„Tylko my jesteśmy małżeństwem. Reszta to związki partnerskie”. Świadectwo polskiej rodziny z Irlandii

„Kiedyś do Marysi przyszły jej koleżanki ze szkoły. Długo rozglądały się po naszym domu, a potem zapytały: «Dlaczego macie tak dużo zdjęć tego samego mężczyzny?». Chodziło im o obrazy Jezusa” – opowiada Jacek Pawlik, który razem z rodziną posługuje na misji w Irlandii.

Jeszcze kilkanaście lat temu Dorota i Jacek Pawlikowie nawet nie myśleli o tym, że udadzą się na misje. Wyjazd z Białej Podlaskiej do Irlandii dziś traktują jak powołanie. O swojej historii życia opowiadają tak:

„Dziś wiem, że do misji przygotował nas Bóg. Sami nie moglibyśmy tego wymyślić i zaplanować. Ja od zawsze byłam chorowita. Miesiąc przed ślubem dowiedziałam się, że mam stwardnienie rozsiane. Nie miałam odwagi, aby mieć dzieci. Zaraz po ślubie przyjęliśmy do siebie chorą córkę mojego brata. Karolina jest z nami po dziś dzień. Potem poroniłam bliźniaki i otrzymałam informację, że choruję na bardzo rzadką chorobę onkologiczną. Nie uniosłabym tego, gdyby nie Droga Neokatechumenalna. Wspólnie z mężem zaczęliśmy chodzić na głoszone w jej ramach katechezy. Tam trafiliśmy na lekarza, który leczył mnie neurologicznie a potem prowadził moje ciąże. Na świat przyszły Marysia i Aniela. Później narodzili się jeszcze Małgosia (jest w niebie), Janek i Antek. Gdy byliśmy w Irlandii, doczekaliśmy się Carmen. Podziwiałam rodziny z Drogi, które zdecydowały się na wyjazd misyjny, ale nigdy nie myślałam, że pójdziemy w ich ślady” – mqi Dorota.

W ciemno

„Ja od dziecka miałem misje «z tyłu głowy». Jako mały chłopiec znałem księdza, który wyjechał do Zambii. Fascynowały mnie opowieści o misjach, ale uważałem, że taka rzeczywistość jest poza moim zasięgiem” – wspomina Jacek.

Myśl o wyjeździe zakiełkowała w małżeństwie Pawlików po narodzeniu Marysi.

„Chętni do misji ad gentes zgłaszają takie pragnienie podczas tzw. konwiwencji. Nie wybieramy miejsca. Zostaje ono wylosowane. Decydujemy się «w ciemno». Mogliśmy pojechać do Niemiec, na Białoruś czy do Papui Nowej Gwinei. Wyszła Irlandia”

– dopowiada Jacek.

Misję ad gentes w ramach DN tworzy prezbiter, kilka rodzin oraz siostry i bracia. „Po przyjeździe trzeba znaleźć dom, a potem pracę, bo żyjemy jak wszyscy i musimy na siebie zarobić. Przybywamy na zaproszenie biskupa miejsca i pozostajemy do jego dyspozycji. Pracujemy na rzecz Kościoła i robimy to charytatywnie. W ramach misji pomagamy w przygotowaniu do Pierwszej Komunii św. i do bierzmowania, ewangelizujemy na placach, głosimy katechezy i odwiedzamy domy ze słowem Bożym” – wylicza nasz rozmówca.

W jedności

Pawlikowie trafili do Limerick, trzeciego co do wielkości miasta Irlandii. Razem z nimi w misji posługuje kapłan z Chorwacji oraz rodziny z Włoch i Hiszpanii. Wcześniej w ich misji była także Karolina Bałaban. „Jestem tzw. siostrą w misji. Wszyscy tworzymy wspólnotę. Spotykamy się i pracujemy dla Kościoła. Działamy w jedności, choć nie jest to łatwe, bo pochodząc z różnych krajów, mamy różną mentalność. Nasza jedność jest jednak znakiem dla innych, a dla nas… to łaska Boża. Częścią naszej posługi jest dawanie świadectwa – opowiadamy o tym, jak odnaleźliśmy Boga. Ja poza Kościołem byłam przez dziesięć lat. Uważałam się za agnostyczkę. Powróciłam dzięki świadectwu braci z Drogi Neokatechumenalnej, widziałam ich relacje i ofiarność i to przyciągnęło mnie na nowo do Boga” – opowiada Karolina.

Zaznacza, że posługę misyjną na swój sposób pełnią też dzieci.

„One otwierają nas na siebie nawzajem. Wszyscy w misji prowadzimy otwarte domy. Dzieci z misyjnych rodzin przyprowadzają do nas swoich irlandzkich znajomych, którzy zderzają się tu z inną rzeczywistością. Z zainteresowaniem obserwują nasze rodziny, w których jest mama i tata. Przychodzą z ulicy i widzą, że nasze domy mają solidny grunt, że jest w nich zgoda i jedność”

– zauważa Karolina Bałaban.

W misji

„Dziś w Irlandii widać ogromny kryzys rodziny. Mieszkamy na osiedlu, w którym są 24 domy. Tylko my jesteśmy małżeństwem. Reszta to tzw. związki partnerskie. Rodzice znajomych naszych dzieci mają partnerów lub partnerki. Tu nie ma moralności ani reguł. Kiedy Dorota leżała w tamtejszym szpitalu i ja przedstawiłem się jako jej mąż, uznano to za dziwne zjawisko, bo tam nie ma «męża», tylko «partner». Obserwujemy wiele rozbitych rodzin. Kolega syna mieszka dwa tygodnie z mamą na jednym osiedlu, kolejne dwa na innym – i tak w kółko. My, łącznie z Karoliną, mamy sześcioro dzieci, ale pozostałe dwie rodziny misyjne posiadają aż po 13 pociech. Owszem, u nas też bywa rozmaicie, zdarzają się kryzysy i trudności, ale trwamy razem. Świadectwem jest tutaj wszystko, nawet sama liczebność naszych rodzin. To zbudzi zdziwienie” – mówi Jacek Pawlik.

Odpowiadając na pytanie, jak są przyjmowani w Irlandii, mówi, że bywa różnie. „Opowiem, jak to wygląda, gdy głosimy na placach. Zbieramy się wtedy przy krzyżu, modlimy się np. brewiarzem, proklamujemy Ewangelię, dzielimy się świadectwem i dużo śpiewamy. Ludzie podchodzą i pytają, kim jesteśmy. Jedni patrzą na nas jak na idiotów, drudzy robią nam zdjęcia i nagrywają jak zwierzęta w zoo, jeszcze inni wykonują znak krzyża… My niezmiennie zapraszamy na katechezy i podpowiadamy, jak odnaleźć drogę do Boga” – wyjaśnia Jacek.

W ruinie

Po co to wszystko? Przecież Irlandia jest katolickim krajem. „Nie zgadzam się z tym twierdzeniem. Kondycja tutejszej rodziny i Kościoła jest fatalna. Pamiętam nagłówki z polskich mediów, kiedy w 2018 r. odbyło się tu referendum w sprawie aborcji. Tytuły artykułów brzmiały: «Katolicka Irlandia wybrała nowoczesność». Ten kraj nie jest już katolicki. Masowo zamykane są kościoły i likwidowane parafie. Najmłodsi księża mocno przekroczyli 60. rok życia. Świątynie są przerabiane na agencje reklamowe i muzea. Ja jednak myślę, że to dobry czas dla tamtejszego Kościoła. Stare fundamenty muszą upaść, by powstało coś nowego. Trzeba budować na ludziach, którzy odnaleźli Boga i wierzą w Niego świadomie. W gronie tych, którym pomagamy w przygotowaniu do sakramentów, są ci, którzy wierzą z wolnego wyboru, a nie osoby, którym przekazano wiarę z pokolenia na pokolenie. W Irlandii do kościoła chodzą jeszcze ludzie starsi i ich dzieci. Młodych tam nie zobaczysz. W niedzielę odprawiana jest tylko jedna Msza, podobnie bywa w tygodniu” – tłumaczy Jacek Pawlik.

W zaskoczeniu

„Jakie jest tutejsze młode pokolenie? Przytoczę dwie sytuacje. Kiedyś do Marysi przyszły jej koleżanki ze szkoły. Długo rozglądały się po naszym domu, a potem zapytały: «Dlaczego macie tak dużo zdjęć tego samego mężczyzny?». Chodziło im o obrazy Jezusa, których mamy na naszych ścianach naprawdę sporo. W poprzedniej szkole Aniela była jedynym dzieckiem w klasie, które chodziło na Eucharystię. Nieraz słyszała od rówieśników, że pewnie jest bardzo nieszczęśliwa, skoro musi uczestniczyć w Mszy z rodzicami. Jestem świadoma, że na nasze dzieci czyha tu wiele zagrożeń, dlatego muszą znaleźć w sobie wiele odwagi, by przyznawać się do swoich wartości. Tym bardziej z radością patrzę na Anielę, która dzielnie opowiada swoim kolegom o tym, że uczestniczy w liturgii” – relacjonuje Dorota.

Jacek zauważa, że w irlandzkim Kościele nie mówi się o grzechu i diable.

„Tu wszystko jest rozmydlone, konfesjonały stoją puste albo robią za magazynki. Spowiedź trwa kilkadziesiąt sekund. W trakcie przygotowań do bierzmowania najważniejsza jest otoczka, czyli to, by kandydaci wiedzieli, jak się zachować na Mszy, a nie sam sakrament czy praktykowanie wiary”

– wskazuje Jacek.

W szacunku

Pawlikowie wskazują, że na obecną sytuację Kościoła w Irlandii miało wpływ wiele czynników. Wspominają o prawie 800-letniej niewoli tego kraju, o prześladowaniach, jakie dotknęły wtedy katolików, o skandalach w Kościele, które miały swoje źródło w patologiach dziejących się w rodzinach, a także o mentalności Irlandczyków.

„Na ulicy są uśmiechnięci i skorzy do rozmów, ale nie wpuszczą cię do swego domu. W Polsce, kiedy zapraszamy do siebie gości, oddajemy im do dyspozycji całe nasze mieszkania i domy. Irlandczycy swoich gości nocują w hotelach i spotykają się z nimi w pubach. Zaskoczyły nas także tutejsze pogrzeby, w których więcej jest radości i wdzięczności za życie niż smutku i żałoby. Na pożegnanie tworzy się wieńce przypominające kufel piwa, a na grób stawia się whisky, którą lubił zmarły. Te zwyczaje są dla nich świętością. Pogrzeb często wygląda radośniej niż niejedno wesele… Nie wolno nam tego krytykować. Papież Franciszek, gdy posyłał nas na te misje, przypominał, że nie możemy tamtejszym ludziom zmieniać wiary; mówił, że mamy do nich jechać ze świadectwem, słowem Bożym i kerygmatem, że powinniśmy się dostosować i przyjąć ich zwyczaje, tak jak robią to np. misjonarze w Afryce. Nie możemy im narzucać swego stylu. Dlatego nie mamy opłatka na Boże Narodzenie i nie święcimy jajek na Wielkanoc, bo… to polskie zwyczaje” – mówi Jacek.

Ile może trwać misja? „Nie mamy kontraktu ani konkretnego terminu. Na razie trwamy” – podsumowują Pawlikowie.

tekst: Agnieszka Wawryniuk

Źródło: Echo Katolickie 26/2026

 

Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.

« 1 »