„Początkowo otrzymałem informację, że nie żyje 12 osób z Siedlisk. Zaczęliśmy dzwonić do krewnych uczestników i dowiadywać się, kto dokładnie pojechał. Wszystko odbywało się bardzo chaotycznie, tym bardziej że nie było jeszcze żadnego sztabu kryzysowego” – opowiada Wojciech Tatara, sołtys wsi Siedliska.
W wypadku autokaru z polskimi pielgrzymami zginęło pięcioro mieszkańców wsi Siedliska w powiecie rzeszowskim. Sołtys Wojciech Tatara mówi „Naszemu Dziennikowi”, że takiej tragedii jeszcze w historii miejscowości nie było.
„Nie tak dawno obchodziliśmy 600-lecie istnienia Siedlisk. Jeszcze dzień przed tą tragedią, w sobotę, świętowaliśmy dożynki parafialne” – opowiada sołtys. Wypadek na Węgrzech miał miejsce o godz. 1:00 w nocy. O godz. 8:00 do Wojciecha Tatary zadzwonił kolega ze straży pożarnej.
„Początkowo otrzymałem od niego informację, że nie żyje 12 osób z Siedlisk – relacjonuje samorządowiec. – Poczułem, że usuwa mi się grunt pod nogami, nie dowierzałem. Włączyłem telewizor i rzeczywiście była podana informacja o 12 ofiarach, jednak była to ogólna liczba. Wtedy zadzwoniłem do kolegi, który był w Medziugoriu w zeszłym roku na pielgrzymce. Potwierdził, że nie 12, a najprawdopodobniej 4-5 ofiar to mieszkańcy Siedlisk. Ponadto zadzwonił do niego jeden z uczestników pielgrzymki, który w wypadku stracił żonę, i poinformował go, że pozostałe osoby są w ciężkim stanie. Zaczęliśmy dzwonić do krewnych uczestników i dowiadywać się, kto dokładnie pojechał (...).Wszystko odbywało się bardzo chaotycznie, tym bardziej że nie było jeszcze żadnego sztabu kryzysowego (...).Udało się nam skontaktować z kolejnym uczestnikiem, który przebywał w szpitalu tam, na miejscu. Wtedy już powoli tworzył się sztab kryzysowy, a o sprawie został poinformowany wójt. Wszystko to odbywało się między godz. 8:00 a 10:00-11:00.
Rodziny bez informacji
Sołtys poznał relację poszkodowanego mieszkańca wsi.
„W czasie drogi spał, jak większość. Przebudził się po pierwszym uderzeniu. Mimo doznanych obrażeń pomagał wydostać się bardziej poszkodowanym (...). Na szczęście pozostali członkowie jego rodziny nie odnieśli poważnych obrażeń. Dzięki temu, że jego synowie nie spali, zdążyli się w porę czegoś chwycić. Jak mówił, nic nie wskazywało na to, że dojdzie do tragedii, a autobus jechał spokojnie” – zaznacza Wojciech Tatara.
O tragedii mówili także inni uczestnicy wypadku.
„Ludzie cierpieli, byli przygnieceni bagażami, próbowali się wydostać, co wtedy było kluczowe. Część osób była na zewnątrz, ponieważ autobus nie przewrócił się cały na bok i było trochę luzu. Wybili szyberdach, żeby jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Temu wszystkiemu towarzyszyła ciemność, nie było widać, kto i gdzie został przygnieciony” – mówi sołtys.
Sytuację pogarszało to, że wiele osób nie miało przy sobie telefonów, więc nie mogło zadzwonić i przekazać rodzinie wiadomości.
„A rodziny bardzo się niepokoiły – zwraca uwagę Wojciech Tatara. – Część dzwoniła do mnie, część do innych mieszkańców, by zapytać, czy ktoś z ich rodziny nie pojechał. Było to trudne, bo wtedy nie posiadałem takich informacji oraz dokładnej i oficjalnej listy. Ogromnie podziwiam pana, który stracił żonę, ponieważ mimo tej straty potrafił znaleźć w sobie tyle siły i wytrwałości, by dać znać, że doszło do tego wypadku, kto najprawdopodobniej nie żyje, a kto przeżył i trafił do szpitala”.
Kilka miesięcy do emerytury
Po wypadku w Siedliskach panuje żałobny nastrój.
„W poniedziałek oraz we wtorek mieszkańcy modlili się na różańcu zorganizowanym przez księdza. Do kościoła przybywa bardzo dużo osób. Towarzyszy im modlitwa, nie tylko w intencji tych, którzy zginęli, ale również o zdrowie dla tych, którzy o nie walczą, aby jak najszybciej powrócili do pełni sił, a także za tych, którzy już wyzdrowieli. Modlitwą otaczamy wszystkich uczestników tej pielgrzymki. Teraz czekamy, aż wszyscy mieszkańcy powrócą do swoich domów” – zapewnia Tatara. Dodaje, że znał osobiście wszystkich, którzy zginęli:
„Trzy osoby bliżej, a dwie z widzenia, jednak z nimi również rozmawiałem. Zmarłe tragicznie panie wspierały swoich mężów, którzy udzielali się społecznie. Jeden z nich był muzykiem i członkiem znanej w okolicy orkiestry, która występowała również w Siedliskach. Był bardzo szanowany i poważany. Mimo że był na emeryturze, poświęcał swój wolny czas, dzieląc się pasją i grając na różnych uroczystościach. Inny z panów działał w samorządzie. Kolejny miał zostać dziadkiem i do emerytury zabrakło mu kilku miesięcy”.
Źródło: Nasz Dziennik
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.