Wokizm: nowa para-religia, która jest zagrożeniem dla Kościoła

Ruch woke („przebudzonych”) wywiera coraz silniejszy wpływ na Kościoły. Jak na razie chodzi głównie o protestantów, jednak trucizna ideologii woke zaczyna się powoli przedostawać także do innych wyznań

Wokizm, mający swoje podstawy ideologiczne w postmodernizmie, dekonstruktywizmie, „teorii krytycznej” i ideach „sprawiedliwości społecznej”, jest kolejnym etapem „postępu” tolerancji. Chodzi oczywiście nie o zdrową tolerancję, ale o polityczną poprawność i tolerancję wymuszoną, oznaczającą relatywizację wszystkiego i sprowadzenie prawdy uznanej powszechnie na poziom indywidualnych narracji. Każdy może mieć swoją narrację i swoją prawdę i wara innym od tego. To „wara” zaczyna być coraz mocniej wybrzmiewającym akcentem na obecnym etapie lewicowego „postępu”. Towarzyszy mu – jak kontrapunkt – wiecznie powtarzana mantra inkluzywności. Nie można urazić nikogo, nie można pominąć nikogo, a każdy przejaw dyskryminacji – rzeczywistej czy też rzekomej staje się zbrodnią większą niż wszystkie inne, wykluczającą domniemanego przestępcę z dalszego dyskursu.

Gdy temu myśleniu poddają się Kościoły, okazuje się, że większość chrześcijańskich treści może być odebrana jako potencjalnie obraźliwa. Profilaktycznie więc usuwa się krucyfiks, bo może obrazić kogoś, kto przypadkiem wejdzie do świątyni – muzułmanina czy też niewierzącego. Poprawia się teksty pieśni kościelnych, aby nie wspominały o grzechu i konieczności nawrócenia – to również może bowiem sprawiać, że dana osoba poczuje się odrzucona. Nie oszczędza się nawet liturgii i samego tekstu Biblii – czego wyrazem mogą być na przykład zmiany „płciowego” języka, tak aby wprowadzać wszędzie zaimki neutralne płciowo, czy zastępować słowa takie jak „ojciec”, „syn” ich bezpłciowymi odpowiednikami.

Proces ten opisuje szwajcarska teolog Beatrice Acklin Zimmermann. Jak pisze w „Neue Zürcher Zeitung”, polityczna poprawność i wokizm to „furia, która ogarnęła życie duchowe zachodniego świata”. Wkrada się ona także do kościołów, które obserwuje. Obecnie „stan umysłu i subiektywne obawy ludzi, którzy czują się dyskryminowani, decydują o tym, co się śpiewa, co się głosi i jak się modli”.

Szwajcarska teolog uważa, że pewna doza „przebudzenia” w Kościele ma swój sens, tam gdzie rzeczywiście brakowało szacunku dla odmienności. Jednak bardzo łatwo przekroczyć granicę i pomimo szlachetnych zamiarów utracić właściwą miarę. A jak wiadomo – cnota jest tam, gdzie umiar; w przeciwnym razie zamienia się w wadę.

Nowa religia bez przebaczenia

„Nowa, świecka religia” wymaga od wszystkich porzucenia własnych światopoglądów i przyjęcia wokizmu, pisze teolożka. Aby uwolnić się od „grzechu pierworodnego rasizmu i niesprawiedliwości społecznej”, trzeba dokonać publicznego wyznania grzechu. A kto ośmiela się nie stosować do doktryn woke, ryzykuje prześladowanie i ekskomunikę metodami cancel culture (kultury unieważniania, odmawiającej oponentom prawa do zabierania głosu). W tym sensie kultura woke nie zna żadnego ułaskawienia. Niezależnie od tego, czy „wykroczenie” miało miejsce w zeszłym miesiącu, w zeszłym roku czy dwadzieścia lat temu, musi zostać oczyszczone, jak twierdzi Acklin Zimmermann. „Sądny dzień politycznej poprawności nie zna przebaczenia”.

Szwajcarska teolog zastanawia się, dlaczego chrześcijanie nie podnoszą głosu i w milczeniu stosują się do tej „nowoczesnej religii zastępczej”. Uważa za niezrozumiałe, że Kościoły, które głoszą wyjątkową godność istot ludzkich w stworzonym świecie, pozwalają nowoczesnej ideologii redukować ludzi do ich koloru skóry, płci, pochodzenia i statusu, tak jakby te drugorzędne cechy określały ich tożsamość. Zastanawia się też, dlaczego Kościoły w milczeniu akceptują cenzurę ruchu woke, który wycisza wszelki możliwy sprzeciw. „Wykazują niewiele z chrześcijańskiego radykalizmu, a zamiast tego chętnie dostosowują się do Zeitgeistu (ducha czasu)” – pisze Zimmerman.

Takie dostosowanie ma swoją cenę. Ostatecznie jest nią skruszenie podstaw, na których zbudowana jest wiara i rozmycie się w nijakości. Innymi słowy – jest to sytuacja, przed którą ostrzegał nas Chrystus – gdy sól utraci swój smak, a światło zostanie schowane pod korcem. Takie chrześcijaństwo nie tylko nie będzie pociągać, ale wręcz przeciwnie – stanie się całkowicie nieatrakcyjne, tracąc swoją twarz. Jak pisał ponad półtora wieku temu duński teolog Søren Kierkegaard, „kto poślubi ducha czasu, ten wkrótce zostanie wdowcem”.

 

« 1 »

reklama

reklama

reklama