Sprawa McCarricka: kościelna wersja Doktora Jekylla i Mr Hyde’a?

Obraz byłego kard. McCarricka, który wyłania się po publikacji watykańskiego raportu, wskazuje na głęboką deprawację tego człowieka, który bez skrupułów wykorzystywał swoją pozycję w Kościele, okłamując wszystkich dookoła.

Rodzi się oczywiście pytanie, jak to możliwe, że tego rodzaju osoba mogła przez tak długi czas oszukiwać zarówno współpracowników, jak i przełożonych, ze Stolicą Apostolską włącznie. Odpowiedzi należy szukać w trzech obszarach: przede wszystkim w systemie powiązań stworzonym przez samego sprawcę, a w drugiej kolejności – w niewystarczająco dociekliwych procedurach sprawdzających kandydatów przed nominacją oraz w braku świadomości tego, jak poważnym problemem jest pedofilia.

Taktyka przestępcy seksualnego

Szczegóły raportu opublikowanego 10 listopada br. przez Watykan są porażające. Na pierwszy plan wysuwa się niezwykła przebiegłość byłego kardynała, połączona z jego całkowitą demoralizacją. Jako przykład świadczący o degeneracji moralnej, niech wystarczą zeznania „księdza 3” z raportu. Gdy był jeszcze klerykiem, Theodore McCarrick trzykrotnie skłaniał go do współżycia seksualnego, a wobec jego sprzeciwu stwierdził, że „współżycie seksualne pomiędzy księżmi jest czymś normalnym i zaakceptowanym w Stanach Zjednoczonych, a szczególnie w jego diecezji”.

Jak to możliwe, że taka degeneracja moralna mogła przez tak długo pozostać niezauważona w amerykańskich środowiskach kościelnych? Kluczowe wydają się powiązania McCarricka z dostojnikami kościelnymi, zwłaszcza z bpem Edwardem Hughesem (jego następcą na stolicy biskupiej w Metuchen) oraz kard. Hickeyem, a także szerokim gronem osób mających wpływy w świecie polityki i biznesu. McCarrickowi udało się stworzyć mechanizm „błędnego koła”, w którym wszelkie zarzuty przeciw niemu ostatecznie rozpatrywane były przez osoby mu przychylne.

Jak oszukać Watykan?

Jak wiadomo, o nominacjach na stolice biskupie, nie decydują lokalne władze kościelne, ale sam Watykan. Jak więc udało się bpowi McCarrickowi zwieść czujność watykańskich kongregacji?

Bezpośrednią przyczyną była niepełna, czy wręcz nieodpowiadająca rzeczywistości opinia, którą Watykan otrzymał od trzech biskupów z New Jersey przed nominacją McCarricka na arcybiskupa Waszyngtonu i późniejszą nominacją kardynalską. Po liście do Stolicy Apostolskiej wysłanym przez kard. Johna O’Connora 28.10.1999, zawierającym poważne zarzuty względem McCarricka, Watykan zwrócił się do biskupów New Jersey z prośbą o ich ocenę i przesłanie opinii. Niestety trzej z nich (bpi Hughes, Smith i McHugh) nie stanęli na wysokości zadania i zbagatelizowało zarzuty – pomimo posiadanych zeznań księży i osób świeckich molestowanych wcześniej przez przez McCarricka. Szczególnie dziwi postawa bpa Smitha, który w 1990 r. sam był świadkiem niestosownych zachowań przyszłego kardynała. Opinia biskupów została uznana za wiarygodną przez ówczesnego nuncjusza apostolskiego w USA, abpa Gabriela Montalvo, który nie podjął samodzielnej próby weryfikacji faktów. Powodów błędnej decyzji o nominacji McCarricka należy więc szukać przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, a nie w Watykanie.

Bez winy nie są jednak także dykasterie Stolicy Apostolskiej. Doniesienia o niemoralnych zachowaniach McCarricka docierały bowiem do nich także wcześniej i były bagatelizowane. Jedno z doniesień przekazane było w 1994 r. przez m. Mary Quentin, przełożoną Sióstr Miłosierdzia z Almy na ręce nuncjusza abpa Agostino Cacciavillana. Zamiast zbadać dogłębnie sprawę, nuncjusz oparł się jednak na pozytywnej opinii na temat McCarricka, wydanej przez kard. Jamesa Hickey’a.

Błędne diagnozy i błędne rozwiązania

W dniach 2-5 kwietnia 2003, a więc jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II w Watykanie zorganizowana została konferencja naukowa poświęcona problemowi molestowania dzieci i młodzieży przez katolickich księży i zakonników. Na konferencję zaproszono najwybitniejszych specjalistów z dziedziny psychologii, prawa i seksuologii, m.in. dr. Karla Hansona, prof. Friedemanna Pfäfflina i dr. Manfreda Lütza. Eksperci zwrócili uwagę na zasadniczą zmianę w podejściu do problemu pedofilii, jaka dokonała się wśród psychologów i seksuologów na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Jeden z mówców zauważył wtedy:

Jeszcze w latach 70-tych pierwszorzędny naukowiec oznajmił podczas przesłuchania w niemieckim parlamencie: „Zdrowe dziecko w stabilnym otoczeniu może przejść przez doświadczenia seksualne pozbawione przemocy bez trwałych skutków negatywnych”. (…) W środkach masowego przekazu pobrzmiewało wtedy szerokie poparcie dekryminalizacji pedofilii. W połowie lat osiemdziesiątych jedna z partii politycznych sprawujących obecnie władzę w Niemczech na swojej konwencji przyjęła wniosek zmierzający w tym kierunku. (…) W 1989 r. szacowne wydawnictwo „Deutscher Ärzte Verlag” wydało książkę proponującą dekryminalizację pedofilii. Kościół katolicki był w tym czasie całkowicie osamotniony w swym bezwzględnym odrzuceniu tego rodzaju praktyk i nie był w stanie uzyskać znaczącego poparcia dla swojego stanowiska w społeczności naukowej. Istniały sporadyczne kontakty z nauką, ale porady, które otrzymywał Kościół nie zawsze były w pełni stosowne, z dzisiejszego punktu widzenia.

Dodać należy, że w świetle ówczesnej wiedzy psychologiczno-seksuologicznej pedofilię traktowano jako niezbyt groźne zaburzenie seksualne, poddające się terapii behawioralnej lub behawioralno-kognitywnej. „Niestosowne porady”, które Kościół otrzymywał od psychologów dotyczyły możliwości przywracania kapłanów-pedofilów do normalnego duszpasterstwa po przejściu przez nich terapii oraz ogólnego bagatelizowania problemu.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć podejście władz kościelnych do problemu pedofilii (i ogólniej - molestowania seksualnego) wśród duchownych oraz dlaczego problemem tym zajęto się na poważnie dopiero u progu XXI wieku.

W psychologii znany jest mechanizm projekcji, czyli przypisywania innym własnych motywacji i zachowań. Potocznie mówi się o tym, że „mierzymy bliźnich własną miarą”. Mechanizm ten działa w obydwie strony: osoba szlachetna będzie przypisywała szlachetne motywacje innym; osoba nikczemna będzie traktowała innych jak równie nikczemnych, jak ona sama. Odnosząc tę zasadę do problemu pedofilii wśród duchownych można domyślać się, że osobom tego formatu, co św. Jan Paweł II, nie przychodziło do głowy, że wśród kościelnych hierarchów mogą kryć się osoby tak głęboko zdeprawowane jak McCarrick, czy Marcial Maciel Degollado – założyciel Legionistów Chrystusa. Informacje zaś, które mogłyby wpłynąć na zmianę oceny, były przed papieżem skrzętnie ukrywane, o co pieczołowicie zadbali sami przestępcy.

Jeśli więc z całej tej historii można wysnuć jakieś wnioski, to z pewnością dotyczą one konieczności rzetelnego badania wszelkich oskarżeń dotyczących niemoralnego prowadzenia się duchownych. Nie można bazować jedynie na pozytywnej opinii wydawanej przez innych księży czy biskupów, ponieważ, jak pokazuje przykład McCarricka, mogą oni być zmanipulowani przez sprytnych i bezwzględnych psychopatów, którzy – jak w opowiadaniu „Dr Jekyll i Mr Hyde” Stevensona potrafią na zewnątrz ukazywać pozory poprawnego zachowania, w skrytości natomiast – dopuszczać się najbardziej podłych czynów.

« 1 »

reklama

reklama

reklama