Lwów mierzy się z nową falą uchodźców. „Doskonale wiem, jak ciężko jest pozostać bez niczego”

Od początku wojny Lwów był miastem tranzytowym dla milionów przesiedleńców. Następnie stał się miastem przyjmującym. W ostatnich tygodniach mierzy się z nową falą uchodźców, którzy uciekają ze wschodu Ukrainy, by ratować się przed furią rosyjskich ostrzałów, w ramach dobrowolnych ewakuacji lub narzuconych przez władze.

Nie boi się przyznać, że straciła wszystko. „Kiedy uciekaliśmy z synem, nie mogliśmy niczego ze sobą zabrać. Wzięliśmy tylko kilka zdjęć i certyfikaty potwierdzające jedną z pasji Jarosława: taniec”. Jelena Zastavska jest uchodźcą wojennym i lekarką dla uchodźców.

„Doskonale wiem, jak ciężko jest pozostać bez niczego po życiu pełnym wyrzeczeń. Wszystko zostało zmiecione przez niekończącą się agresję zbrojną” – dodaje.

Lekarka pomaga w przychodni greckokatolickiego szpitala im. abp. Andrzeja Szeptyckiego we Lwowie, położonego w połowie drogi między dworcem głównym a historycznym centrum miasta.

Szpital w domu arcybiskupa

„Ten szpital powstał, by nieść pomoc ubogim. A dziś ubogimi na Ukrainie są uchodźcy, których umieściliśmy w centrum naszej misji” – wyjaśnia ks. Ihor Boyko.

Kapłan kieruje placówką założoną w 1903 roku przez metropolitę lwowskiego i zarazem wieloletniego zwierzchnika Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, który, jak podkreśla, „poświęcił swój dom, by stworzyć szpital, który przetrwał dwie wojny światowe i reżim radziecki, a ponadto był pierwszą prywatną placówką szpitalną na terenie niepodległej Ukrainy”.

Mówiąc o dramacie wykorzenienia, którego w kraju doświadczają prawie cztery miliony uchodźców, ks. Boyko akcentuje wzajemną solidarność, która znacznie wzmocniła się w ciągu ponad czterech lat konfliktu.

„Jedna trzecia lekarzy w naszym szpitalu to uchodźcy, którzy postanowili służyć tym, którzy znajdują się w takiej samej sytuacji jak oni” – wyznaje kapłan.

Wylicza, że we Lwowie pracują lekarze, którzy uciekli ze wschodniej Ukrainy, zwłaszcza z obwodu sumskiego, charkowskiego, donieckiego, ługańskiego i zaporoskiego. Regiony te znajdują się pod ciężkim ostrzałem rosyjskim lub są częściowo okupowane.

Mobilne kliniki w terenie

Jelena Zastavska prowadziła klinikę w Berdiańsku nad Morzem Azowskim. Miasto już w pierwszych dniach wojny wpadło w ręce Moskwy.

„Mieliśmy dwadzieścia tysięcy pacjentów rocznie. Rosjanie postawili nam ultimatum: albo współpracujemy, albo zamykamy placówkę. Zdecydowaliśmy się zostać dla dobra ludzi”.

Lekarka wytrzymała rok i trzy miesiące w miejscowości kontrolowanej przez oddziały Kremla.

„Byliśmy świadkami morderstw, tortur, represji w domach, porwań przez zakapturzonych ludzi. W końcu powiedziałam: «dość»”.

Podobnie jak 80 proc. mieszkańców Berdiańska, którzy opuścili okupowane miasto. „Wielu z moich byłych pacjentów pisało do mnie ze Lwowa, dokąd się przenieśli: «Jesteśmy tutaj, czekamy na ciebie»”. Lekarka zaczęła pomagać w szpitalu, który jest wizytówką Kościoła działającego na pierwszej linii frontu w obliczu kryzysu uchodźczego. Pomaga tam również jej syn, który jest na trzecim roku medycyny i zaangażował się w wyjazdy w ramach tzw. mobilnej kliniki. Jest to projekt realizowany przez szpital „Szeptyckiego”, uruchomiony w listopadzie 2025 roku, który „dostarcza karetki oraz zespoły lekarzy i pielęgniarek do obozów dla uchodźców lub do wsi, które ich przyjmują”.

W regionie Lwowa i Tarnopola przeprowadzono już 15 tysięcy konsultacji.

„Zespoły wyjeżdżają sześć razy w tygodniu, aby odwiedzić tych, którzy nie mają dostępu do lekarza lub możliwości dotarcia do szpitala, oraz aby zapewnić badania w terenie, tak aby nikt nie został zapomniany” – podkreśla Edita Kisilova, która koordynuje projekt mobilnych klinik.

Szkoła pokoju odpowiedzią na przemoc

W centrum Lwowa mieści się siedziba Wspólnoty św. Idziego, która jest oazą „pomocy” dla tych, których życie zostało wywrócone do góry nogami przez wojnę.  „W mieście pomagamy 600 rodzinom” – mówi Jurij Lifanse, odpowiada on za wspólnotę, która od początku konfliktu niesie wsparcie potrzebującym. Jej siedzibę odwiedził w lipcu papieski wysłannik – kard. Matteo Zuppi.

Zwracając się do członków wspólnoty, zachęcał: „Wiemy, że wciąż panuje wiele przemocy, ale zacznijmy budować pokój w naszych sercach, przyjmując innych i pomagając. Nie dajmy się zwieść złu”.

Pomoc Wspólnoty św. Idziego dociera co tydzień również do osiedla kontenerowego, które dało dach nad głową ponad tysiącu uchodźców; tam też zorganizowano „Szkołę pokoju” dla młodzieży.

„Wojna kształtuje pokolenie naznaczone przemocą i agresją. To nie przypadek, że Rosja werbuje naszych nastolatków: płaci im za przeprowadzanie zamachów z użyciem bomb zapalających lub ataków na samochody” – mówi Lifanse.

Antidotum na przemoc jest solidarność, która gromadzi ponad 500 młodych ludzi aktywnie zaangażowanych w pomoc uchodźcom. „To znak nadziei i ziarno pokoju” – podkreśla odpowiedzialny za Wspólnotę św. Idziego na Ukrainie. Zauważa, że wśród najbardziej bezbronnych są osoby starsze.

„Ich sytuacja jest szczególnie złożona. Są to ludzie często samotni, bez oparcia, często chorzy i pozbawieni środków do życia”.

Z osiemdziesięciu euro emerytury nie da się przeżyć, gdyż wojna spowodowała znaczne podwyżki cen. „Planujemy stworzyć domy rodzinne dla babć i dziadków, w których będą mogli mieszkać razem. A nasza młodzież już ich wspiera” – wskazuje Lifanse.

Zapełniony cmentarz, powstaje drugi

We Lwowie – podobnie jak na całej Ukrainie – daje się odczuć ciężar ofiar na froncie.

„Jest coraz więcej zabitych” – mówi Lifanse.

Cmentarz we Lwowie, utworzony po pierwszym roku konfliktu, by przyjąć ciała żołnierzy, został zamknięty. „Już jest pełny”. Pozostały flagi i sztandary nad tysiącami grobów, przy których modlił się również kard. Zuppi. Nieopodal otwarto nowy cmentarz. Wspólnota św. Idziego stara się wspierać rodziny, które straciły ojca: od miesięcy nie mają z czego żyć, a państwo ograniczyło nawet odszkodowania.

Choć lato jeszcze w pełni Ukraińcy z trwogą myślą już o kolejnej wojennej zimie, gdyż ta ostatnia była dramatyczna.

„Pomoc się zmniejszyła – podsumowuje Lifanse. – Ukrainie grozi to, że zostanie porzucona. Dlatego już teraz trzeba budować pokój w sercach i umysłach ludzi, nawet jeśli bomby wciąż spadają”.

Źródło: KAI

« 1 »