Rzucanie się w wir pracy nie leczy depresji. Wręcz przeciwnie

Krążące w Internecie informacje o tym, że w depresji może pomóc większa aktywność fizyczna lub większe zaangażowanie w pracę są bardzo niebezpieczne. Tak naprawdę efekt może być zupełnie odwrotny. Człowiek może w końcu tego nie wytrzymać.

Przykładem na to są znani sportowcy, którzy stracili zapał do tego, co robili, kiedy zaczynali chorować. Musieli przerwać swoje sportowe kariery, aby w końcu zadbać o siebie. Na początku jednak nie dostrzegali problemu. Nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Byli coraz bardziej zmęczeni, ale nie mieli chwil na odpoczynek. A tak długo nie da się wytrzymać... Ciało, psychika w końcu mówią: stop.

W karierze niemieckiego skoczka narciarskiego Svena Hannawalda, który w Polsce był odbierany jako największy rywal sportowy Adama Małysza, wszystko działo się bardzo szybko. Intensywne treningi, sukces za sukcesem, międzynarodowa sława. Sven starał się być perfekcyjny w swojej sportowej pracy. A za tym wszystkim zaczęła czaić się ona: depresja. Kiedy coraz bardziej dochodziła do głosu, skoczek miał coraz mniej zapału. Zaczęło przekładać się to oczywiście na wyniki. „Gdybym nie trafił do kliniki, pewnie zacząłbym myśleć o samobójstwie" – wyznał później były skoczek narciarski w wywiadzie dla Onet Sport, w którym opowiadał, że to właśnie przez depresję musiał przerwać swoją sportową karierę. Musiał, bo tu chodziło o jego... życie.

„Praktycznie nie odpoczywałem, mimo że to przecież konieczne po wysiłku. Przerwy w skakaniu były dla mnie okazją do tego, by wypracować przewagę nad innymi. Myślałem: skoro inni odpoczywają, wyprzedzę ich, jeśli będę wykonywał dodatkową pracę. Na początku plan działał. Szybko przyszły sukcesy, ale byłem w ciągłym stresie i w pewnym momencie ciało się zbuntowało. Gdybym wtedy miał taką świadomość jak dzisiaj, na pewno bym przystopował... W konsekwencji depresja doprowadziła do przedwczesnego zakończenia kariery" – przyznał później Sven w szczerym wywiadzie udzielonym Dariuszowi Faronowi.

„Tak naprawdę byłem wykończony... Jak jakiś nakręcony potwór snułem się po ciemnych pokojach hotelowych, a tak bardzo potrzebny był mi sen" – mówił z kolei w innym wywiadzie.

Często w Internecie krążą niesprawdzone informacje o tym, że w depresji może pomóc większa aktywność fizyczna, większe zaangażowanie w pracę. „Kiedy się czymś zajmiesz, nie będziesz miał czasu myśleć... o głupotach" – tego typu komentarze pojawiają się niejednokrotnie. Tymczasem niektórzy ludzie często nie odróżniają spadku nastroju od groźnej choroby, jaką jest niewątpliwie depresja.

Wyobraźmy sobie osobę, która naprawdę jest chora, a słyszy rady, aby więcej ćwiczyła, więcej robiła. A ona często nie potrafi wstać z łóżka. Takie rady tylko mogą pogarszać stan chorującej osoby, gdyż będzie czuła, że nawet takim prostym rzeczom nie potrafi sprostać. Poczucie niskiej wartości, beznadziejności tylko wrasta... Emocje się nawarstwiają, rodzi się coraz większa frustracja. 

Depresja to podstępna choroba. Jednak czasem, paradoksalnie, może okazać się ratunkiem, jeśli chora osoba trafi na leczenie, terapię. Bo z drugiej strony depresja przekornie woła: „Stój, odpocznij... Daj sobie czas. Uporządkuj to wszystko w sobie". Ale jeśli człowiek nie skorzysta z pomocy psychiatry, nie da sobie czasu na leczenie, to depresja powie inaczej: „Skończ takie życie..."

I tak prawie by się stało u znanego, włoskiego bramkarza. Gianluigi Buffon przez lata był podziwiany przez fanów. Mówiono o nim: najlepszy bramkarz świata. Na szczęście udało mu się trafić do lekarza. Wtedy jednym z pierwszym zdań, jakie lekarz usłyszał było: „Ja nie chcę takiego życia".

„Wpadłem w depresję, bo czułem się rozczarowany swoim życiem. Szalony świat, w którym żyłem sprawił, że byłem przygnębiony przez wiele miesięcy" – wyznał Buffon w wywiadzie dla CNN. Bramkarz musiał ograniczyć wtedy swoją aktywność. Dać sobie czas na leczenie. Zatrzymać się w tym pędzie i odpocząć. Bo i tu chodziło o... życie.

A gdyby tak spojrzeć na nasze, polskie, sportowe podwórko. I tutaj nie brakuje wyznań, że rzucenie się w wir pracy nic nie dało. Wręcz przeciwnie. Magdalena Fularczyk-Kozłowska, która jest medalistką olimpijską w wioślarstwie, wyznała, że kiedy dopadła ją choroba, to cały czas chodziła ponura, nie chciała się z nikim widywać, była marudna. „Podczas spotkań z dziećmi w szkole nie potrafiłam spojrzeć im w oczy, więc patrzyłam w podłogę" – podkreślała, bo choroba odbija się także na otoczeniu. Więc i ona także musiała... zwolnić. Dać sobie czas na leczenie.

Depresja odebrała medalistce radość. Jeszcze przed igrzyskami olimpijskimi miewała depresyjne stany. Leki trochę pomagały, ale same leki nie wystarczą... Potrzebna jest dobra terapia. Depresja przynosiła Magdalenie lęk, strach, niewystarczalność. Najgorzej zrobiło się po... złotym medalu w Rio. Tak, leki nie wystarczyły. Trzeba było przerwać karierę sportową i zająć się w końcu sobą. Magdalena nie boi się teraz o tym mówić w wywiadach. Ma nadzieję, że pomoże to innym, którzy także mierzą się z tą podstępną chorobą. Depresja to nie wstyd. I lepiej to zrozumieć, zanim będzie za późno.

źródło: Deon.pl; Onet Sport; facebook.com; sportowy24.pl

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama