Coraz więcej par mających problem z płodnością decyduje się na in vitro zamiast adopcję. To niepokojący trend, zauważa bioetyk Katherine Breckenridge. Zamiast koncentrować się na dobru dziecka, dorośli skupiają się na zaspokajaniu własnych „potrzeb rodzicielskich”, a w przekonaniu o tym, że rodzicielstwo „im się należy”, utwierdza ich przemysł płodności.
W ciągu ostatnich dziesięcioleci zapłodnienie in vitro (IVF) stało się podstawową opcją dla par zmagających się z niepłodnością. Jednocześnie w krajach zachodnich wyraźnie spadły wskaźniki adopcji.
Postęp medyczny, regres etyczny
W ślad za ogólnym postępem medycyny podąża także postęp technik wspomaganego rozrodu. Coraz większe możliwości technologii nie idą niestety w parze z refleksją etyczną. Problemy związane z procedurą in vitro mają charakter zarówno medyczny, jak i moralny.
Jeśli chodzi o aspekty medyczne, IVF ma wciąż niskie wskaźniki powodzenia, wiąże się z hiperstymulacją jajników, skutkami ubocznymi przyjmowania wysokich dawek hormonów, komplikacjami związanymi z pozyskaniem komórek jajowych. W przypadku in vitro znacznie wyższy niż przeciętna jest wskaźnik ciąż mnogich, co także stwarza duże ryzyko komplikacji. Ciąże powstałe w wyniku tej procedury obarczone są także wyższym ryzykiem cukrzycy ciążowej, nadciśnienia krwi oraz rzucawki ciążowej. Przemysł płodności rzadko wspomina o psychicznym obciążeniu związanym z kolejnymi nieudanymi próbami, a także o wysokim koszcie procedur in vitro, który usiłuje się przerzucić na ogół społeczeństwa, podczas gdy zyski zbierają kliniki płodności. IVF zawodzi w 70 proc. przypadków, a przeciętny czas oczekiwania na skuteczne zapłodnienie w wyniku tej procedury to cztery i pół roku.
Najpoważniejsze zastrzeżenia dotyczą jednak sfery bioetycznej. Pierwszym problemem jest zewnętrzna ingerencja w zapłodnienie w oderwaniu od aktu małżeńskiego, związana z powierzeniem ludzkich komórek, a następnie embrionów obcym osobom. Dziecko staje się wynikiem procedury medyczno-technicznej, będąc niejako produktem poddawanym kontroli jakości. Drugi, jeszcze poważniejszy problem to tworzenie zarodków nadliczbowych, które następnie zamrażane są na nieokreślony czas albo eliminowane. Czym innym jest naturalna śmierć danej osoby (w wyniku choroby czy też wady genetycznej), czym innym zaś – odebranie jej życia. Dotyczy to człowieka na każdym etapie rozwoju – od zapłodnienia aż do starości. Jeśli godzimy się na to, że decyzją jednej osoby wolno odebrać życie drugiej – kruszymy etyczne fundamenty naszej cywilizacji, uznającej ochronę każdego życia ludzkiego za jedną z najistotniejszych zasad moralnych.
Jeśli chodzi o dane statystyczne, in vitro przeprowadzane jest około 2,5 miliona razy rocznie na całym świecie. Według badań opublikowanych w Reproductive Biomedicine Online w wyniku tej procedury rodzi się tylko 500 tys. dzieci. Oznacza to, że nawet gdyby założyć, że podczas każdego cyklu IVF powstaje tylko jeden zarodek (faktycznie jest to średnio siedem), co najmniej 80 proc. (dwa miliony) osób stworzonych w wyniku IVF corocznie albo ginie w trakcie procedury, albo zostaje zamrożone na czas nieokreślony.
In vitro zamiast adopcji
BBC, odnosząc się do danych z Wielkiej Brytanii, wskazuje, że liczba adopcji spadła o 62 proc. w ciągu ostatnich 40 lat. Głównym powodem jest spadająca niechęć potencjalnych rodziców wobec adopcji oraz strategia marketingowa przemysłu płodności, który systematycznie przedstawia blaski IVF, surogacji i innych technik wspomagania płodności, pomijając ich cienie.
Jedna z kobiet, z którymi rozmawiała BBC, Heather Bell, przyznała, że choć myślała o adopcji, ostatecznie wraz z mężem zdecydowali się na in vitro, stwierdzając, że brakowało jej „energii emocjonalnej”, by podjąć się adopcji. Mówiąc wprost, chodzi o to, że adopcja ukazywana jest jako problem, a in vitro – jako bezproblematyczna droga do rodzicielstwa. [https://www.bbc.com/news/health-46081726]
Carol Homden, dyrektor generalna Coram, największej brytyjskiej agencji adopcyjnej, stara się wyjaśniać, że rzeczywistość jest diametralnie odmienna:
„Chciałabym jakoś znaleźć sposób na wyraźniejsze komunikowanie, że adopcja to alternatywa dla bardzo trudnej emocjonalnie drogi przez IVF. Oczywiście to wspaniałe, że jest postęp naukowy i że tak wiele osób udaje się mieć rodzinę dzięki in vitro. Ale dla wielu osób oznacza to wielokrotne cykle, co samo w sobie jest formą traumy emocjonalnej.”
Anthony Douglas, szef Children and Family Court Advisory and Support Service (Cafcass), przyznaje, że adopcja musi teraz konkurować z IVF.
„Adopcja konkuruje z wieloma innymi sposobami «posiadania» dzieci, a długotrwałe oczekiwanie na udaną adopcję pogłębia ten problem. Każde dziecko zasługuje na rodzinę, w której może żyć i dorastać, ale adopcja trwa dwa razy dłużej, niż powinna, co zniechęca ludzi”.
Pragnienie rodzicielstwa czy dobro dziecka?
Gdy mowa jest o emocjach związanych z rodzicielstwem, trudno nie zauważyć zasadniczego przesunięcia się punktu skupienia: w centrum jest już nie samo dziecko, ale pragnienia potencjalnych rodziców. Dziecko w takiej optyce nieuchronnie schodzi na plan dalszy, staje się pożądanym produktem, a popyt na ten produkt zaspokaja przemysł płodności.
Zwraca na to uwagę bioetyk Katherine Breckenridge, autorka książki „Ciche smutki: porozmawiajmy o aborcji, technologiach reprodukcyjnych i adopcji”.
„Kiedy pracowałam dla Them Before Us [One przed nami], intrygowały mnie komentarze, które osoby adoptowane zamieszczały pod naszymi wpisami w mediach społecznościowych porównujące surogację i adopcję. Tymczasem adopcja bywa czasem konieczna, a surogacja nigdy”.
„Them Before Us” to organizacja, która próbuje przywrócić właściwą perspektywę, wskazując, że dobro dziecka, a nie zachcianki rodziców, powinno być zawsze na pierwszym miejscu. Jeśli chodzi o adopcję, Katherine Breckenridge podkreśla, że przede wszystkim trzeba zapewnić kobietom w ciąży, znajdującym się w trudnej sytuacji, wszelką pomoc, aby mogły urodzić i wychować własne dzieci.
„Zdarzają się jednak sytuacje, w których dzieci muszą zostać adoptowane i jest możliwe przeprowadzenie adopcji w sposób etyczny, bez przymusu i nacisku”.
Breckenridge nie ukrywa, że proces adopcji może być skomplikowany ze względu na konieczność przebadania złożonej sytuacji zarówno ze strony biologicznych rodziców, jak i potencjalnych rodziców adopcyjnych. Warto jednak ten trud podjąć, mając na względzie dobro dziecka. Droga na skróty prowadzi donikąd.
„Agencje czasem wzbudzają nadzieję rodziców adopcyjnych, przedstawiając adopcję jako przewidywalne przedsięwzięcie, obiecując im, że jeśli pokryją koszty matki biologicznej, to «dostaną» dziecko. To jest niezwykle uprzedmiotowiające.”
Breckenridge podkreśla, że należy zachować dużą ostrożność, aby uniknąć jakiegokolwiek przymusu w procesie adopcji:
„Nawet w dniu porodu matki potrzebują spędzenia czasu ze swoim dzieckiem, by podjąć decyzję wolną od presji, więc agencje nigdy nie powinny nikomu «obiecywać» niemowląt.”
W całym procesie adopcji nie można przyjmować nastawienia biznesowego. Tu nie chodzi o ubicie „interesu”, ani o zaspokojenie rodzicielskich pragnień, ale o zapewnienie dziecku prawdziwej troski, której potrzebuje. Problemem jest nie tylko działalność instytucji, które oferują in vitro czy adopcję ukazywaną jako transakcja, ale przede wszystkim roszczeniowa mentalność potencjalnych rodziców, którą te instytucje wzmacniają:
„Ich przesłanie może utrwalać mentalność roszczeniowości, mówiąc przyszłym rodzicom adopcyjnym, że «zasługują» na rodzinę, i wzmacniając w społeczeństwie przekonanie, że jeśli przejdziesz przez proces adopcyjny, automatycznie «należy ci się» dziecko.”
Niestety znaczna część branży adopcyjnej poddała się logice podaży i popytu, a potencjalni rodzice adopcyjni zachęcani są do tworzenia profili, które wyróżniają ich na tle innych potencjalnych par, aby uzyskać dziecko najbardziej spełniające ich oczekiwania. To wszystko jest przejawem głębokiej dehumanizacji, sprowadzającej subtelne międzyludzkie relacje do kategorii handlowej transakcji.
Gdy nie wiadomo, o co chodzi…
Św. Paweł zauważa, że „korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” (1Tm 6, 10). Tak jest również w przypadku delikatnej sfery rodzicielstwa. Nieetyczna, merkantylna postawa zdarzająca się w agencjach adopcyjnych jest jednak zagrożeniem innego kalibru niż fundamentalne problemy etyczne związane z in vitro.
„Chociaż branża adopcyjna może być czasami nieetyczna, IVF jest zawsze z natury nieetyczne, ponieważ proces ten to działanie metodą prób i błędów, igrający życiem tysięcy osób ludzkich rocznie,” podkreśla Breckenridge.
Jeśli chodzi o pieniądze, in vitro przynosi olbrzymie zyski, znacznie większe niż te związane z procedurami adopcyjnymi.
„IVF może wydawać się tańszą opcją niż adopcja, ale niekoniecznie tak jest. Każdy cykl IVF może kosztować około 15 000 i 25 000 dolarów, a nawet pacjentki z «najlepszym rokowaniem» – poniżej 35 roku życia – mają średnio dwa cykle pobrania komórek jajowych, a osoby powyżej 40. roku życia mogą przechodzić aż dziewięć cykli.”
Nietrudno policzyć, jakie pieniądze wchodzą w grę i uzmysłowić sobie, dlaczego przemysł płodności jest tak lukratywny.
„Branża adopcyjna może zostać zreformowana tak, by agencje nie zarabiały na wymianie praw rodzicielskich, tymczasem in vitro nigdy nie może być przeprowadzane etycznie” – podsumowuje Breckenridge.
Adopcja nie jest zła ze swej natury, choć mogą się zdarzać nadużycia. In vitro jest nieetyczne z samej zasady. Nie chodzi tu o emocje rodziców, ale o dobro dziecka, które w procesie in vitro staje się nieuchronnie przedmiotem tworzonym na zamówienie, kosztem życia swojego rodzeństwa.
„Procedura in vitro eksperymentuje z ludzkim życiem na najwcześniejszym etapie, tworząc ludzi w laboratoriach, oceniając i wyrzucając życie uznane za nieodpowiednie, oddając «pozostałe» zarodki do badań lub zamrażając je, ryzykując życie zarodków metodą prób i błędów podczas transferu,” wskazuje Breckenridge, dodając: „Przemysł in vitro opiera się na śmierci milionów istnień – to nie jest praktyka pro-life i nikt, kto chce szanować godność ludzkiego życia od momentu zapłodnienia, nie powinien popierać tego zabiegu z żadnego powodu. Nie można twierdzić, że chodzi o dobro dziecka, gdy poświęca się życie wielu innych ludzi w stadium embrionalnym dla uzyskania jednego żywego dziecka.”
Na koniec, warto przypomnieć nauczanie Kościoła w tej dziedzinie zawarte w instrukcji Dignitas personae Kongregacji Nauki Wiary (8.09.2008), które wyraźnie oddziela faktyczne leczenie bezpłodności od procedury in vitro, a także zachęca do propagowania adopcji.
„Należy wykluczyć wszelkie techniki sztucznego zapłodnienia heterologicznego oraz techniki sztucznego zapłodnienia homologicznego, zastępujące akt małżeński. (nr 12) (…) Z pewnością dopuszczalne są działania mające na celu usunięcie przeszkód uniemożliwiających naturalną płodność, jak na przykład leczenie hormonalne niepłodności spowodowanej przez zaburzenia w funkcjonowaniu gruczołów płciowych, chirurgiczne leczenie endometriozy, udrożnienie jajowodów albo mikrochirurgiczne przywrócenie ich drożności. Wszystkie te metody można uznać za autentyczne terapie o tyle, o ile po rozwiązaniu problemu leżącego u podstaw bezpłodności para może spełniać akty małżeńskie prowadzące do przekazywania życia bez potrzeby bezpośredniej interwencji lekarza w sam akt małżeński. Żadna z tych technik nie zastępuje aktu małżeńskiego, który jako jedyny jest godny przekazać życie w sposób naprawdę odpowiedzialny. Ponadto, by wyjść naprzeciw wielu parom bezpłodnym, pragnącym mieć dzieci, należałoby przez odpowiednie środki ustawodawcze zachęcać do adopcji licznych sierot, które dla odpowiedniego rozwoju ludzkiego potrzebują ogniska domowego, propagować ją i ułatwiać związane z nią procedury.” (nr 13).
Źródło: Live Action, BBC, Them Before Us
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.