Nie tylko patron Polski, ale i opiekun polskiej rodziny. Zawierzenie ze św. Andrzejem Bobolą

Przez historię Józia zacząłem odkrywać potęgę modlitwy wynagradzającej. Zawierzenie nie może oznaczać tylko prośby: „święty Andrzeju, pomóż mi”. Może stać się początkiem głębszej relacji z Chrystusem i odkrycia, że również ja mogę ofiarować swoje modlitwy, cierpienia i codzienną wierność w intencji innych – mówi Marek Zaremba, współautor książki „Mocarz Chrystusa”.

Agnieszka Wawryniuk, Echo Katolickie: Dlaczego zafascynował się Pan św. Andrzejem Bobolą?

Marek Zaremba: To nie była fascynacja postacią historyczną, ale odkrywanie człowieka całkowicie oddanego Chrystusowi. Im bardziej poznawałem życie św. Andrzeja Boboli, tym mocniej widziałem, że jego siła nie pochodziła z niego samego. Był mocny, dlatego że należał do Chrystusa. Bobola żył w bardzo trudnym czasie, wśród konfliktów, podziałów i przemocy, a jednak nie odpowiedział na zło kolejnym złem. Jego odpowiedzią była wierność Chrystusowi, prawdzie i Kościołowi. Z czasem zacząłem patrzeć na niego jeszcze inaczej. Zobaczyłem w nim człowieka, który pokazuje, że zwycięstwo miłości dokonuje się nie przez przemoc, ale przez ofiarę, wierność i wynagrodzenie.

Lubię patrzeć na św. Andrzeja Bobolę jak na skałę, a jednocześnie jak na mały kamyk. Skała – bo jego wiara była niezłomna. Kamyk – bo sam człowiek wobec potęgi zła wydaje się tak mały, a jednak Bóg właśnie przez małego człowieka może dokonać rzeczy wielkich. To niezwykle ważne przesłanie: nie musimy być wielcy w oczach świata. Musimy być całkowicie oddani Chrystusowi.

Dziś mówi się o św. Andrzeju Boboli szczególnie jako patronie Polski, ale on pomaga także w sprawach osobistych. Pan odczuł to mocno w swoim życiu…

Tak. Tutaj zaczyna się osobista historia, która miała ogromny wpływ na powstanie tej książki.

Mój wnuczek Józio miał przyjść na świat z poważną wadą serca. Sytuacja była bardzo trudna i niosła ze sobą wiele niepewności. Wtedy zawierzyłem jego życie i zdrowie św. Andrzejowi Boboli. Wydarzyło się coś, czego do dzisiaj nie potrafię wytłumaczyć. W pociągu spotkałem lekarza, z którym nawiązałem rozmowę. Później okazało się, że właśnie ten lekarz znalazł się przy operacji Józia, ale jeszcze większe było nasze zdumienie później.

Pomimo ogromnych przeciwności medycznych Józio wyszedł ze szpitala w dniu wspomnienia św. Andrzeja Boboli. Dla mnie i dla naszej rodziny był to bardzo mocny znak. Nie traktuję tego jako dowodu, który miałby kogokolwiek zmuszać do wiary. Było to przede wszystkim moje osobiste doświadczenie opieki i wstawiennictwa świętego, któremu zawierzyłem dziecko.

Przez historię Józia zacząłem odkrywać coś jeszcze ważniejszego – potęgę modlitwy wynagradzającej. Zrozumiałem, że zawierzenie nie może oznaczać tylko prośby: „święty Andrzeju, pomóż mi”. Może stać się początkiem głębszej relacji z Chrystusem i odkrycia, że również ja mogę ofiarować swoje modlitwy, cierpienia i codzienną wierność w intencji innych. To doprowadziło mnie do Eucharystii. Ona jest dla mnie sakramentem miłości – miejscem, w którym Chrystus nieustannie daje siebie za człowieka. W świetle Eucharystii zacząłem inaczej rozumieć również życie i męczeństwo św. Andrzeja Boboli. Jego zwycięstwo nie polegało na pokonaniu kogokolwiek siłą. Było zwycięstwem miłości, która pozostała wierna aż do końca. Dlatego widzę w św. Andrzeju nie tylko wielkiego patrona Polski, ale też opiekuna polskiej rodziny. Kochał Polskę i jej rodziny. Wierzę, że dzisiaj również chce nam pomagać odzyskać ich godność – szczególnie w czasie kryzysu wiary, kryzysu rodziny i ogromnej próby, przez którą przechodzi współczesny człowiek. Nie chodzi jednak o to, żeby patrzeć na Bobolę jak na kogoś, kto ma rozwiązać za nas wszystkie problemy. On prowadzi nas do Chrystusa. Pokazuje, że kiedy rodzina wraca do Eucharystii, do modlitwy, do przebaczenia i wzajemnej miłości, zaczyna odzyskiwać swoją siłę. I tutaj właśnie spotykają się dla mnie trzy sprawy: Józio, św. Andrzej Bobola i Eucharystia.

Historia mojego wnuczka była początkiem. Bobola stał się przewodnikiem. A Eucharystia odkryła przede mną szerszą misję – „Misję Eucharystia”, której celem jest wynagrodzenie Chrystusowi za grzechy i rany naszych rodzin, narodu i świata, bo coraz bardziej jestem przekonany, że jeśli chcemy ratować Polskę, musimy zacząć od miejsca, w którym Chrystus już zwyciężył – od Jego obecności w Eucharystii.

Skąd pomysł na przygotowanie 33 rekolekcji ze św. Andrzejem Bobolą? Jaki jest ich cel i dlaczego warto je podjąć?

Liczba 33 odnosi nas do ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Chciałem więc, aby te rekolekcje były przede wszystkim drogą do Chrystusa – przez przykład św. Andrzeja Boboli. Po drugie rekolekcje są utkane z 32 wezwań Litanii do św. Boboli, dodałem więc dzień zawierzenia i mamy 33 dni… Z czasem ta idea nabrała jeszcze szerszego wymiaru. Zrozumiałem, że odkrycie Boboli prowadzi mnie do konkretnego zadania: do „Misji Eucharystia”. Nie chcę mówić o ratowaniu Polski i świata poprzez walkę z kimkolwiek. Wierzę, że prawdziwy ratunek zaczyna się przy ołtarzu – od powrotu człowieka do Chrystusa, od Eucharystii, adoracji, modlitwy i wynagrodzenia. Jeżeli Polska ma zostać przemieniona, potrzebujemy nie tylko ludzi aktywnych społecznie, ale też eucharystycznych. Ludzi, którzy będą potrafili uklęknąć przed Jezusem i powiedzieć: „Jezu, wynagradzam Ci za tych, którzy Cię odrzucają. Oddaję Ci siebie w intencji mojej rodziny, mojego narodu i świata”.

Te 33 dni mają prowadzić do zawierzenia, ale także do odkrycia osobistej misji. Nie każdy zostanie męczennikiem jak Bobola. Może jednak zostać duszą wynagradzającą, słowem: duszą eucharystyczną.

Właśnie tutaj widzę ogromną aktualność św. Andrzeja Boboli. On pokazuje, że zwycięstwo nie zawsze wygląda jak zwycięstwo. Czasem wygląda jak krzyż. Czasem jak cicha modlitwa, adoracja w ciszy. Czasem jak Eucharystia przeżywana w ukryciu, kiedy nie mamy odpowiedzi na nasze pytania, lecz mamy obecność miłości Boga, który obiecał że będzie z nami zawsze i do końca. I właśnie tam może rodzić się największa siła.

Z jakim odzewem spotkała się propozycja tych rekolekcji?

Wiele osób mówiło o potrzebie duchowego umocnienia, ale także o potrzebie odnalezienia konkretnego wzoru świętości. Myślę, że ludzie intuicyjnie czują, że dzisiaj nie potrzebujemy kolejnej wojny, ale ludzi, którzy potrafią zwyciężać zło dobrem. I dlatego Bobola jest tak niezwykły. On nie jest dla mnie symbolem walki przeciwko komuś. Jest symbolem wierności Chrystusowi aż do końca. Z tej perspektywy „Misja Eucharystia” nie jest programem przeciwko światu, ale dla świata. Chodzi o to, aby odpowiedzieć na zło największą siłą, jaką pozostawił nam Chrystus swoją obecnością i swoją miłością w Eucharystii. Chciałbym, aby powstała wspólnota ludzi, którzy nie będą pytać tylko: „Co jeszcze możemy zrobić?”, ale najpierw: „Co możemy ofiarować Chrystusowi?”. Bo być może właśnie tego najbardziej nam dzisiaj brakuje – odkrycia wartości ofiary, modlitwy i wynagrodzenia.

W książce można znaleźć radę, by bardziej skupiać się na świętości niż na męczeństwie św. Andrzeja Boboli. Na czym ona polegała i do czego nas prowadzi?

To chyba najważniejsze przesłanie całej książki. Łatwo zachwycić się męczeństwem Boboli, jego heroiczną śmiercią i niezwykłą odwagą, ale to męczeństwo było owocem wcześniejszej świętości. On nie stał się wierny Chrystusowi w ostatniej godzinie. Każdego dnia uczył się tej wierności. Dlatego nie chciałbym, abyśmy patrzyli na Bobolę przede wszystkim przez pryzmat jego straszliwej śmierci. Patrzmy na jego życie. Na człowieka, który pozwolił, aby Chrystus tak bardzo zamieszkał w jego sercu, że w chwili próby nie wyparł się Miłości. Tutaj wracamy do obrazu skały i kamyka. Bobola był jak skała - niezłomny w wierze, ale jednocześnie był tylko małym człowiekiem wobec potęgi świata. Właśnie to jest piękne. Bóg nie chce naszej wielkości, tylko oddania. Kamyczek wrzucony do wody powoduje fale. Mały człowiek oddany Chrystusowi może uruchomić ogromną falę dobra. Wierzę, że dzisiaj Polsce i światu trzeba nie ludzi, którzy będą krzyczeć głośniej od innych, ale takich, którzy będą kochać mocniej. Potrzebujemy powrotu do Eucharystii, do adoracji, do modlitwy wynagradzającej, do odkrycia, że możemy ofiarować Chrystusowi nasze cierpienie, czas, modlitwę i codzienną wierność. To właśnie nazywam „Misją Eucharystia”.

Św. Andrzej Bobola jest dla mnie jednym z tych, którzy pokazują drogę: zwycięstwo należy do miłości, a nie do siły człowieka. Nie do przemocy, przewagi jednej strony nad drugą, lecz do miłości, która potrafi oddać życie. Dlatego nazywam go Mocarzem Chrystusa. Bo prawdziwy mocarz nie musi zwyciężać człowieka. Prawdziwy mocarz pozwala, aby przez jego życie zwyciężał Chrystus.

Źródło: Echo Katolickie 35/2026

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« 1 »