega na upraszczaniu budżetu, eliminowaniu zbędnych wydatków i koncentrowaniu się na tym, co naprawdę wnosi wartość do życia.

Kryteria muszą być jasne. Z pełnym przekonaniem wydajemy pieniądze na to, co konieczne (np. podstawowe rachunki), ale równie zdecydowanie odrzucamy zbędne i przypadkowe wydatki. Z wygospodarowanych w ten sposób oszczędności w pierwszej kolejności budujemy solidną poduszkę finansową, która zapewni nam spokój i bezpieczeństwo w obliczu nagłych, nieprzewidzianych kosztów. Podobnie z inwestycjami – lokujemy nasze środki w kilku sprawdzonych instrumentach, których działanie rozumiemy. Nie zmieniamy strategii co chwilę, testując nowe rozwiązania. Systematyczność daje tu zdecydowanie lepsze efekty niż rewolucyjne pomysły.

Minimalizm w zakupach

W dzisiejszych realiach minimalistyczne podejście jest szczególnie ważne. Pomaga ono ustrzec się przed pułapką tzw. inflacji stylu życia. Zjawisko to polega na tym, że wraz ze wzrostem naszych dochodów niemal automatycznie rosną nasze wydatki. Kupujemy więcej, często ulegając marketingowej perswazji. Tymczasem wzrost zarobków (związany z awansem czy znalezieniem dodatkowego źródła dochodu), połączony z utrzymaniem dotychczasowego poziomu wydatków to „czysty zysk” dla naszego budżetu domowego.

Nie chodzi o to, by nie podnosić poziomu swojego życia. Finansowy minimalizm uczy nas jednak stawiać pytanie „Czy ten zakup poprawi jakość mojego życia?”, a nie tylko „Czy mnie na to stać?”.

Jak zauważa badacz ekonomii behawioralnej, Dan Ariely, kupowanie nowych rzeczy podnosi poziom szczęścia jedynie na krótko. „Kiedy dostajesz coś nowego, jest to bardzo ekscytujące, ale potem się do tego przyzwyczajasz. Jeśli kupisz nowy telewizor, sofę, stół jadalny, samochód i rower w tym samym tygodniu, w ciągu miesiąca zapomnisz o nich wszystkich. Ich hedonistyczny wpływ na jakość twojego życia zmniejszy się” – mówi Dan Ariely cytowany przez CNBC.

Minimalizm w budżecie

Minimalizm w finansach to także uproszczenie systemu zarządzania domowym budżetem. Im mniej w nim niejasnych kategorii, ciemnych zakamarków i ślepych uliczek, tym łatwiej ustalić, gdzie znikają nasze pieniądze.

Dobrze zacząć od audytu naszego budżetu oraz przyzwyczajeń w gospodarstwie domowym. Najbardziej bezlitosnym, a zarazem najskuteczniejszym narzędziem jest przejrzenie wyciągów z konta bankowego i używanych kart płatniczych czy kredytowych z ostatnich trzech miesięcy. Analizując historię operacji, należy podzielić wszystkie wydatki na dwie twarde kategorie: „potrzeby” oraz „zachcianki”.

Potrzeby to koszty absolutnie niezbędne do funkcjonowania – opłaty za mieszkanie, raty, leki czy podstawowa żywność. Zachcianki to z kolei to, co kupujemy dla przyjemności lub wygody: jedzenie na mieście, subskrypcje (zwłaszcza te nieużywane), impulsywne zakupy ubrań czy gadżetów. Właśnie w kategorii zachcianek najczęściej dochodzi do zjawiska, które David Bach określił jako „efekt latte”. Chodzi o drobne, ale częste wydatki, które kumulują się do znacznych kwot. Nazwa pochodzi od symbolicznej kawy, kupowanej na mieście. Jeśli wydajemy na nią „tylko” 15 zł, ale robimy to codziennie, to w ciągu miesiąca kosztuje nas to 450 zł. Skrupulatne przejrzenie wydatków na wyciągu bankowym pozwala zobaczyć skalę „efektu latte”.

Minimalizm w praktyce

Podział wydatków na konieczne i zbędne oraz uświadomienie sobie, na co przypadkowo lub emocjonalnie wydajemy pieniądze to pierwszy krok do sukcesu i zbudowania minimalistycznej filozofii zarządzania finansami. Potem trzeba jeszcze trzymać się wyznaczonych zasad.

Inwestycje – zamiast skomplikowanych, lepiej wybrać te, których działanie rozumiemy. Mniejszy zysk zrekompensuje nam nasza systematyczność. Wydatki niezbędne – płacimy bez zwlekania, by uniknąć odsetek za nieopłacone w terminie faktury i niepotrzebnego zaprzątania sobie głowy. Zachcianki – analizujemy, a przede wszystkim nie ulegamy emocjom. Tutaj dobrym nawykiem jest tzw. „reguła 24 godzin”. Sprowadza się ona do tego, by przed zakupem przedmiotu, który nie jest artykułem pierwszej potrzeby, odczekać dobę. Daje to czas na ostudzenie emocji. Potem możemy przystąpić do analizy – czy na pewno tego potrzebuję, jakiego producenta wybrać (być może lepiej zainwestować więcej w produkt lepszej jakości, który będzie nam lepiej służył), gdzie szukać najlepszej oferty.

Praktykowanie finansowego minimalizmu daje podwójny zysk. Unikanie przypadkowych zakupów i likwidowanie niewidocznych w pierwszej chwili „wycieków” w naszym budżecie domowym widać nie tylko na koncie. To jednak można osiągnąć także przez rozbudowane i skomplikowane systemy, arkusze kalkulacyjne czy aplikacje. Co najmniej równie ważne w minimalizmie jest odzyskanie poczucia kontroli i uwolnienie się od ciągłego myślenia o wydatkach. Zysk finansowy to jedno, ale spokojna głowa to korzyść nie do przecenienia.

 

« 1 »