Pamięć o zamachach z 11 września 2001 r. jest w DNA każdego Nowojorczyka. Nie sposób o tym zapomnieć – powiedziała w rozmowie z PAP jedna z Polek pochodząca z Nowego Jorku. „Jeśli sam tam wtedy nie byłeś, to na pewno znasz kogoś, kto był” – dodała. Po 25 latach Polacy, którzy przeżyli tamte wydarzenia, wspominają strach i chaos, ale też niezwykłą solidarność mieszkańców.
15-letnia wówczas Anna była tego dnia w szkole na Manhattanie. O tym, że w okolicach World Trade Center wydarzyło się coś poważnego, uczennice dowiedziały się, gdy jedna z nich odebrała telefon. Chwilę później w klasach włączono telewizory.
„Przez moment byłam przekonana, że to jakiś film” – wspomina Anna.
Na ekranie dziewczęta zobaczyły płonącą wieżę WTC, a następnie moment, w którym kolejny samolot uderzył w drugą.
Po zawaleniu się pierwszej wieży uczennice skierowano do stołówki w piwnicy szkoły. „Stołówka była pełna strachu, łez i niepewności. Niektóre dziewczyny już wiedziały, że ich rodzice prawdopodobnie nie zdążyli wydostać się z budynków” – opowiada. Telefony praktycznie przestały działać, komunikacja miejska stanęła, a mosty zamknięto dla samochodów.
Anna wraz z koleżankami ruszyła pieszo przez Queensboro Bridge w stronę Brooklynu, razem z tysiącami Nowojorczyków. „Cały czas zastanawiałam się, czy most, po którym idziemy, również nie stanie się celem ataku” – mówi. Gdy spojrzała w stronę Dolnego Manhattanu, zamiast bliźniaczych wież zobaczyła ogromne kłęby dymu. „Nawet z takiej odległości można było wyczuć jego zapach” – wspomina.
W innej części miasta 14-letnia Beata dowiedziała się o ataku podczas lekcji religii. Kiedy nauczycielka powiedziała, że samolot uderzył w WTC, dziewczyna początkowo nie wiedziała, o jakie miejsce chodzi. Choć znała wieże z panoramy Nowego Jorku, nigdy nie była w środku – wspomina po 25 latach w rozmowie z PAP.
„Od razu zobaczyłam strach w oczach nauczycielki. Jedna z dziewczyn zaczęła płakać, bo jej mama pracowała w World Trade Center” – opowiada.
Jeszcze przed południem uczniów zaczęto odsyłać do domów. Po wiele dzieci przyjechali rodzice, ale Beaty i jej siostry nie miał kto odebrać. Nie kursowały ani metro ani autobusy, dlatego na Brooklyn wróciły samochodem z ojcem koleżanki. Dopiero w domu Beata zobaczyła w telewizji, co wydarzyło się na Manhattanie.
„Siedzieliśmy z rodzicami przed telewizorem i nikt nic nie mówił. Wszyscy byliśmy w szoku” – wspomina.
W kolejnych dniach o zamachach przypominał dym unoszący się nad Manhattanem, widoczny także z odległości około 6 kilometrów, w okolicy mieszkania dziewczyny. „Dużo ludzi jednoczyło się wtedy w kościołach i modliło się za nasz naród i za osoby, które ucierpiały” – wspomina Beata. W pamięci pozostały jej przede wszystkim smutek i poczucie jedności wśród mieszkańców miasta.
W dniu ataku na Stany Zjednoczone, w Londynie przebywał emerytowany dziś pracownik jednej z dużych amerykańskich linii lotniczych, której samolot został porwany 11 września. Mężczyzna w rozmowie z PAP prosił o zachowanie anonimowości. Dzień przed atakiem, wraz z załogą wyleciał z Nowego Jorku. O zamachach dowiedzieli się po wylądowaniu w Londynie, gdy około godz. 14 w Wielkiej Brytanii (godz. 9 w USA, a godz. 15 w Polsce) czekali w hotelowym lobby na klucze do pokoi.
Na pasku informacyjnym w telewizji pojawiła się wiadomość, że samolot uderzył w WTC. Początkowo nie było wiadomo, o jaką maszynę chodzi, a piloci przypuszczali, że mogła to być niewielka awionetka. Kilka minut później okazało się, że w wieżę uderzył samolot pasażerski. Członkowie załogi zaczęli dzwonić do swoich bliskich w Stanach Zjednoczonych.
Ze względu na zamkniętą przestrzeń powietrzną nad USA do Nowego Jorku ówczesny pracownik linii lotniczych wrócił dopiero po kilku dniach. Po bezpiecznym lądowaniu wydarzyło się coś, czego mężczyzna nie doświadczył ani wcześniej, ani później podczas swojej pracy w lotnictwie w USA – cały samolot zaczął bić brawo, a z kokpitu wywieszono amerykańską flagę.
Tydzień po zamachach mężczyzna pojechał na Manhattan. Zapamiętał ogrom gruzów, żołnierzy, policjantów i wojskowe pojazdy na ulicach oraz wszechogarniającą ciszę – nienaturalną dla miasta, które nigdy nie milknie. Szczególne wrażenie zrobiła na nim gruba warstwa pyłu i popiołu pokrywająca gzymsy budynków. Atmosferę miasta wspomina jako pełną przygnębienia i poczucia, że wydarzyło się coś, czego Ameryka wcześniej nie doświadczyła. Jednocześnie zapamiętał ogromną solidarność – ludzie starali się sobie pomagać i być wobec siebie życzliwi.
Tysiące kilometrów od Nowego Jorku wydarzenia śledziła także amerykańska licealistka polskiego pochodzenia, która wychowała się w tym mieście, ale 11 września przebywała w Polsce. Jej rodzice pozostali w Nowym Jorku. Początkowo, słysząc fragment informacji w radiu, sądziła, że na Manhattanie wydarzył się wypadek budowlany. Dopiero później zrozumiała, że zaatakowano jej rodzinne miasto.
Przez pewien czas nie mogła dodzwonić się do bliskich. Pamięta ulgę, gdy w końcu udało jej się porozmawiać z ojcem i dowiedziała się, że rodzina jest bezpieczna.
World Trade Center było częścią dzieciństwa ówczesnej licealistki. Z okien podstawówki na Brooklynie przez lata oglądała wieże. Była też na tarasie widokowym jednej z nich, a gdy odwiedziła ją koleżanka z Polski, WTC było jednym z miejsc, które jej pokazała. Wieże pamięta jako „wielkie, majestatyczne” i będące symbolem miasta. „Był po prostu smutek, gdy ich zabrakło” – wspomina.
Po 25 latach kobieta uważa, że pamięć o zamachach pozostaje częścią tożsamości Nowego Jorku.
„To jest w DNA każdego Nowojorczyka. Jeśli sam tam wtedy nie byłeś, to na pewno znasz kogoś, kto był” – powiedziała w rozmowie z PAP. Jak podkreśliła, co roku miasto upamiętnia ofiary, a miejsce po dawnych wieżach nie pozwala zapomnieć o historii 11 września.
Jednocześnie jej zdaniem Nowy Jork pokazał, że potrafi podnieść się po tragedii. „Nieważne, ile razy spotka cię coś strasznego, to się nie poddajesz. Podnosisz się, próbujesz i – na tyle, na ile to możliwe – chcesz iść dalej” – podsumowuje.
11 września 2001 r. 19 członków Al-Kaidy porwało cztery samoloty pasażerskie. Dwa uderzyły w wieże World Trade Center w Nowym Jorku, trzeci w Pentagon pod Waszyngtonem, a czwarty rozbił się w Pensylwanii po próbie odzyskania kontroli nad maszyną przez pasażerów. W najbardziej śmiercionośnym zamachu terrorystycznym w historii USA zginęło 2996 osób, a tysiące zostały ranne.
Źródło: 