Barbarzyńskie jest pragnienie rodzicielstwa, które w centrum stawia siebie samego i swoje potrzeby, a dziecko traktuje jak przedmiot. Historia Tiny to kolejny, wyjątkowo dramatyczny przypadek takiej właśnie postawy. Przez lata starała się o drugie dziecko, a gdy zaszła w ciążę, natychmiast zamówiła pigułkę aborcyjną.
Szokująca jest zarówno postawa samej kobiety, jak i sposób relacjonowania sprawy przez amerykańskie media. Jedno z nich, „Dziewiętnastka” (19thnews.org) pisze:
„Tina pragnęła kolejnego dziecka. Ale potrzebowała też aborcji. Teksas utrudnił jedno i drugie.”
Jak w ogóle można pogodzić pragnienie posiadania dziecka z potrzebą aborcji? Dla umysłu ukształtowanego w środowisku, w którym szacunek dla każdego życia jest fundamentalną wartością, jest to coś niepojętego. Jednak lewicowe media nie widzą tu żadnej sprzeczności. Można jednocześnie pragnąć dziecka (dla zaspokojenia własnych potrzeb rodzicielskich) i „potrzebować aborcji”, gdy dziecko to pojawi się niedokładnie w tym momencie, w którym spodziewała się jego matka. Tak właśnie było w przypadku Tiny.
Spełnienie marzeń i… niespodzianka
Według amerykańskiego portalu, Tina jest matką sześcioletniej córki. Od wielu lat starała się o drugie dziecko, jednak pojawiały się komplikacje – „poronienie, leczenie niepłodności, kolejne poronienie, kolejna terapia i ciąża pozamaciczna”. Zdiagnozowano u niej zespół Ashermana, schorzenie, w którym wewnątrz macicy tworzą się blizny i zrosty. U około 90 proc. kobiet przyczyną tego stanu są zabiegi chirurgiczne (usuwanie pozostałości po poronieniach lub aborcje w pierwszym trymestrze ciąży. Inne możliwe przyczyny to radioterapia, operacje usuwania mięśniaków lub polipów, wkładki dozmaciczne oraz endometrioza. W tym przypadku najbardziej prawdopodobnym powodem były zabiegi medyczne dokonywane po poronieniach w klinice w Austin (Teksas).
Ostatecznie Tina postanowiła skorzystać z propozycji swojej szwagierki, która zaoferowała, że zostanie surogatką. Zarodek pochodzący od Tiny i jej męża został pomyślnie zaimplantowany w macicy szwagierki. Wydawało się to spełnieniem marzeń, tymczasem w 34. tygodniu ciąży szwagierki okazało się, że Tina również jest w ciąży.
„Odpowiedzialne macierzyństwo” czyli wybór, które dziecko uśmiercić
Zrozumiałe jest, że kolejna ciąża była nieoczekiwana i zaskakująca. Bardziej zaskakujący jest jednak ton, w jakim sytuację tę opisuje amerykański portal:
„[Tina] i jej mąż nigdy nie rozważali trójki dzieci. Bycie w ciąży oznaczałoby dwoje noworodków w odstępie ośmiu miesięcy. Oznaczałoby to kolejne łóżeczko, może większy samochód. Za 18 lat kolejna sterta rachunków za studia. Kolejna ciąża powstrzymałaby ją przed byciem przy pozostałej dwójce dzieci: córce, którą miała, i chłopcu, na którego oczekiwała”.
Dla autorki reportażu, Shefali Luthra, określającej się mianem „reporterki zdrowia reprodukcyjnego”, w tej sytuacji oczywiste było, że aborcja dziecka znajdującego się w łonie Tiny była czymś normalnym, zrozumiałym i rozsądnym. Nieludzkie natomiast jest prawo stanu Teksas, które nie pozwala na aborcję.
Na nieszczęście małego dziecka, dojrzewającego w łonie Tiny, w USA możliwa jest sprzedaż wysyłkowa tabletek aborcyjnych. Potrzebna jest jednak wstępna diagnoza medyczna, ponieważ aborcja farmakologiczna nie powinna być stosowana w przypadku ryzyka ciąży pozamacicznej. Tina wykonała wszystkie badania, w tym USG, które wykazały, że jej ciąża jest pod każdym względem prawidłowa, a dziecko zdrowe.
Co w takiej sytuacji zrobiłaby kobieta oczekująca dziecka? Z radością przyjęłaby dar życia, ciesząc się, że wreszcie zostanie po raz kolejny matką. A co zrobiła Tina? Tego samego dnia zamówiła tabletki aborcyjne z przyspieszoną wysyłką. Zapłaciła 250 dolarów. W weekend przyjęła tabletki. Po kilku dniach skurczów i krwawienia jej ciąża zakończyła się aborcją.
„Nie będąc już w ciąży Tina wreszcie mogła skupić się na synu, który miał się pojawić za kilka tygodni” – podsumowała proaborcyjna dziennikarka.
Skupić się na synu, który ma się narodzić, wymazać z pamięci dziecko, które właśnie się pozbawiło życia. Gdzie w tym wszystkim jest jakakolwiek logika? Gdzie człowieczeństwo? Czy na tym ma polegać odpowiedzialne macierzyństwo, by wybierać, które dziecko przeżyje, a które zostanie zabite? Według lewicowych mediów – właśnie tak.
Barbarzyński przemysł płodności, czyli dziecko jako towar
To, co nie mieści się w zwyczajnej ludzkiej logice, zgodne jest z logiką przemysłu płodności. Surogacja, in vitro, aborcja to elementy tego samego ideologicznego spektrum, w którym negowane jest człowieczeństwo bezbronnej istoty ludzkiej znajdującej się w łonie matki. Życie lub śmierć dziecka zależne są od woli kobiety, która może robić, co chce. Jej „abo tak” jest ważniejsze niż jakiekolwiek normy moralne.
Sytuacja Tiny pokazuje tę mentalność jak na dłoni, zarówno jeśli chodzi o postawę samej kobiety, jak i o medialne relacje. Gdy „kolejne łóżeczko, większy samochód” staje się decydującym argumentem, pozwalającym odebrać życie małemu dziecku, trudno mieć jakiekolwiek złudzenia. Człowiek stawiany jest na równi z dobrami materialnymi, a może nawet niżej niż one. Człowiek staje się przedmiotem, staje się towarem. Dziś można go zamówić, aby spełnić własne pragnienia o rodzicielstwie, jutro można się go pozbyć, gdy okaże się, że jest o jednego za dużo.
Dziecko w tej optyce nie jest już darem, który należy przyjąć z radością i o który trzeba się zatroszczyć. Jest „wyborem”, rozumianym tak, jak wybór towaru na sklepowej półce: „ten wezmę, tego nie potrzebuję”.
Powód może być dowolny. W tym przypadku jest to „o jedno za dużo”, w innym może być to niezadowolenie z powodu cech dziecka, traktowanego jako produkt. Nie, to nie dystopijna literacka fikcja, ale smutna rzeczywistość: Już pojawiają się firmy oferujące badania zarodków pod kątem IQ, wzrostu, koloru oczu, prawdopodobieństwa trądziku, koloru włosów i innych cech, aby rodzice mogli wybrać sobie „najlepsze dziecko”. Firma Nucleus Genomics oferuje nawet testowanie zarodków pod kątem potencjalnego przyszłego ryzyka schorzeń. Założyciel tej firmy Kian Sadeghi, uważa, że należy pozostawić uznaniu kobiety i lekarza „co i jak chcą implantować”. Gdy Aldous Huxley pisał swój „Nowy wspaniały świat”, nie wyobrażał sobie zapewne, że sprawy potoczą się tak szybko i że zajdą tak daleko. Zamiast potraktować jego dzieło jako przestrogę przed katastrofą, zachodni świat uznał je za przepis na szczęście.
Co jednak przyjdzie jednemu człowiekowi z rzekomego szczęścia zbudowanego kosztem życia innych? Czy „nowy wspaniały świat”, który buduje się na naszych oczach, nie jest w swej istocie jedynie kolejną formą „starego nikczemnego barbarzyństwa”?
Źródło: Live Action, 19thnews.org
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.